Niech żyje Król

Posted: 09/21/2011 by misiekwolski in Obrazy
Tagi: , ,

Uporządkujmy pewne sprawy. Po pierwsze:

 

Po drugie: mam 26 lat i wciąż płaczę na Królu Lwie. To niesamowite, jak bardzo ten film działa na wyobraźnię. Dzisiaj miałem okazję widzieć w kinie wersję 3D i przyznam, że popłakałem się trzy razy. Kilkakrotnie też się uśmiałem, choć z zupełnie innych fragmentów niż kiedyś. Wiele nowych rzeczy też w tym filmie znalazłem, a z ponownego odkrywania starych zachwytów czerpałem niesamowitą frajdę.

Czy jest i o czym jest Król Lew – nikomu mówić nie trzeba. Powiem więc, co nowego w nim znalazłem, choć pewnie nikogo tym nie zaskoczę. A więc piękna relacja ojciec – syn, z jednej strony bardzo demiurgiczna, z drugiej… campbelliańska? Jungowska? Chyba raczej to drugie, choć nie da się ukryć, że Simba przechodzi w tym filmie klasyczną monomityczną przemianę; przekracza niedozwoloną granicę (cmentarzysko słoni),  przechodzi przez punkt bez powrotu (śmierć ojca), wyrusza w podróż, spotyka trickstera (duet Timon i Pumbaa), sprzeciwia się próbom, ale namówiony przez nietuzinkowego mędrca (Rafiki) schodzi do jaskini, by odnaleźć własne ja, po czym wraca, by przynieść porządek i prosperity do swojego świata, czytaj: zrzucić Skazę z tronu (na którym – nawiasem mówiąc – zły lew nigdy nie zasiadł, zawsze bowiem przemawiał do innych zwierząt spod lwiej skały). Zamyka krąg, ale tak naprawdę go przerywa, łącząc świat swojej wyprawy z rodzinną ziemią, co utożsamia finałowa scena, w której stoi na szczycie skały zarówno z Nalą i Zazu, jak również Timonem i Pumbą. Nie można nie wspomnieć o przejmującej scenie wejścia Simby na samą skałę  – niesamowita odwrotność słynnej sceny ze schodami z Pancernika Potiomkin – będącej jedną z najwspanialszych metafor wejścia w dorosłość, jaką zna światowe kino.

No właśnie: jest to przede wszystkim film o dojrzewaniu. Młody bohater rzucony w wir dorosłego życia zbyt wcześnie (jak każdy z nas) ucieka do komuny hippisowskiej, w której spędza okres buntu i kontestacji, by ostatecznie odnaleźć spokój i spełnienie u boku ukochanej, co jest równoznaczne z wzięciem odpowiedzialności za swoje – i nie tylko swoje – życie.  Analogia do wyjazdu na studia nasuwa mi się sama. Zresztą beztroska egzystencja wśród kontestatorów i abnegatów kończy się dopiero wtedy, gdy Simba spotyka Nalę i pod przewodnictwem Rafikiego łączy konserwatywne dzieciństwo ze zbuntowaną młodością, co jest synonimem wejścia w dorosłość. Wbrew pozorom krąg się nie zamyka, tylko przemyka niczym po spirali; Simba jedynie pozornie odw0łuje się w poszukiwaniu własnej tożsamości do zewnętrznego ojca (co by było pokłosiem trybialnego manizmu, że o starotestamentowej koncepcji Boga nie wspomnę), w rzeczywistości jednak odnajduje go w sobie (a to już buddyzm). Co ciekawe, w tym filmie obie inkarnacje ewidentnie idealizowanego ojca są jednym i tym samym, a to już New Age pełną gębą.

No i galeria postaci. W większości oczywiście jednowymiarowych, bo a) to jednak film dla dzieci, b) przemiana Simby może być dzięki temu bardziej wyrazista, ale nie mniej przez to fantastycznych. Niestety, dzisiaj te typy charakterologiczne trochę nam spowszedniały – głównie dlatego, że Disney wykorzystywał je gdzie popadnie – ale trzeba przyznać, że w Królu Lwie ich realizacje są wręcz perfekcyjne. Ateista Timon i abnegat Pumbaa, wojownicza Nala (zawsze ląduje na górze), zdradziecki Skaza, irytujący Zazu, zwichrowany Rafiki, a nade wszystko – parodia antycznego chóru, czyli Ed, Shenzei i Banzai, genialnie kontrapunktujący dramaturgię filmu… to wszystko udało się spiąć i wyważyć niemal znakomicie.

No to po trzecie: 3d. Nie lubię, ale w tym przypadku nie zawiodło. Wszystko było jak trzeba, dynamicznie, estetycznie, drobiazgowo, umiejętnie wykorzystano potencjał wielu kadrów, a chyba przez fakt, że jest to animacja, oko mniej się męczyło. Choć może to przez dużą ilość zieleni… w każdym razie tutaj łzy wyciskała fabuła, a nie trójwymiarowe kociokwiki.

Na koniec kontekst. Prawie dziesięć lat po Królu Lwie powstał inny piękny film o relacjach ojca i syna, czyli Droga do Zatracenia. Inny klimat, inna tematyka, ale również wiele emocji. Kto nie zna, niech się zapozna:

Reklamy
Komentarze
  1. Ja płaczę na trzech scenach:
    – jak umiera Mufasa
    – podczas piosenki „Miłość rośnie wokół nas”
    – jak Simba, w deszczu, wchodzi na lwią skałę pod koniec

    Ta ostatnia scena mnie chyba wzruszyła najbardziej po tych wszystkich latach..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s