Jeszcze nie teraz

Posted: 10/04/2011 by misiekwolski in Dźwięki
Tagi: , , ,

To będzie chyba pierwsza negatywna recenzja muzyczna tutaj. Ale trudno, od czegoś trzeba zacząć. Traf chciał, że padło na najnowszą płytę Incubusa, czyli długo wyczekiwany If Not Now, When? Przyznam, że gdyby później miało być lepiej, to chyba wolałbym później.

Zespół zarzekał się, że po tych pięciu latach przerwy po Light Grenades zrobi coś dojrzałego, zróżnicowanego i ciekawego, co odmieni jego wizerunek i ugruntuje niesłabnącą popularność. Ja sam poznałem ich poprzez płytę A Crow Left To The Murder i zachwycili mnie swoim zadziorem, energią i pozytywnym kopem, który sprzedawali słuchaczom z każdym kolejnym utworem. Jedne płyty mieli ciekawsze, inne trochę bardziej sztampowe, ale zawsze prezentowali nimi jakiś solidny kawałek indie rocka. Wprawiony w retorycznych zagraniach czytelnik pewnie już wie, że na If Not Now, When? jest inaczej. A jak?

 

To pierwszy, tytułowy i zarazem reprezentatywny dla całego albumu kawałek. I jak to wygląda? Poza trochę monotonnym plumkaniem, dość uroczym, ale jednostajnym biciem perkusyjnym i górującym nad tym wszystkim wokalem Brendana Boyda wiele tu nie ma. Wróć –  są jeszcze jakieś smyczki, ale samplowane. Jest w tym sporo emocji, owszem, ale jakieś to wszystko takie trochę a la Celine Dion. Co dostajemy dalej? Melodyjne balladki jak Promises, Promises czy ogniskowa Defiance, zbliżone do tytułowego utworu, nieco przesamplowane i przeperkusjowione kawałki, jak Friends and Lovers albo Isadore, odchyły w stronę Oasis albo – jak kto woli – uboższego Radiohead, czyli utwory Adolescents lub Tomorrow’s Food. W sumie kawałek pt. The Original też by pod tę kategorię podpadał, gdyby nie wieńcząca go brudna, garażowa solówka. Zespół przypomina nam o swojej dawnej zadziorności w Switchblade, ale to jest jedyna reminiscencja starego stylu. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się trochę progresywny In The Company Of Wolves, zrobiony jakby w stylu Genesis z czasów Phila Colinsa, oraz ciekawy, świetnie aranżowany Thievies (który z powodzeniem mógłby zostać nagrany przez kogoś z Islandii, taki jest fajny). I to w sumie tyle. Dwie gwiazdki ledwo świecące zza chmur. Do przesłuchania i zapomnienia.

No dobra, może trochę dramatyzuję, wszak nie jest aż tak źle. Kompozycje są sprawne, Boyd nauczył się subtelnie i ładnie śpiewać, słucha się tego lekko i sympatycznie. Tak trochę niezobowiązująco. Sęk w tym, że trochę czego innego po Incubusie oczekiwałem i ciężko mi przejść do porządku dziennego nad moim zaskoczeniem. I nie jest to ten sam rodzaj niespełnionych oczekiwań, co przy I’m With You Red Hot Chili Peppers (o czym innym razem); tam miałem przeświadczenie, że choć płyta nie jest tak dobra, jak być mogła, to i tak chłopaki nagrali świetny krążek. Tutaj mamy zupełnie inną wrażliwość w zupełnie innym pudełku. A poza tym jest mało gitarowo, zastanawiam się nawet, czy to jeszcze rock, czy już pop? Ja tam w sumie nie wiem, ale mam wrażenie, że chłopaki z Incubusa trochę dudnią w nie swoją dudkę. A już na pewno nie ma to wiele wspólnego ze – znaną z Light Grenades – estetyką:

 

Mówiąc krótko, bo już późno: jest tak sobie, a mogło być lepiej. Szkoda.

Reklamy
Komentarze
  1. […] wszystko niby ok, ale z Incubusem niewiele ma to wspólnego. Po więcej szczegółów odsyłam do recenzji popełnionej przeze mnie jakiś czas […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s