Prawa Murphy’ego

Posted: 10/29/2011 by misiekwolski in Narracje
Tagi: , ,

Długo się zastanawiałem, czy umieścić ten wpis w kategorii „Narracje” czy „Ciągi”. Ostatecznie zdecydowałem się na tę pierwszą, bo choć piszę o komiksie, który był wydany w dwóch zeszytach – a więc cyklicznie – to jednak ja się z nim zapoznałem w wersji hardcover, będącej jedną zamkniętą narracją. I przyznam, że zrobiła ona na mnie wrażenie. A chodzi o (którąś już) alternatywną wersję uniwersum Marvela, opisaną w komiksie Ruins autorstwa Warrena Ellisa.

Komiks superbohaterski – jak wiadomo nie od dziś – zniesie wszystko. Czasem próbuje się coś z tym robić i powstają perełki, czasem jednak spuszcza się go w klopie z najgorszą papką bzdur, jaka tylko może przyjść do głowy scenarzystom. Na te drugie sytuacje szkoda bajtów w Internecie (chyba, że to kolejne przygody Man-Spidera), ale co do pierwszych… no, tu czasami robi się dobrze. A nieraz bardzo dobrze. Ja osobiście jestem fanem tych komiksów superbohaterskich, które z lepszym lub gorszym skutkiem usiłują uprawdopodobnić heroiczny schemat przygodowy; stąd moja fascynacja uniwersum Ultimate, o którym tu pewnie jeszcze parę zdań napiszę. Tymczasem Ruins Elisa to komiks, który hiperbolizuje to uprawdopodobnienie. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z sytuacją, w której wszystkie wydarzenia prowadzące do powstania superbohaterów postępują według praw Murphy’ego. Kończą się źle.

 

Bruce Banner poddany działaniu promieni gamma zamienia się w żywą, ale rozoraną przez popromienne deformacje mieszankę zielonkawej papki, czyraków i komórek rakowych. Rick Jones – którego wszak Bruce uratował – również cierpi na raka wywołanego chorobą popromienną, a swój ból zabija staczając się w uzależnienie od morfiny. Wypadek, który oślepił Matta Murdocka, pozbawił go również życia. Punisher został zastrzelony w Chicago. Rasa Kree, która szykowała inwazję na Ziemię, została przez rząd zbombardowana głowicami nuklearnymi i jej ocaleli przedstawiciele gniją teraz w obozie koncentracyjnym w Nevadzie, trawieni przez raka i choroby popromienne. Ben Grimm nie poleciał z Reedem Richardsem w kosmos, przez co wszyscy (niedoszli) członkowie Fantastycznej Czwórki zginęli. Peter Parker zmarł od radioaktywnego jadu pająka w swojej krwi. Mutantów brutalnie skatowano i okaleczono; dość powiedzieć, że Cyclopsowi wydłubano oczy, a Quicksilverowi obcięto ręce i nogi. Wolverine cierpi na chorobę układu kostnego, która jest efektem ubocznym wszczepienia mu adamantium. A wszystko to obserwujemy oczami Phila Sheldona, umierającego reportera Daily Bugle, który ma niejasne przeświadczenie, że mało brakowało, a wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.

My oczywiście wiemy, jak. Rok przed publikacją Ruins, Marvel wydał powieść obrazkową Marvels, w której oczami nikogo innego, a właśnie Phila Sheldona, obserwujemy życie i przygody największych superbohaterów tego uniwersum od pierwszej Ludzkiej Pochodni po skład Avengers znany z komiksów wydawanych w latach 70. Tam cały ten konglomerat superbohaterski ukazuje swoją wielkość i cudowność, a częste w komiksach tego typu nieścisłości i różnice w klimacie czy charakterze wydają się naprostowane i ujednolicone. Tam jest ładnie i fajnie, wszystko zmierza ku dobremu. No cóż, w Ruins tak nie jest.

Tutaj nie dość, że mamy tragedię za tragedią, to jeszcze atmosfera świata przedstawionego jest mroczna, nieprzyjemna i – co tu dużo kryć – dystopijna. Bohaterowie wcale nie są bohaterscy: profesor X zostaje prezydentem, ale nietrudno się domyślić, jak wygrał wybory. Kapitan Ameryka podczas wojny dopuszczał się aktów kanibalizmu, podobnie Nick Fury. Johnny Blaze popełnia samobójstwo, wyczyniając ostatni skok kaskaderski na motorze… z podpaloną głową. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Ellis pisząc Ruins dał się ponieść wszystkim dystopijnym i wieszczącym koniec świata przewidywaniom kresu milenium. Mamy wszak rok 1995, koniec jest blisko i nikt nie może nic z tym zrobić. Wśród ludzi panuje strach, marazm i rozprężenie, świat rozłazi się w szwach, superbohaterowie rozpadają się od chorób popromiennych, co drugi człowiek cierpi na raka (współczesny odpowiednik dżumy czy innych plag egipskich), wszystko wokół wydaje się bezcelowe, a życie przestaje mieć sens. Do tego nietzstcheański postulat śmierci Boga okazuje się faktem; tak przynajmniej interpretuje się truchło Galactusa, dryfujące w przestrzeni kosmicznej.

Wprawdzie Ellis twierdził gdzieś kiedyś, że Ruins to raczej wariacja na temat, którą należy traktować z dystansem, ale ja nie mogę się pozbyć przeświadczenia, podbitego jeszcze przez mroczną i nieprzyjemną szatę graficzną, że jest to świadectwo pewnych nastrojów z końca epoki. Oto bowiem uniwersum Marvela rozpada się w szwach, tak jak rozpada się nasz narrator, Phil Sheldon, i nic tego nie powstrzyma. Jakoś trudno mi uniknąć skojarzenia z Małą apokalipsą, chociaż – oczywiście – to zupełnie inny poziom dyskursu.

Na koniec mała uwaga: wielbiciele komiksów superbohaterskich odżegnują ten komiks od czci i wiary. I to już chociażby jest dobry powód, żeby po niego sięgnąć. Pozostałe macie wyżej. Polecam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s