Trudna muzyka

Posted: 11/03/2011 by misiekwolski in Dźwięki
Tagi: , , , ,

W ramach komentarza do wpisu poniżej: zaprawdę, ciężko wygospodarować czas na nowe lektury, i to w dodatku niezwiązane z tematem doktoratu. Dlatego taki na przykład ja sięga po komiksy. To mniej bolesne dla czasoprzestrzeni.

Ale ja nie o tym. Ja o Radiohead. W końcu nabrałem sił i samozaparcia, żeby przesłuchać ich ostatni krążek, The King Of Limbs. Moje wymigiwanie się od tego nie wynikało bynajmniej z niezrozumienia czy niechęci wobec wspomnianego zespołu, wręcz przeciwnie – uważam, że to zjawisko ze wszech miar wspaniałe, genialne i niezmiennie poszukujące nowych rozwiązań muzycznych. Ucieczka czy przynajmniej odchodzenie od konieczności recenzowania ich muzyki bierze się skądinąd; ja po prostu nie umiem i nie wiem jak się do tego zabrać, żeby jakkolwiek zobiektywizować swoje osądy, ubrać odczucia związane z Radiohead w jakiekolwiek słowa. Mój refleksyjny aparat krytyczny spotyka się tutaj z ogromnym oporem materii; to jest muzyka, którą się przede wszystkim odczuwa, a opisywanie uczuć zawsze wychodzi koślawo. Mimo to spróbuję. Będę się jednakowoż opierał się na rozwiązaniu Willa Hermesa z „Rolling Stone”, który zamiast opisywać wrażenia z całej płyty – potraktował ją strukturalistycznie: utwór po utworze. Ja tylko dodam od siebie okładkę:

Wierzcie mi lub nie, ale w najnowszym „Kontraście” będzie fotoplastykon, który do złudzenia przypomina tę ekspresję. Bo innym słowem tego opisać nie umiem; to czysty, oniryczny – być może nawet nieco frenetyczny – ekspresjonizm, który poprzez pewną magmowatość i płynność idealnie pasuje nie tylko do poprzednich okładek Radiohead, ale również do mojej niemocy odnośnie opisu ich muzyki. Do którego teraz – chcąc nie chcąc – muszę przejść.

Płyta jest krótka, ma zaledwie 37 minut, a nagrano ją w tym samym studiu, co moje ulubione Hail To The Thief. Album otwiera przepiękny Bloom, który właściwie można określić mianem urodzaju dźwiękowego, na który gdzieś tam spływa głos Thoma Yorke’a; bardzo zresztą przypomina dokonania zespołu z Hail…. Jest w tym jakaś magia, jakieś zespolenie z mikrokosmosem natury na poziomie niemal neuronowym. Kolejny utwór, Morning Mr Magpie, już łatwiej mi opisać z uwagi na znajome instrumentarium, większe tempo i lekki kontrast między rytmicznym, elektronicznym plumkaniem, a uspokajającym, jakby improwizowanym brzmieniem gitary i wokalu. Jest w tym trochę trip-hopu, jest w tym trochę groove. Podobnie jak w kolejnym kawałku, Little By Little, perkusja i cała sekcja rytmiczna jest już klasyczna, nad wszystkim góuje trochę redneckowski (ale tylko trochę) bas, a to wszystko rozpływa się w bardzo przestrzennym, radosnym poczuciu unoszenia się ponad lasami, drzewami i kwiatami. Feral przywraca nas do szarpanego, nieco psychodelicznego klimatu znanego z Hail…, tutaj jednak zmieszano go z… dubstepem? Ponoć teraz dubstep jest mainstreamowy, więc czemu nie. Mnie jednak najbardziej urzekają echa brzmień jakby odbitych od sklepienia katedry, co brzmi ślicznie. Lotus Flower był utworem singlowym i chyba najbardziej koresponduje z tymi klasycznymi dokonaniami Radiohead, znanymi chociażby z OK Computer. Dużo elektronicznego groove’u, sporo emocji, gdzieś w tle jakieś widmo lśniących dźwięków… trudno to opisać bez uciekania się do synestezji. Odpalcie sobie na Youtubie, zamknijcie oczy i posłuchajcie. A zaraz potem odsłuchajcie Codex, moim zdaniem absolutnie najlepszy utwór na płycie:

 

Give Up The Ghost to z kolei zaczynająca się od akustycznego, gitarowego brzmienia z chórkami Yorke’a, przechodzącymi powoli w odświeżający, bliski buddyjskiej afirmacji świata krajobraz wspaniałości i piękna świata. Swoje robią też subtelne dęciaki (ciężko mi powiedzieć, czy samplowane, czy oryginalne), całość zaś na naszych oczach (uszach?) buduje atmosferę pełnej melancholii wolności i fantastycznego spełnienia. Płytę zamyka Separator, podtrzymujący efemeryczną, melancholijną energię wyzwoloną w poprzednim utworze, dynamizując ją jednak poprzez wyrazistszy beat i konkretną, niemal radosną gitarę, budującą wrażenie kompletności i harmonii. Całość jakby odchodzi w przestrzeń, z której wyszło na początku płyty. Jest ślicznie.

No, jakoś udało się o tym napisać. Trudno mi będzie jednak podsumować ten dość toporny i z konieczności grafomański wywód, zasłonię się więc muzyką Radiohead. Jeśli chcecie wiedzieć, o co naprawdę chodzi na The King Of Limbs i co tak naprawdę czuje się podczas słuchania, siądźcie wygodnie na 37 minut, weźcie głęboki oddech, zapuśćcie krążek i – koniecznie – zamknijcie oczy. Pozwólcie się nieść tej muzyce, a zobaczycie (usłyszycie?) rzeczy, które Wam się nie śniły.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s