Soko le oko

Posted: 11/25/2011 by misiekwolski in Ciągi
Tagi: , , ,

Kiedy byłem mały i oglądałem serial M.A.S.H. w polskiej telewizji publicznej, byłem przekonany, że jeden z bohaterów nazywa się tak, jak powyżej: trochę z japońska, trochę z francuska, trochę z polska. Nie wiem, czy ta roszada językowa była wynikiem niezręcznej narracji polskiego lektora, odjechanych i irracjonalnych rojeń dziecka czy czegoś jeszcze innego, ale po latach przyszło objawienie. To było dla dzieciaka pewne zaskoczenie związane z zażenowaniem; prosta fraza w moich uszach brzmiała całkiem obco, egzotycznie, nawet zjawiskowo. A w dodatku nie była przetłumaczona wiernie, w oryginale bowiem kapitan Pierce nosił przydomek „Hawkeye”.

Dziś będzie o innym Hawkeye’u, powiedziałbym – Hawkeye’u ultymatywnym. W środę wyszedł bowiem czwarty i ostatni numer miniserii Ultimate Comics Hawkeye, którego tytułowym bohaterem jest właśnie posługujący się tą ksywką superheros, znany z występów w grupie Avengers (czy jej odpowiedniku z uniwersum Ultimate Marvela – Ultimates). Dla przypomnienia: Hawkeye to mężczyzna nazwiskiem Clint Barton, niegdyś złoty medalista w łucznictwie i rehabilitowany przestępca, którego oczy zostały chirurgicznie zmodyfikowane w taki sposób, aby zwiększyć jego celność. W rezultacie Hawkeye nigdy nie chybia. I faktycznie, w uniwersum Ultimate Marvela Hawkeye spełnia wszystkie kryteria bycia superherosem: w jednym z wcześniejszych numerów The Ultimates zabił swoich oprawców, wyrywając sobie paznokcie i przecinając nimi ich aorty. W ogóle tego typu zjawiska w Ultimate Marvelu nie dziwią, a i samo uniwersum doczeka się pewnie na łamach tego bloga dokładniejszego opisu, bo zaprawdę – jest o czym pisać. Na razie jednak: Hawkeye.

Scenarzystą serii jest Jonatthan Hickman, człowiek znany z nietuzinkowych pomysłów i kompleksowych opowieści, na które często nie ma w komiksach miejsca. Nikogo by więc nie zdziwiło, gdyby przy okazji miniserii Hawkeye i równolegle pisanej przez siebie nowej serii The Ultimates przyniósł on redaktorowi naczelnemu Marvela pomysły na 50 numerów, a ten kazałby mu to zamknąć w 15. Zresztą wydarzeń w tych seriach co niemiara i wszystkie są bardzo mocne oraz – co tu dużo kryć – hardkorowe. Żeby daleko nie szukać, skupmy się na Hawkeye’u: oto istniejąca w tym uniwersum Południowo-wschodnia Republika Azjatycka (S.E.A.R.) usiłuje zrównać się w wyścigu zbrojeń ze Stanami Zjednoczonymi i wdraża nieludzki, mocno eksperymentalny program tworzenia superżołnierzy. Szybko jednak okazuje się, że sto tysięcy wyhodowanych nadludzi rozpoczyna bunt i zagraża pokojowi na Dalekim Wschodzie; na miejsce zostaje więc wysłany nie kto inny, jak Hawkeye, który ma zażegnać konflikt. Szybko okazuje się jednak, że przybywa za późno…

Główna linia fabularna (gdy okazuje się, że pokonanie zbuntowanych superludzi nazywających siebie Ludem nie wchodzi w grę i trzeba jedynie pozbawić ich przewagi, a więc wykraść próbkę serum tworzącego superżołnierzy) przyspiesza w momencie wprowadzenia części nowych Ultimate’owych mutantów,  czyli fundowanej przez Nicka Fury’ego grupy Ultimate X, która ma pomóć Hawkeye’owi w zdobyciu serum. A Ultimate X to ekipa mroczna i w każdym tego słowa znaczeniu nieprzyjemna: wystarczy wspomnieć, że składają się na nią hipertelepatka Karen Grant, ognista Firestar (będąca prywatnie Liz Allen, byłą koleżanką z klasy niejakiego Petera Parkera), demoniczny anioł znany jako Guardian i nie kto inny, a kontrolowany przez Karen Hulk. Finalnie być może nie dochodzi do większego konfliktu, ale i tak fabuła rozwiązuje się z solidnym przytupem; żeby nie spoilerować, powiem tylko, że Hawkeye kończy akcję powtarzając swoje – przywoływane na kartach miniserii wielokrotnie – kredo, że nigdy nie chybia. Jego celność podkreślana jest na każdym kroku, co strasznie psuje ogląd tej postaci, która – było nie było – swoje przeszła (czego świadectwem są liczne retrospekcje ukazujące początki Hawkeye’a w szeregach Ultimates). Trochę to irytuje, choć trzeba przyznać, że to, w jakim stanie Hickman pozostawił uniwersum Ultimate w końcówce miniserii, jest mocno niepokojące i każe się zastanawiać, co będzie dalej. Bo świat w Ultimate Marvelu dużo gorzej znosi zniszczenia i bezustanne konflikty superbohaterów, a to, co się stało w Hawkeye’u, na miano ogólnoświatowej rozwałki zasługuje z pewnością. Innymi słowy, jest solidnie, mocno i bezpardonowo, co samo w sobie może wiele nie daje, ale otwiera niesamowite pole do popisu na przyszłość.

Ja osobiście zastanawiam się, dlaczego Marvel zdecydował się w tym miejscu wypuścić miniserię właśnie o Hawkeye’u. Z jednej strony mogło to wyniknąć z chęci pozostawienia Hickmanowi większej swobody w kreowaniu uniwersum, niż miałby on tylko przy jednej serii komiksowej (choć jak dotąd twórcom angażującym się w Ultimate Marvel jakoś to wychodziło), ale za decyzjami wydawniczymi w tej firmie z reguły idzie coś jeszcze. Jak dotąd miniserie skoncentrowane na pojedynczych bohaterach towarzyszyły – w uniwersum Ultimate – premierom marvelowskich filmów kinowych. Filmy z Iron Manem i Hulkiem poprzedzone były miniserią Ultimate Human, podobnie jak Iron Manowi 2 towarzyszyła seria Armor Wars, przed Thorem pojawił się znakomity Ultimate Thor, a Kapitanem Ameryką… nietrudno zgadnąć. Tymczasem najbliższym filmem Marvela będzie The Avengers, a z tą grupą w uniwersum Ultimate jest problem; nie dość bowiem, że stanowi ona cichociemną wersję Ultimates, to jeszcze w jej skład wchodzą zupełnie inni bohaterowie niż ci w filmie. A z tych filmowych już na poziomie miniserii wyciągnięto niemal wszystko: Iron Man, Hulk, Kapitan Ameryka i Thor… wszyscy mieli już swoje komiksowe 5 minut. Do dyspozycji pozostały dwie postacie: Czarna Wdowa (która jednak w uniwersum Ultimate nazywa się Monica Chang i jest następczynią Natashy Romanovej, póki co zresztą ani razu nie pojawiła się w nowych The Ultimates) i Hawkeye, w którego w filmie Thor zdążył się już wcielić Jeremy Renner. Padło więc na Hawkeye’a. Niby wszystko jest w jak największym porządku, bo z komiksu przebija jego pewność siebie, zadziorność oraz osobliwe połączenie lojalności z brakiem pokory, ale wymuszony charakter jego przygód jest niestety widoczny.

Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Niby komiks jest spoko i nie razi, niby dużo się dzieje i nie pozostanie to bez wpływu na uniwersum, ale jakoś irytuje mnie fakt, że główną motywacją zrobienia tego komiksu była najprawdopodobniej chęć przedstawienia postaci Hawkeye’a szerszej publiczności, żeby jego rola w The Avengers nie była tak niespodziewana. Ok, można robić fajne rzeczy z najróżniejszych powodów. Ale miniseria Hawkeye jako taka jest przede wszystkim uzupełnieniem głównej linii fabularnej, snutej przez Hickmana w The Ultimates. Tym samym miniseria stanowi znakomite uzupełnienie, ale do poziomu chociażby Ultimate Thora wiele jej brakuje. Ja ją polecam wszystkim, ale to po części wynika z mojego zachwytu nad Ultimate Marvelem i przekonania, że w tego typu tekstach kultury koherencja jest równie ważna, jak narracja. A czy to wystarczy w przypadku Hawkeye’a? O tym musicie się przekonać sami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s