Początek czasów

Posted: 12/20/2011 by misiekwolski in Dźwięki
Tagi: , , ,

Wiecie, jak to jest z death metalem… Nie wiecie? To ja Wam powiem. Jeśli nie jest melodyjny, to wchodzi ciężko. Nie tak ciężko jak doom, ale jednak… na szczęście są zespoły, które to rozumieją, i dlatego grają coś, co można nazwać melodyjną odmianą death metalu. Czasem nawet uda im się nagrać coś konceptualnego… Tak jest właśnie w przypadku fińskiej kapeli Amorphis i płyty The Beginning Of Times.

Już po okładce widzimy, z czym to się je. Jakieś mitologiczne jajko-świat, poniżej kromlech albo coś góropodobnego, jakieś starcie żywiołów, do tego gustowna ramka… mnie się podoba. Kolorystyka też robi swoje, sugerując, że na płycie dostaniemy to, co dostaniemy: dźwięki zimne, ale pomyślane jako całość zarówno pod względem treści, jak i formy. Prawdopodobnie czeka nas wyprawa w mityczno-legendarne przestworza ludzkich wyobrażeń, otwieramy więc pudełko, wkładamy płytkę do napędu… i co?

I startujemy od fantastycznego, mrocznego, ale melodyjnego Battle For Light, które ja osobiście uważam za idealną uwerturę do tego dzieła. Potem jest spokojne, zimne, nieco nightwishowe Mermaid (kogś to w ogóle dziwi?), aby wejść w dynamiczniejszy, ciężko growlowany dialog między głównym bohaterem albumu (już możemy go rozpoznać) a jego przeciwnikiem; o tym zresztą mówi nieco progresywny utwór My Enemy. Następujący po nim You I Need to już pełna progresja, fantastyczna kompozycja z bogatym instrumentarium (która zresztą znalazła się na singlu). Klimat ten jest kontynuowany w inspirowanym folkiem, przeuroczym Sons Of The Sage. Jakieś wybrzmienia kojarzące się z najlepszymi płytami  Blind Guardian słychać w Three Worlds, nie rezygnujemy jednak z bogatych, progresywnych aranżacji. Tempo trochę zwalnia w Reformation, które jednak nadrabia wokalnie i chyba jest moim faworytem. To co, posłuchamy?

Następujący potem Soothsayer jest nieco bardziej w stylu death, ale korzenie zespołu musiały o sobie przypomnieć, tym bardziej, że obok tak charakterystycznych dla tego albumu zagrań pojawiają się też jakieś inspiracje orientalne. On A Strandewd Shore wraca klimatem do Nightwisha i też jest ładne, bardzo podniosłe. Można pomyśleć, że zaraz przejdziemy w power metal, i faktycznie, w kolejnym utworze – Escape – perkusja jest bardzo zbliżona do tego nurtu. Zaraz potem jednak zjeżdżamy znów w death w kawałku Crack In A Stone, który chyba na całej płycie podoba mi się najmniej (co nie znaczy, że jest zły). Ostatnim utworem na płytce (poza bonusowym Heart’s Song) jest The Beginning Of Times, po którym – przy tak znakomitej płycie – mogłem się spodziewać więcej, ale i tak nie jest źle.

Ogółem: świetny album. Pierwsza połowa niesamowita, na drugiej robi się nieco gorzej, ale wciąż dobrze, a nad wszystkim wiszą niesamowite emocje połączone z iście metalową, bezpardonową mocą. Ja to lubię i ostatnią płytkę Amorphis bardzo polecam, toteż na zakończenie prezentuję Wam jeszcze Sons Of The Sage. Bo ładne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s