Ultimate Review 2: Ultimate Iron Man II

Posted: 12/24/2011 by misiekwolski in Ultimate Review
Tagi: , , ,

Uściślając wpis w poprzedniej notce z Ultimate Review, wyznaję, że przez kolejność chronologiczną rozumiem kolejność wydarzeń, jakie zachodziły w uniwersum 1610, nie zaś kolejność wydawania komiksów (z dwoma małymi wyjątkami, ale o tym później). Tak chyba będzie sensowniej, można bowiem dzięki temu prześledzić, jak się rozwijał i dorastał cały świat Ultimate Marvel, które rzeczy się zmieniły, które nie i co to wszystko znaczy. Tak więc po Ultimate Iron Manie przyszedł czas na kontynuację przygód niebieskiego, niezniszczalnego Starka, czyli miniserię Ultimate Iorn Man II.

 

 

Jak to wygląda? Przede wszystkim Orson Scott Card dostał nowego rysownika, Pascala Ferry’ego, który zdaje się lepiej niż Kubert rozumiał, co autor ma na myśli. Wyszło w sumie in plus, choć przez to zaczęło być widać, jak bardzo Card popłynął w poprzednim komiksie i jak straszliwie chce to naprostować. Mamy więc kilka nowych postaci, czyli Marka Scotta a.k.a. Whiplash i potencjalnego odpowiednika MODOK-a, karła i handlarza bronią nazwiskiem Dolores. Oni to okazują się być odpowiedzialni za atak terrorystyczny na Stark International w poprzedniej serii, oni też rzekomo grożą detonacją bomby atomowej w Nowym Jorku, o ile Tony Stark nie odda im swojego „robota”. Cały świat wierzy bowiem, że Iron Man to nie zbroja, a cyborg; wierzą w to również agenci rządowi, którzy najpierw chcą przejąć kontrolę nad dziełem Tony’ego, a potem wykorzystać je w tajnych operacjach. Do Starka przyłącza się War Machine, czyli Jimmy Rhodes, i wspólnie pracują pod przykrywką dla rządu USA, jednocześnie usiłując zażegnać groźbę ataku terrorystycznego. W to wszystko miesza się jeszcze Obadiah Stane, który okazuje się pracować dla Doloresa, ten jednak zdradza jego i Whiplasha przy pierwszej okazji, kiedy pojawia się możliwość zabicia Tony’ego Starka, na czym ewidentnie mu zależy… równolegle ktoś usiłuje zamordować przebywającego w więzieniu Howarda, Dolores zostaje znaleziony martwy, wszystkie tropy byłyby się urwały, gdyby nie błyskotliwa intuicja Tony’ego (wszak ma on mózg na całym ciele), że za wszystkim stoi Loni Stane. Iron Man, War Machine oraz przyjaciółka Rhodeya, Nifara, Obadiah i Howard Stark lecą ją powstrzymać, ale wskutek przewrotnej wolty scenariuszowej, którą Card ewidentnie napisał na szybko, Nifara ginie, War Machine zostaje ranny, Loni łapie Howarda i usiłuje zabić Tony’ego, ale ten jest przecież niezniszczalny i pokonuje panią Stane, a Obadiah – który jest rozczarowany zachowaniem matki – bierze pistolet i ją zabija. Koniec. Uff.

Nielogiczne i wredne zagrania, za którymi miał stać Stane w części pierwszej, okazały się być efektem spisku Loni, Doloresa i Whiplasha, spośród których ostatni nie miał w tym żadnego interesu, a jedyna osoba, której nie znosił, to Obi Stane. Sam Obadiah jest irytujący aż do przesady; to chamski, rozwydrzony dzieciak bez kręgosłupa moralnego, który bez przerwy papla różne bzdury i strasznie wszystkich – z czytelnikiem włącznie – irytuje. Intryga jest straszliwie pogmatwana, obecność agentów rządowych niepotrzebna, interakcje między nimi a Starkiem i Rhodeyem miałkie… no i ostatnia sprawa: Loni Stane.

Ktoś jej chyba zrobił multum operacji plastycznych (pewnie dodatkowy rysownik, Leonardo Manco), bo nie dość, że nie przypomina ona wygodnickiej damulki z poprzednich komiksów, to jeszcze rusza się i działa jak jakaś młódka, tak też się zachowuje i ubiera. Na pewno nie ma w sobie nic z wampa, który myślał raczej mało perspektywicznie i płaszczył się do każdego, kto mógł jej coś zaoferować, a już na pewno nie widać po niej, że jest matką kilkunastoletniego Obiego. Ciężko ogarnąć ten pomysł na Loni Stane, jeszcze ciężej – jej nienawiść do Starków i Stane’ów. Nie wspominając o tym, że piąty numer miniserii nie był początkowo planowany, więc cała zadyma pewnie musiała skończyć się inaczej, niż życzyłby sobie tego Card. Cóż, i tak w komiksach bywa…

Nie zmienia to faktu, że naiwność tej historii i jej rzekome osadzenie w realiach XXI wieku aż skwierczy, całą historyjkę czyta się bez przyjemności, dialogi są drętwe, rysunki dają radę, ale bez szału. Innymi słowy, jest bardzo źle. Na plus może wychodzą (miałkie wprawdzie, ale jednak) relacje między Starkiem i Rhodeyem oraz ich rozwijająca się przyjaźń opierająca się na partnerstwie, co jest miłą innowacją względem innych wersji Iron Mana, ale to niewielka zaleta. No i mieszanie z Doloresem, Whiplashem i innymi – zupełnie jakby Card chciał zapełnić uniwersum Ultimate maksymalną ilością swoich pomysłów, żeby jakoś podporządkować sobie postać Iron Mana – też nie wyszło fabule na dobre. Zasadniczo komiks jest głupi, niepotrzebny i mało ciekawy, choć jeśli zestawiać go z pierwszym Ultimate Iron Manem, to wypada lepiej. Ale marna to pociecha…

P.S. Twórcy Ultimate Marvela po jakimś czasie zretconowali fabułę tych dwóch miniserii, a z komiksów Ultimate Marvel Team-Up poznajemy inną, obowiązującą wersję narodzin Iron Mana. Jak to zrobili i co z tego wynikło, o tym jednak opowiemy sobie innym razem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s