Ultimate Review 74: The Ultimates II: Grand Theft America

Posted: 08/15/2012 by misiekwolski in Ultimate Review
Tagi: , , ,

Długo przyszło Wam na to czekać, ale obiecałem, że będzie warto. No to wypada teraz moją obietnicę spełnić, bowiem po tym wszystkim, czego się do tej pory dowiedzieliście i czego doświadczyliście, nic mało widowiskowego nie mogłoby Was zadowolić. A cóż może być bardziej widowiskowego niż III wojna światowa? Przed Wami konkluzja miniserii The Ultimates II.

 

 

 

Dorzuciłem Wam dwie powiększone okładki, a co. Trzeba bowiem oddać Markowi Millarowi i Bryanowi Hitchowi sprawiedliwość: wyszło im dzieło epickie. Czyżby najlepsza historia w uniwersum 1610? Zobaczcie sami…

Bruce Banner rzekomo stracony, Thor pozbawiony dającego mu moc kostiumu siedzi w celi w Triskelionie. Kapitan Ameryka przeżywa kryzys w swoim związku, Tony Stark i Natasha Romanova dystansują się od drużyny, przygotowując się do ślubu, Hank Pym przechodzi do domorosłej drużyny bohaterów – Defenders – co staje się początkiem jego upadku… dawno już Ultimates nie stawiali czoła takiemu kryzysowi. A w dodatku rząd USA (czyli Nick Fury) wysyła ich na Bliski Wschód, gdzie obalają oni lokalny reżim. Odwet ze strony niezadowolonych państw drugiego i trzeciego świata wydaje się nieunikniony. A dodatkowo w zespole ukrywa się zdrajca…

The Ultimates II Millara i Hitcha zbierało swego czasu znakomite recenzje i trudno się temu dziwić. Scenarzysta, który zwykle ma tendencje do przesadzania w każdą niemożliwą stronę, tutaj zrobił to w taki sposób, że w zasadzie całość nie razi, choć tempo wydarzeń może być dezorientujące. Dlatego żeby uniknąć niepotrzebnego chaosu, będę o wszystkim pisał otwartym tekstem. Słowem, spodziewajcie się masy spoilerów. Niestety, w tym przypadku inaczej się nie da.

Najpierw jednak rysunki. Bryan Hitch wielkim rysownikiem jest i to już wiemy, ale tutaj przeskoczył samego siebie. Plansz jest masa, są przepiękne, szczegółowe, głębokie i pełne. Swoje robi też tusz i kolory, przez co i tak znakomity, fotorealistyczny styl Hitcha nabiera dodatkowego wyrazu. Poraża też dbałość o detale. Wystarczy spojrzeć na tę planszę, prezentującą naszych bohaterów:

Co zaś u nich? Tutaj trzeba przyznać, że fakt, iż w uniwersum 1610 wszystko ma swoje konsekwencje i z reguły jedna poważna decyzja prowadzi do innej, losy Ultimates wypadają przerażająco i mroczno. Coraz mroczniej. Rodzina Hawkeye’a zostaje zabita, o co oskarża się Kapitana Amerykę. Nick Fury jest wściekły, był bowiem dość blisko z Bartonem, a i sam Clint przez jakiś czas wykonywał dla niego mniej wygodne zlecenia. Co gorsza, giną dzieci Hawkeye’a, mordowane z zimną krwią. Dla Fury’ego – przypomnijmy: zimnego skurczybyka – to granica, za którą przestaje być miły; możliwość wyciągnięcia z lodu Steve’a Rogersa akurat w chwili, gdy USA potrzebowały superżołnierza, nagle staje się zbyt podejrzana. Janet Pym jest zdruzgotana, choć jej i Rogersowi od jakiegoś czasu się nie układało; być z facetem wychowanym w latach 20. XX wieku to jak wchodzić w związek z własnym dziadkiem. Nic dziwnego, że Wasp wkręca się z powrotem w romans z Hankiem, choć ten jest już na zupełnej krawędzi.

Losy Hanka Pyma jako człowieka, który przez swoją porywczość, alkohol i prozac utracił pracę, żonę i status superbohatera, są chyba najciekawiej poprowadzone. Ten człowiek miał wszystko, ale serum Giant Mana wzorował na genomie Janet (sam go nie wymyślił), hełm Ant-Mana jest mało imponujący, a roboty z serii Ultron, nad którymi pracował z Bannerem… cóż, Fury i S.H.I.E.L.D. po prostu ich nie chcą. Nic dziwnego, że w akcie rozpaczy zapisuje się do fuszerkowej, amatorskiej grupy superbohaterów, którą już zresztą znamy. To Defenders, czyli Nighthawk (koleś przebrany za jastrzębia), Black Knight (koleś, który po pracy biega z mieczem i tarczą), Hellcat (czyli modelka w bikini, Patsy Walker), Power Man (wielki Murzyn), Son Of Satan (emo, a tak naprawdę tajny agent S.H.I.E.L.D.), Valkyrie (laska udająca Thora) i Whiz-kid… ale jego nie ma w tej historii. Pym wstępuje do Defenders, kiedy okazuje się, że Brankin i inni naukowcy z Triskelionu przekroczyli górną granicę wzrostu Giant Mana, i to ponad sześciokrotnie, skutkiem czego troje Goliatów to prawdziwe giganty. Podminowany tym Pym usiłuje radzić sobie jako Ant-Man w Defenders… kończy się to jednak klapą. Osiągnąwszy dno – a po drodze jeszcze przespawszy się z Valkyrie – Pym decyduje się… przejść na stronę wroga.

A kim jest wróg? No cóż… tutaj muszę powiedzieć, że Millar poszedł na całość. Po prewencyjnych atakach USA na Bliski Wschód reszta świata (nie cała, ale spora jej część) zawiązuje triumwirat: Ameryce trzeba pokazać, kto tu rządzi, i że superludzki wyścig zbrojeń nie czyni z niej policjanta świata. Chiny, Korea, Rosja, Emiraty Arabskie i szereg innych państw, które czują się zagrożone działaniami Ultimates, fundują więc ich wschodni odpowiednik: grupę Liberators. A tutaj mamy już prawdziwą paradę straszydeł rodem z najstraszliwszych snów: Abomination, Crimson Dynamo, Swarm (odpowiedniczka Wasp, kontrolująca owady), Perun, Schizoid Man (wariacja genetyczna na temat Jamiego Madroxa… zaraz. Kogo? Młodego mutanta, o którym jeszcze będzie głośno…), pułkownik Abdul Al-Rahman (chłopak z Azerbejdżanu, który przyjął pozytywnie serum Kapitana Ameryki), Hurricane (szybkonoga niewiasta) i… Loki.

Zaraz, zaraz? Loki? Przecież Thor od zawsze był schizofrenikiem i oszustem… a jednak. Millar rozbroił nam Thora pod koniec poprzedniej opowieści, żeby tym razem mocniej zaznaczyć jego powrót. Okazuje się, że Loki od zawsze istniał i od zawsze miał plany zrujnowania misji Thora, a obłąkańcze opowieści boga piorunów nie były wyssane z palca. Dlaczego więc Thor rozbrojony nie był już nadczłowiekiem? Na to pytanie przyjdzie nam odpowiedzieć kiedy indziej, w tej chwili jednak dość powiedzieć, że Loki – doprowadzając do jego uwięzienia – stał się prawdziwym architektem III wojny światowej. A to tylko początek…

Oczywiście nie może być wojny światowej bez innych herosów, mamy więc podczas inwazji Liberatorów na USA małe cameo pozostałych bohaterów: Spider-Mana, Fantastycznej Czwórki, X-Men, Europejskiej Inicjatywy… ich rola jest jednak niewielka. Najpierw wszyscy zostają złapani przez superludzi pod dowództwem Liberatorów, potem jednak – uwolnieni przez Kapitana Brytanię i resztę Europejczyków – pomagają w wyzwoleniu Nowego Jorku.

Początkowy atak wojsk agresora jest jednak druzgocący, i choć superkostiumy obcych najeźdźców sprawiają, że ich ciała rozpadają się po krótkim czasie, pierwsze uderzenie jest tak druzgocące, że doprowadza do zniszczenia Statuy Wolności, Triskelionu, zdziesiątkowania rezerw Ultimates (którym wcześniej udało się pochwycić uznanego za zdrajcę Kapitana Amerykę) i pozbawienia jednej ręki Nicka Fury’ego. Nie, żeby nie mógł sobie potem poradzić tylko drugą…

Jak to zwykle u Millara bywa, z wielkiego dołu bohaterowie dość szybko windują się na zwycięskie pozycje. Pochwycony przez wroga Hawkeye zabija swoich oprawców strzelając wyrwanymi sobie paznokciami (sic!), Wasp uwalnia Kapitana Amerykę w ostatniej chwili, żeby pokonać Schizoid Mana, nagle w Waszyngtonie pojawia się Hulk (że przeżył dzięki Pymowi, wiemy z The Reserves), by potłuc roboty Crimson Dynamo i samego Abomination, Tony Stark odpala swoją tajną broń, Iron Mana 6, a Quicksilver przekracza granicę szybkości pokazując Hurricane, kto tu jest tak naprawdę szybki. Wasp wstrzykuje sobie serum Giant Mana i dzięki temu zyskuje przewagę nad Swarm. Mało jednak w tym pojedynku glorii i heroizmu. Tutaj każdy gra bez pardonu, każdy walczy tak brutalnie, jak tylko może. Dość powiedzieć, że Quicksilver biegnie na tyle szybko, że ciało Hurricane nie wytrzymuje ciśnienia i dość paskudnie się rozlatuje, a Hulk odrywa Abomination ręce i tłucze go na śmierć.

Nie inaczej postępuje Kapitan Ameryka, który niemal z zimną krwią morduje Al-Rahmana zaraz po tym, jak Hawkeye odcina mu ręce tarczą Rogersa. Barton pozwala sobie przy okazji na chyba ostatni w tej epoce dowcip, a dotyczy on broni pułkownika Liberatorów. Dlaczego ostatni? Bo przed sekundą stracił on żonę i trójkę dzieci, zabitych z zimną krwią z ręki zdrajcy, i nie jest mu już do śmiechu. Teraz chce tylko krwi i wie, jak tę krew wypuścić ze swoich ofiar. Jeśli kiedykolwiek którykolwiek bohater tak bardzo przekroczył granicę szaleństwa i rozpaczy, to – jeśli nie licząc Punishera – właśnie Clint Barton. A granicę moralności przekraczają tutaj wszyscy. Są okrutni, bezlitośni, skuteczni.

Bezlitosna jest również zemsta Hawkeye’a na zdrajcy Ultimates. I chyba wypada Wam już zdradzić, kto to był. Kretem w zespole, czekającym na swoją kolej i ulokowanym w najbardziej wrażliwym punkcie, mogącym uderzyć wielokrotnie, skutecznie i boleśnie, był… nie nie. Nie Hank Pym. On i jego Ultroni zostali skaptowani przez prawdziwego zdrajcę, którego pseudonim… Czarna Wdowa. Kobieta, która zdobyła serce Tony’ego Starka, która dostała podobną zbroję, wkradła się w łaski tak Fury’ego, jak i Hawkeye’a i Kapitana Ameryki… to ona zdradziła zespół, doprowadzając do śmierci rodziny Clinta i inwazji na Amerykę. Dlatego też Clint rozprawił się z nią… bezlitośnie.

Co tu dużo kryć, rozwałka ma kolosalne rozmiary i trudno ją ogarnąć na pierwszy rzut oka, ale największy bum jest pozostawiony na koniec, gdy Ultimates likwidują zagrożenie ze strony Liberatorów, ratują prezydenta i jego córkę (ach, ten Millar…). Pojawia się bowiem Loki i sprowadza armię mitycznych, nordyckich potworów, by dopełniły dzieła zniszczenia. Na szczęście (?) w zespole jest Scarlet Witch, która dzięki swoim mocom ściąga Thora. A Thor nie jest sam…

Millar oczywiście nie bez powodu jest znany ze skłonności do przesady. Mieliśmy szansę oglądać jego fanaberie wielokrotnie, ale gdy na łamach The Ultimates II ściąga nordyckich bogów, żeby walczyli w Waszyngtonie… nie jest to znowu aż tak głupie, ale przesadzone. No i psuje efekt, który udało mu się osiągnąć w poprzedniej serii – rozwiał zagadkę Thora. Niby wszyscy od jakiegoś czasu na to czekaliśmy, ale… no właśnie. Wolałem Thora szalonego, niepewnego, niestabilnego. A i rozwiązanie zaproponowane przez Millara jest jakieś takie nieskładne… ale niech będzie.

Pojawienie się Hulka, jego dobra komitywa z Betty po całej tej walce i ogólna radość po zwycięstwie, Quicksilver biegający dla wszystkich po piwo etc. są też bardzo miłymi akcentami, ale Millar zdaje się zapominać, że Kapitan i Wasp przed chwilą się pożarli, Banner jest skazanym przestępcą, który poza nieco absurdalnym poczuciem patriotyzmu nie ma żadnych powodów, żeby pojawiać się w Waszyngtonie… no i nie da się ukryć, że choć metody Liberatorów były ostateczne, oni sami mieli rację. Euforia po zwycięstwie wydaje się natomiast nieco… jednostronna. Ultimates wyciągają jednak wnioski i wszyscy… rezygnują ze służby w S.H.I.E.L.D., przechodząc na finansowanie Starka. Tym samym zbliżają się nieco do swoich odpowiedników z Ziemi-616, ale co ważniejsze, Fury zostaje bez swoich superbohaterów (ma jedynie Pyma, ale ten siedzi w celi za pomoc najeźdźcom). A to nie jest sytuacja, która byłaby dla niego wygodna… tym bardziej, że prezydent USA ma teraz wolną rękę, by ulec naciskom ONZ i zakazać eksperymentów na superludziach. Nie może być już bezkarnym policjantem świata, musi kombinować.

Fakty jednak są, jakie są. III wojna światowa trwała jeden dzień i pozostawiła Stany Zjednoczone w ruinie (znów trzeba wszystko odbudowywać), a Ultimates w proszku. Bo mimo zwycięstwa rany są liczne, psychika superbohaterów została poddana trudnym próbom i nie wszyscy im podołali. W gruncie rzeczy Grand Theft America to komiks mroczny, poważny, trudny. Dalej będzie już tylko mroczniej…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s