Ultimate Review 79: Ultimate X-Men: Date Night

Posted: 08/21/2012 by misiekwolski in Ultimate Review

W serii Ultimate X-Men doszło do kolejnej zmiany zespołu kreatywnego. Niestety, Brian Vaughan musiał oddać serię, na szczęście odsunięto od niej też Stuarta Immonena. Nowym scenarzystą został Robert Kirkman, a rysownikiem – Tom Raney. Obaj panowie stanęli też przed nie lada wyzwaniem: Magnetic North postawiło poprzeczkę bardzo wysoko. Czy im się udało? Zobaczmy:

 

Ostatnimi czasy mutanci przeszli bardzo dużo. Żeby nie zaogniać sytuacji w zespole, spuścić trochę powietrza i przede wszystkim dać swoim studentom odpocząć, Charles Xavier zachęca ich do wyjścia na miasto. Sam też opuszcza instytut w sprawach biznesowych. Ten wieczór będzie dla wielu członków X-Men niezapomniany, odżyją dawne przyjaźnie, animozje i lęki, powrócą też ci, których mutanci dawno już nie widzieli…

Mało zachęcający opis mi wyszedł. Ale to dlatego, że choć w tym komiksie dużo się dzieje, to nie jest to za bardzo nic widowiskowego. I o to właśnie chodzi. Robert Kirkman doskonale wiedział, że jeśli ma wejść w buty Vaughana, musi uniknąć nadmiernego patosu i braku koherencji, a jednocześnie skupić się w miarę możliwości na wszystkich członkach drużyny. Powinien też dużo obiecać, jeśli chce dorównać poprzednikom. Pomysł na rozluźnienie drużyny wydaje się więc trafiony; po spotkaniu z bliźniakami von Strucker, reality show Mojo Adamsa, konflikcie z Ultimates i Akademią Jutra, inwazji Liberatorów czy zadymą z Fantastyczną Czwórką ekipa zasługuje na oddech. Możemy też dzięki temu skupić się na nowym pomyśle na postacie przy jednoczesnym rozpoznaniu nowych wątków, które scenarzysta ma ambicje poprowadzić.

Zacząć wypada od tych wątków, które w zasadzie są kontynuacją kwestii podjętych przez Vaughana. Tak więc po swoim powrocie Rogue znów zbliżyła się do Icemana, a jako że po wchłonięciu mocy Gambita gdzieś zniknęły jej własne, może teraz swobodnie dotykać ludzi. Rezultat jest taki, że… no cóż… co tu dużo kryć, oboje przeżywają swoją inicjację seksualną. W podobną stronę zmierza związek Cyclopsa i Marvel Girl; biedny Scott, który być może i jest znakomitym liderem, ale w ogóle nie ma śmiałości do kobiet. Jean musi go więc dość brutalnie… ośmielić. Shadowcat i Spider-Man robią to, co zwykle, czyli walczą z przestępcami (swoją drogą, po zniszczeniu przez Magneto i Forge’a X-Winga, Kitty musi jeździć do Petera taksówką albo prosić o podwózkę… źle jest nie mieć prawa jazdy). Związek Storm i Wolverine’a nie jest natomiast ani trochę spokojny, sprowadza się raczej do lekkodusznego wałęsania się po spelunach, podczas którego oboje spotykają… Sabretootha.

Mutant z Weapon X sprzymierzony swego czasu z Magneto ma swoje plany, a stoi za nim ktoś jeszcze; stary znajomy, który nie mógł znieść śmierci Wraitha i rozwiązania jednostki (wszyscy już wiemy kto, ale ja tego głośno nie napiszę). Oczywiście on i Wolverine ścierają się na kły i pazury, podczas walki Szablozębny wyjawia jednak Loganowi, że jest… jego synem. Wolverine oczywiście mu nie wierzy, ale my – czytelnicy – wiedząc, jak bardzo pokawałkowaną i rozbitą osobowością jest James Howlett/Logan, jesteśmy gotowi dać temu wiarę. Czy to prawda? Przekonamy się wkrótce.

To jednak nie koniec nowości. Okazuje się, że odkąd Nightcrawler poznał prawdziwą orientację Colossusa, niechętnie przebywa z nim sam na sam, a w dodatku jest skrycie zakochany w leżącej w szpitalu Alison. Colossusowi jest przykro, że stracił przyjaciela, ale nie może nic z tym zrobić. Przy okazji ujawnia się jego prawdziwa, wrażliwa dusza, której istnienie sugerował już Millar, a my mogliśmy zapomnieć. Faktycznie wypada to bowiem dość niefajnie; najbardziej nieludzko wyglądający mutant w X-Men nie może pozbyć się uprzedzeń do homoseksualisty. Na początku wszystkim jest wesoło, zaraz jednak robi się przykro, kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo ta sytuacja jest tragiczna dla nich obu.

Najciekawsze jednak na koniec. Profesor X spotyka się bowiem z niejaką Lilandrą Neramani, głową Kościoła Oświecenia Shi’ar, który zgadza się finansować szkołę Xaviera (i zbudować im nowego X-Winga), jeśli Charles zgodzi się przebadać… Jean Grey. Shi’ar wierzą bowiem, że jest ona przepowiadaną manifestacją czconego przez nich boga, któremu na imię… Feniks. My oczywiście – podobnie jak Charles Xavier – wiemy, czym jest Feniks i jak bardzo Hellfire Club próbował go swego czasu uwolnić. Okazuje się, że klub był wiktoriańskim odłamem Shi’ar, który pragnął wykorzystać ich wiarę do własnych celów, Lilandra natomiast nie ma takich ambicji. Roztacza nawet przed Xavierem wizje opierające się na jej wierzeniach, jakoby Feniks istniał przed wiekami, ale został uwięziony w czymś, co później stało się Ziemią. My temu trochę nie wierzymy, ale Lilandra wierzy i kto wie – być może to jest prawda? Tak czy inaczej, Profesor X podchodzi do tego z rezerwą, poniekąd słusznie.

Wreszcie poznajemy młodego mutanta o nazwisku Elliot Boggs, który nie kontroluje swoich zmieniających rzeczywistość mocy, doprowadza do śmierci swoich rodziców i ogólnie robi zadymę. Nieopodal pojawia się jednak Nick Fury, który dostarcza Elliota do instytutu Xaviera z prośbą o zaopiekowanie się nim. Xavier i reszta X-Men jest zaskoczona działaniami Nicka, który wszak zerwał kontakty z X-Men i niechętnie się odnosił do samego Charlesa (a Wolverine’a w ogóle zignorował), ale przyjmują chłopaka pod swoje skrzydła. Co będzie z nim dalej?

Ufff… to tyle. Niby nic się nie dzieje, a dzieje się dużo. Takie komiksy lubimy: kameralne, pełne napięcia, wiele obiecujące, a jednocześnie subtelne. Oby tak dalej, panie Kirkman.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s