Ultimate Review 85: Ultimate Spider-Man: Clone Saga

Posted: 09/07/2012 by misiekwolski in Ultimate Review
Tagi: , , ,

Co jest lepsze od Spider-Mana? Dwóch Spider-Manów! A od dwóch? Dwudziestu! A od dwudziestu – pięćdziesięciu itd. Tak przynajmniej sądzili scenarzyści przygód Człowieka-Pająka z Ziemi-616 w latach 90., Howard Mackie i Terry Kavanagh, którzy odpowiadają za wieloletnią, pełną nieoczekiwanych i nielogicznych zwrotów akcji, rozpisaną na wszystkie regularne serie Spider-Mana i drugie tyle mini-serii opowieść o zmaganiach Petera Parkera ze swoimi klonami. Oryginalna Clone Saga stanowiła męczący, irytujący i irracjonalny, ale jednak istotny epizod w życiu Petera Parkera z oryginalnego uniwersum Marvela. Nic dziwnego, że na okoliczność zbliżającego się setnego numeru Ultimate Spider-Mana, Brian Bendis i Mark Bagley (który rysował również część oryginalnej Clone Sagi) postanowili przenieść tę koncepcję do uniwersum Ultimate. Jak wyszło?

 

   

 

Kitty i Peter mają ostatnio ciche dni, żeby więc jakoś sobie wszystko poukładać, Parker spotyka się w fast-foodzie z Mary Jane. Tak się jednak składa, że lokalną galerię handlową atakuje osobnik w zielonym stroju skorpiona. Po pokonaniu napastnika Spider-Man orientuje się, że walczył… ze swoim własnym klonem. A to dopiero początek, ponieważ inny klon – Kaine – porywa Mary Jane, pojawia się ojciec Petera, znikąd wyskakuje Gwen Stacy, na scenę wchodzą też inne klony, Zabójcy Pająków, Nick Fury, Fantastyczna Czwórka i X-Men. Ufff…

No dobra. Brian Bendis znany jest z tego, że dramaturgię utrzymuje w sposób mistrzowski, a Clone Saga to jeden z najbardziej epickich tego przykładów. Wydarzeń tu co niemiara i jedna niewiarygodna akcja ściga drugą, a wszystko ewidentnie przerasta Petera Parkera. Całe szaleństwo rozgrywa się w ciągu jednej nocy i na swój sposób stanowi podsumowanie wątków otwartych w poprzednich historiach. Oczywiście nie wszystkich, ale sporej ich części; zwłaszcza tej, która dotyczy genetycznego dziedzictwa Parkerów. Mamy więc jasność, dla kogo pracował Ben Reilly po zamknięciu Curta Connersa w więzieniu, kto i gdzie sprzeciwia się Nickowi Fury’emu (nazywa się Henry Gyrich; nic nam to wprawdzie nie mówi, ale nie szkodzi), pojawia się kilka odniesień do Bolivara Traska, który odpowiada za śmierć Richarda Parkera i Edwarda Brocka Seniora… wróć, Richard Parker wszak pojawia się w tym komiksie, dookolnie i zawile tłumacząc, skąd się wziął.

Jest też spore odwołanie do formuły Oz Osborna, która wszak płynie też w krwiobiegu Spider-Mana, a którą oszalały klon Kaine podaje Mary Jane, skutkiem czego zmienia się ona w ogromne, rude monstrum, które anglojęzyczna Wikipedia nazywa pieszczotliwie „Demogoblinem”. To jest jakieś takie dziwne i zarazem charakterystyczne dla Bendisa, że kobiety Petera zamieniają się w monstra, bo i Gwen powraca jako Carnage… może jest za tym jakaś ukryta mizoginia i strach przed płcią piękną? Może Bendis – oraz modelowany przez niego odbiorca – podświadomie boją się kobiet i widzą w nich demony, w które owe kobiety zmieniają się pod wpływem kochających je chłopców… coś w tym musi być. Krypto-szowinizm? Implikacja lęku przed przedwczesną inicjacją seksualną? Wszak pociąg Petera do płci przeciwnej jest silny, ale ewokuje w tejże płci zmiany w istoty potworne, straszne i bardzo łakome… To w sumie dobry temat na pracę magisterską albo coś. Na razie skupmy się na komiksie.

Można go w sumie czytać na dwóch poziomach. O pierwszym z nich wspomniałem: domknięcie wielu fabularnych wątków, jak związek Petera z MJ, pojawienie się Fantastycznej Czwórki po raz pierwszy w roli przyjaciół Spider-Mana (przy okazji dowiadujemy się, że Czwórka namierzyła rasę Skrulli, ale Nick Fury nie ma zamiaru nawiązywać z nią kontaktu), kwestia wzajemnej niechęci Fury’ego i Petera… tym razem niemal wprost jest powiedziane, że ich relacje są bardzo zbliżone do korelacji mistrz-uczeń, swego rodzaju opieki jednego nad drugim. Powraca też zazdrość innych oficjeli o superżołnierzy Fury’ego (który – co ciekawe – nadal chce i może wzywać na pomoc Ultimates, choć – gdy dochodzi do domniemanego konfliktu z klonami Parkera – woli polegać na Zabójcach Pająków, których stworzył dla niego Tinkerer), o której była już mowa przy okazji konfliktu z Osbornem. Fury – o czym doskonale wiemy – jako dowódca S.H.I.E.L.D. musi być gotowy na każdą ewentualność, również na to, że Peter zejdzie na złą drogę. Choć bardzo by nie chciał, żeby to nastąpiło.

Na osobną uwagę zasługuje wątek Fantastycznej Czwórki, który – trochę nie wprost – pokazuje, co by było, gdyby Ultimates weszli w całą zadymę. Czwórka ewidentnie staje po stronie Petera, ten bowiem nie dość, że zaufał Richardsowi przynosząc do niego Scorpiona, to jeszcze co rusz stara się robić to, co najlepsze dla ludzi wokół. Kabała, w którą się wplątuje, niejednego przyprawiłaby o zawrót głowy – tak jak przyprawia o zawrót głowy czytelnika – a jednak chłopak podejmuje najwłaściwsze decyzje, jakie może podjąć w takich sytuacjach. Ewidentnie obawy Fury’ego były nieuzasadnione (choć całą zadymę z klonowaniem za jego plecami Nick określa mianem największego incydentu genetycznego od czasu stworzenia Hulka), Peter doskonale – jak na swoje możliwości – poradził sobie z tym napięciem, czym zdobył uznanie szefa S.H.I.E.L.D. i postawił ogromny krok naprzód na swojej drodze do bycia bohaterem.

Wyjawił nawet cioci May, że jest Spider-Manem.

Ale wróćmy do Czwórki… o tym, że Johnny lubi i ceni Petera, wiemy od jakiegoś czasu. Parker to w swoich emocjach tak naprawdę prosty chłopak, jak Ben Grimm (coś w tym jest; Thing na planecie Pyx – o czym pisałem w poprzednim Ultimate Review – nie mógł się powstrzymać przed uratowaniem kilku niesłusznie skazanych kosmitów). Sue i Reed szanowali jego ojca, toteż z pewną dozą przyjaźni podchodzą do nowojorskiego superbohatera. Jako agenci rządowi mają oni też środki, żeby mu pomóc, i kiedy sprawy wymykają się z rąk, to właśnie Czwórka (w swoim pretensjonalnym, latającym samochodziku) pomaga Peterowi w największych tarapatach. Wygląda też na to, że ich przyjaźń może potrwać dłużej; „Będziesz jego przyjaciółką?” – pyta w pewnej chwili „Richard” Parker i Sue Storm obiecuje, że zrobi wszystko, co w jej mocy. Na całej tej zadymie Peter traci wiele nerwów, ale zyskuje też przyjaciół.

X-Men pojawiają się tylko na sekundę, bo zasadniczo problemy emocjonalne Kitty przy ich innych przygodach są mało frapujące, a i nie chcą wchodzić w drogę Sharon Carter i S.H.I.E.L.D. (tak tak, agentka Carter znów w akcji). Petera tak naprawdę wspiera więc głównie Czwórka i… Spider-Woman.

Przyznam bez bicia, to jedna z moich ulubionych postaci w Ultimate Marvelu. Tutaj – o czym dowiadujemy się z retrospekcji – jest ona żeńskim (sic!) klonem Petera Parkera. Tak właśnie. Twórca tych klonów, pracujący na próbce krwi Petera zabranej z laboratorium Connersa przez Reilly’ego, trochę poeksperymentował – w znacznej mierze nielegalnie – z materiałem, który otrzymał. Skutkiem czego powstał jeden wadliwy klon, jeden niezrównoważony z ogonem skorpiona, jeden sześcioręki, ale szkaradny (Tarantula, w sumie też ciekawa postać – i do tego w miarę rozsądna), jeden starszy od pozostałych i jeden z podmienionym chromosomem. No i gdy klon symbiota zmieniający się w Gwen Stacy ucieka z laboratorium, dochodzi też do ucieczki innych podopiecznych tajemniczego genetyka. A jest nim postać już nam znana, która jak dotąd była uważana za dziwaka, ale okazuje się, że jest mutantem. Kto taki? Nie, tego jednego wam nie zdradzę. W sumie to bez znaczenia (a bardziej spostrzegawczy z Was i tak się domyślą), ale niechaj ta jedna rzecz pozostanie Wam do odkrycia.

Sama Spider-Woman ma w tym komiksie miesiąc, choć jest w pełni ukształtowaną szesnastolatką. Psychoterapeutka, Cassandra Webb, miała rozwinąć w niej nową osobowość znaną jako Jessica Drew, ale wypadek w laboratorium i ucieczka klonów skutecznie jej to uniemożliwiły. Tak więc żeński Peter/Jessica jest na wolności i choć trudno jej z początku dogadać się z Peterem – ma wrażenie, że rozmawia sama ze sobą i że ktoś kradnie jej żarty – to po jakimś czasie dochodzą do porozumienia. Skutkuje to najbardziej niezręcznym przytuleniem w historii kosmosu.

Fabularnie ten komiks jest dynamiczny, szybki, zakręcony i odjechany w kosmos, ale znacznie ciekawiej wypada czytanie ultymatywnej Clone Sagi przez pryzmat pierwowzoru. Bendis upchnął na kartach tego komiksu tyle nawiązań, ile się tylko dało. Pojawienie się znikąd klona Gwen Stacy to jedno, przewijające się wciąż nazwisko Ben Reilly, które było oryginalnie noszone przez jednego z klonów, oszalały Kaine, szalony naukowiec klonujący wszystko, co popadnie, zamieszanie związane z powrotem ojca Petera, który też skrywa solidną tajemnicę… to tylko kilka przykładów. Chcecie więcej? Proszę. Odziany w szkarłat klon, który de facto okazuje się sojusznikiem Petera, to w oryginale Scarlet Spider, a tutaj Spider-Woman. Powrotowi ojca Petera towarzyszą Zabójcy Pająków, zupełnie jak w oryginale (tylko tym razem służą komu innemu). Spider-Man otrzymuje możliwość rezygnacji ze swojej mocy (w oryginale miało to miejsce w Spider-Man: The Final Adventure, swoistym epilogu do Clone Sagi, później zretconowanym), z której zawsze może skorzystać. Zawał serca cioci May, w oryginale zakończony jej śmiercią. Jest tego więcej, również na poziomie dialogów, kiedy MJ wykrzykuje Kaine’owi w twarz, że nie chce nosić w sobie tego, co w nią włożył, jest to czysta referencja do ciąży jej odpowiedniczki w wersji 616. A wszystko – przypominam – dzieje się w ciągu jednej nocy. Bendis celowo zwala to wszystko naraz na głowę Petera, nie tylko żeby oczyścić atmosferę, ale też aby obnażyć absurdy i nielogiczności pierwszej Clone Sagi, i siłą rzeczy je wyśmiać. A przy okazji obnaża jeszcze coś.

Tym czymś jest ciężar konwencjonalny marki o nazwie Spider-Man, który w rekonstrukcji fabularnej spod znaku Ultimate dąży do nieuniknionych nielogiczności. Peter robi na przykład wszystko, żeby ocalić swoją rodzinę przed niebezpieczeństwami wynikającymi z bycia Spider-Manem, zrywa z MJ, okłamuje ciotkę itp., tymczasem te niebezpieczeństwa i tak ich dosięgają. Pod koniec dochodzi więc do wniosku, że podwójna tożsamość jest w tym względzie irracjonalna, wynika z nieuzasadnionych obaw i niezrozumienia świata, w którym żyje. To tak naprawdę kuksaniec Bendisa w stronę konwencji oryginalnego Spider-Mana; kuksaniec, który z jednej strony dużo zmieni wżyciu Petera w uniwersum Ultimate, z drugiej – już pozatekstowo – doprowadzi do różnych cudów na Ziemi-616. Tyle, że te nas nie interesują.

Peter znów schodzi się z Mary Jane (która ostatecznie daje kosza Markowi Raxtonowi z zespołu muzycznego Molten Man), Kitty jest z tego tytułu nie w sosie, przełom mamy za sobą. To co, jesteście gotowi na kolejny? Cierpliwości. Już wkrótce coś się wydarzy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s