Ultimate Review 91: Ultimate Fantastic Four: Silver Surfer

Posted: 11/10/2012 by misiekwolski in Ultimate Review

Mike Carey miał ambicję przenieść do uniwersum Ultimate wszystkich ważniejszych przeciwników Czwórki (przynajmniej tych, których w nim jeszcze nie było). Poprzednio mieliśmy Diablo, który na szczęście został pogrzebany, teraz jednak lecimy po bandzie. Pojawia się bowiem ktoś, o kim myśleliśmy, że już go znamy.

 

 

Po powrocie ze średniowiecznego Milanu Reed i reszta – wliczając w to obdarzoną nowymi supermocami Enid Richards – przechodzą przymusową kwarantannę w budynku Baxtera. Mr. Fantastic postanawia wykorzystać ten czas, żeby naładować skonstruowany przez siebie Sześcian energią jednej z gwiazd znajdujących się we wszechświecie ponad tym, w którym żyją. Traf chce, że usiłując ściągnąć moc gwiazdy trafia na coś – a raczej kogoś – innego. W Ziemię niemal dosłownie uderza srebrny przybysz, który z miejsca postanawia wezwać swojego władcę, Revkę Temerlune, „króla bez wrogów”. Revka bez zastanowienia ogłasza Ziemian swoimi nowymi poddanymi…

To ja może powiem tak: to jest duży krok w tył w przygodach Czwórki i mały krok w naprzód w uniwersum 1610. Przede wszystkim rysunki Pasquala Ferry’ego, które może i pasowały do eklektycznej i obcej w całej swojej okazałości planety Pyx, tutaj są po prostu brzydkie. Ja rozumiem, że odwzorować Silver Surfera mógł tylko ktoś, kto rysuje postacie wyglądające sztucznie, ale tutaj to się nie sprawdziło. Nawet kiedy akcja przenosi się na planetę Zenn-La, to jej idylliczność i jasność nie znajdują odpowiedniego odbicia w rysunkach. A to dopiero początek problemów z tym komiksem.

To może zanim problemy, wspomnę o paru kwestiach, które mnie uradowały i które – ze wszech miar – rozwijają uniwersum Ultimate. Dowiadujemy się na przykład, że Sześcian jest już na ukończeniu, co może mieć bardzo poważne konsekwencje dla całego świata. Matka Bena flirtuje z Lumpkinem, co jest może zabawnym interludium, ale nie mniej przez to ciekawym. Nick Fury wyznaje Richardsowi, że toleruje go tylko dlatego, iż ten zajmuje sobą i swoimi wynalazkami generała Rossa (tego-który-nie-jest-tamtym-Rossem), co zresztą nie jest niczym dziwnym; szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę zajście przed domem Parkerów, w którym Czwórka maczała swoje palce. Wreszcie pojawia się Carol Danvers i wspomina o Mahr-Vellu, czyli Kapitanie Marvelu; to miłe, że nie zapomniano o tej postaci, choć ewidentnie jeszcze nie ukończył całkowicie swojej rekonwalescencji. No i dowiedzieliśmy się, że Reed nie może się rozciągać w nieskończoność, a forsowanie się ponad miary sprawia mu ból; widać nawet jego dość eklektyczna moc ma swoje granice.

To wszystko smaczki, które radują serce moje i wpływają zbawiennie na uniwersum, ale niestety – nie równoważą kwestii zasadniczych. W dużym skrócie: srebrni surferzy byli posłańcami Gah Lak Tusa mającymi likwidować opór na pożeranych planetach. To, że z innego wszechświata przybywa teraz kolejny z nich, przedstawiający się jako Norrin Radd i nie mniej pragnący wypełnić wolę swojego pana, jest na tym poziomie niepotrzebną wtórnością. Zjadaniem własnego ogona. Poco wymyślać inny rodzaj Surfera, skoro jeden już był. To, że Reed powiąże fakty i stwierdzi, że Gah Lak Tus mógł modelować swoich posłańców na Norrina Radda, niewiele tu zmienia. Jedynie tyle, że bzdura ta nie burzy koherencji uniwersum.

Powód, dla którego Carey wprowadził Silver Surfera  i całą opowieść o zawładnięciu Ziemią przez kosmicznego króla (o którym za chwilę) jest niestety prosty i wiąże się ze spadającą podówczas – czyli w 2007 roku, kiedy opublikowano tę historię – sprzedażą komiksów z uniwersum Ultimate. Marvel zrobił wtedy to, co potem będzie wielokrotnie powtarzał przy okazji innych bohaterów: wykorzystał fakt, że do kin wchodzi film oparty na przygodach danej postaci, aby podciągnąć marketing komiksów. Działało to zresztą w obie strony, bo komiksy – jeśli powiązane fabularnie – wprowadzały również czytelników w realia superbohaterskich filmów. A tak się składa, że w 2007 roku miała miejsce premiera straszliwego gniota pt. Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera. Film nie rokował dobrze, komiksy z serii Ultimate miały zastój (po historii Devils trudno się dziwić), więc wprowadzono Surfera do uniwersum Ultimate w nadziei, że przyniesie to dobry rezultat. I chyba przyniosło, ale nie zmienia to faktu, iż ponowne wprowadzenie srebrnej postaci latającej po kosmosie na desce surfingowej trąci nieco myszką.

Można było się z tego wybronić i Carey już miał na to pomysł, ale dość nieumiejętnie go zrealizował. O co chodzi: królem Surfera – tym samym, który porywa całą populację Ziemi na swoją planetę, by uczynić ich wiecznie szczęśliwymi – jest wspomniany już Revka Temerlune, którego Johnny nazywa Psycho-Manem. I faktycznie, ten pseudonim do niego przyrasta, choć sama postać modelowana jest raczej na wzór innego wroga oryginalnej Czwórki, Kanga (który pierwotnie był wrogiem Avengers, ale miał być krewniakiem Reeda… mniejsza z tym, to nie to uniwersum). No więc Kang/Psycho-Man odkrył sposób, jak – pozbawiając poddanych wolnej woli – uczynić ich szczęśliwymi. Ponieważ raz już nie wypaliło przez zbuntowanego podopiecznego, Norrina Radda, ten zmienił go w Surfera i kazał szukać nowych poddanych. No to Silver Surfer obdarzony kosmiczną mocą błąkał się po kosmosie na swojej desce, po czym ściągnął go Reed.

Postać Radda jest tu co najmniej nielogiczna. Najpierw – nienawidząc szczęśliwości i wyznając prymat wolnej woli – doprowadził do rewolty na Zenn-La, potem wiele tysiącleci szukał nowej populacji dla swojego rodzinnego świata, by wreszcie – gdy już ją znalazł – pomóc jej z niego uciec. Dziwne. Zapomniał już, przed czym chciał uchronić ludzi? Liczył na to, że po powrocie zazna spokoju? Nie wiadomo i nie jest to powiedziane w żaden sposób. Ważne jest to, że pomaga on Czwórce w… dyskusji z Psycho-Manem, który reprezentuje dość… anachroniczne poglądy jak na kogoś rozwiniętego tak dalece, że dzięki zabiegom chirurgicznym udało mu się uzyskać nieśmiertelność. Fakt, że ciała i umysły Reeda, Johnny’ego, Sue i Bena zostały przemienione, ułatwia im wyrwanie się spod kontroli Revki. Tutaj warto zatrzymać się na chwilę, Ben bowiem zostaje przez Psycho-Mana pozbawiony rozumu, jego podświadomość jednak dyktuje mu obrazy z przeszłości i to on – jako bezmózgi, kamienny człowiek – usiłuje podsunąć Reedowi obrazy z ich przeszłości.

Bywa, że ten komiks jest obiecujący, ale wszystko ginie w nieco wymuszonym wprowadzeniu Silver Surfera i kilku innych przeszkadzajkach. Można się oczywiście zagłębiać w specyfikę wykreowanej przez Psycho-Mana/Kanga idylli, poszukiwać źródeł jego filozofii czy nawet zachwycić się jego obrońcami (choć nie bardzo jest czym), ale całość wypada przeciętnie. Bardzo przeciętnie.

P.S. Żeby nie było: nikt z sześciu miliardów ludzi nie pamięta, że był porwany na inną planetę, Reed podłączył się bowiem do psychomachiny Psycho-Mana (o Mocy, jak to brzmi…) i wyczyścił im pamięć. I tak opowieść o Srebrnym Surferze – a nawet fakt jego istnienia – zostały przed Ziemianami zatajone. Oczywiście jest to rozwiązane na siłę, bo Reed tym samym mógł wyczytać z głów wszystkich ludzi ich sekrety – np. od Nicka Fury’ego – i to by dużo namieszało w status quo, ale celem zachowania kontinuum tego nie zrobił. Szkoda, bo może uniknęlibyśmy wtedy katastrofy, jaka się wkrótce szykuje…

Reklamy
Komentarze
  1. Jak zły byłby ten komiks to w końcu jest to Srebrny Surfer i ja muszę go mieć w swojej kolekcji surferowych komiksów! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s