Ultimate Review 100: Squadron Supreme

Posted: 07/13/2013 by misiekwolski in Ultimate Review
Tagi: , , , , , , , , , , , , , ,

Teraz będzie coś, czego nie planowałem, ale skoro dotrwaliśmy do tego jakże okrągłego jubileuszu, to postanowiłem uraczyć Was czymś wyjątkowym. Proponuję mały skok w bok od uniwersum Ultimate i spojrzenie na serię – czy raczej miniserię – która jest u nas relatywnie mało znana, ale ma jakiś tam związek z Ziemią-1610 i naszymi ulubionymi bohaterami. Całość wystartowała w 2008 roku i ciągnęła się do 2009, czyli mniej więcej w tym samym czasie, co opisywane przeze mnie równolegle komiksy z Ultimate Marvela, natomiast kickstarterem całego pomysłu był – jak się pewnie domyślacie – Ultimate Power, bazujący na bohaterach pomysłach fabularnych serii Supreme Power J. Michaela Straczynskiego. Dla przypomnienia: opisywana w tej serii ekipa była dość luźną, ale wyraźną wariacją na temat Justice League of America, a to uniwersum nawiązywało natomiast do komiksów DC. Bezpośrednią kontynuacją Ultimate Power jest natomiast właśnie Squadron Supreme pióra Howarda Chaykina z rysunkami Marco Turini, Marco Checchetto i – w ostatich dwóch zeszytach – Neila Edwardsa i Kevina Sharpe’a. A dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo kluczową postacią w Squadron Supreme jest nie kto inny, jak Nick Fury. Tak właśnie. Ten nasz Nick Fury, którego superbohaterowie Ziemi-1610 pozostawili w innej rzeczywistości.

1 2 3

 4 5 6

 7 8 9

10 11 12

Tutaj dygresja, o której zapomniałem w poprzednim Ultimate Review. Gdy Carol Danvers zamyka Petera Parkera w Triskelionie celem uczynienia z niego przynęty na Normana Osborna, Peter domaga się rozmowy z Furym. Tym samym, którego nie tak dawno pozostawili w uniwersum Squadron Supreme. To jest o tyle dziwne, że przecież Parker był obecny przy całej sytuacji, więcej nawet, to on wkopał Fury’ego przed innymi superbohaterami. Nieścisłość? Pewnie że tak, jeśli jednak pozostaniemy wierni przyjmowanej tutaj idei doszukiwania się we wszystkim sensu, to rodzi nam się taki obraz: Spider-Man nie wiedział, że superbohaterowie zareagują w taki sposób, co więcej, nie sądził, że oddelegowanie Fury’ego będzie permanentne. Może w swojej naiwności sądził, że Fury wkrótce wróci na Ziemię-1610, skoro Arcanna ze Squadron Supreme potrafi się przenosić między uniwersami…

Co się zaś dzieje w świecie Squadron Supreme? Od pamiętnej walki trzech supergrup najpierw ze sobą, a potem z Hulkiem, minęło 5 lat. Hyperion i Dr. Spectrum odlecieli w nieznane, a pozostali członkowie ich supergrupy rozpierzchli się po świecie. Wskutek wywołanej kataklizmem nieufności wobec superbohaterów na szczyty popularności wspina się właśnie Fury, który zakłada organizację mającą zajmować się takimi sprawami. Tak tak, w uniwersum tym powstaje nowe, jeszcze kameralne S.H.I.E.L.D., w zamierzeniach Fury’ego zbliżone jednak do swojego odpowiednika z Ziemi-1610. Fury zaczyna od zera; ma raptem jeden gabinet, a do pomocy udaje mu się nakłonić wstępnie jedynie Emila Burbanka (człowieka, który spowodował kataklizm znany nam z Ultimate Power, a który średnio trzy razy na zeszyt przypomina wszystkim, że jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie) oraz wspomnianą już Arcannę Jones. Wkrótce cała trójka odkrywa, że inne rządowe organizacje – CIA, FBI, wywiad itp. – starają się ukryć przed opinią publiczną istnienie nowych superludzi. Oto bowiem przybyła z Księżyca załoga promu „Icarus One” przywiozła ze sobą na Ziemię bakcyla supermocy: takiego samego, jaki przed laty rozniósł się po świecie ze statku-kołyski, którym przybył Superm… Hyperion. Tak więc wokół pojawiają się nowe superistoty, a w dodatku sama załoga Icarusa uległa przemianie. Gdy uciekają, by oskarżyć rząd USA o przetrzymywanie ich wbrew ich woli, dochodzi do nowych roszad i nowych rozdań: Emil Burbank traci zmysły sądząc, że pod wpływem bakcyla został nieodwracalnie oszpecony, i planuje utworzenie własnej supergrupy; po części z chęci zemsty, po części z pragnienia dominacji nad światem (i cały czas przypomina wszystkim, że to on jest najmądrzejszy). Fury musi więc interweniować…

W pierwszych sześciu zeszytach jest niewiele akcji, lecz tak naprawdę dzieje się dużo. Skoro superludzie pojawiają się wszędzie wokół, trzeba się nimi zająć. Po stronie Fury’ego – poza Arcanną – staje więc posługujący się organiczną zbroją multimilioner, Tucker Ford alias Biogeneral, Nell Ruggles, czyli Arachnophilia (która na początku jest więźniem Fury’ego, ale szybko zmienia stronę) oraz Old Soldier, nieumarła synteza amerykańskich wyobrażeń o bohaterach wojennych (tak, wiem, jak to brzmi…). Ponadto gdzieś tam walczą ze sobą inni, potężni superbohaterowie, czyli Wilk, Władca Wiatrów oraz Mangog. Po szeregu negocjacji do S.H.I.E.L.D. przyłącza się również załoga „Icarusa One”.

Na nich się na razie skupię, bo to w gruncie rzeczy dość osobliwa wariacja na temat Fantastycznej Czwórki. Jon Mora, kapitan zespołu, pod wpływem zetknięcia się z kapsułą z supermocami otrzymał umiejętność przenikania przez ściany i zamieniania się w parę. Peter Boyer otrzymał moc władania elektrycznością bardzo podobną do tej, którą posiada ultymatywny Electro; jest również gejem. To o tyle istotne, że Ted Bunn, pilot, nie jest i romansuje z żoną Jona; sam natomiast przemienił się w gigantyczne, twarde i supersilne drzewo, jest też w stanie się rozrastać i zapuszczać korzenie. Jego kochanka, Catherine Mora, posiadła natomiast moc całkowicie i nieskończenie przydatną do utrzymania ich małego romansu w sekrecie: oto bowiem potrafi ona być w dwóch miejscach jednocześnie (co w jakiś tam kwantowo-mechaniczny sposób przekłada się potem na zdolność teleportacji). Przyznać muszę, że to krok w ciekawą stronę, lekko nawiązujący do pomysłów Granta Morrisona. Kto bowiem powiedział, że supermoce muszą być super? Dlaczego szczyt ewolucji genetycznej Fantastycznej Czwórki musi być tak fantastyczny? Gdzie tu czynnik chaosu? Moce załogi „Icarusa One” są natomiast co najmniej ambiwalentne, dopiero korzystając z nich w odpowiedni sposób, są w stanie dać one przewagę. Pomijając oczywiście Petera, bo on jest w bardziej klasyczny sposób superbohaterski (choć cierpi na zaniżone poczucie własnej wartości).

Co zaś do Biogenerala, to jest on rzecz jasna niemal karykaturalnym odpowiednikiem Tony’ego Starka, tylko że nieskończenie bardziej naiwnym, będącym wiecznym dzieckiem o zapędach superbohaterskich. Nie tylko oddaje on za darmo całą swoją fortunę i patenty do dyspozycji Nicka Fury’ego, ale też często bezmyślnie rzuca się w wir walki, co z reguły nie kończy się dobrze. Jego płynna, nanitowa zbroja jest też dużo paskudniejsza i ewidentnie wzorowana na wczesnych koncepcjach Ultimate Iron Mana. Z kolei Old Soldier, powstała z martwych inkarnacja nieznanego żołnierza, to oczywiście parodia Kapitana Ameryki, choć jakby się dłużej zastanowić, to ta creepy-zombie wersja ultrapatrioty jest dalece bardziej przekonująca. Jest w nim jakiś tragizm, bezwolne przywiązanie do ojczyzny i brak zrozumienia dla wszystkiego, co się dzieje wokół, co sprawia, że jednocześnie go lubię i mi go szkoda. Podobnie zresztą, jak lubię Arachnophilię, bo to kozacka niewiasta, która potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Sceny, kiedy kłóci się z matką Tuckera Forda, są jednymi z nielicznych, które mogą się spodobać. O tym jednak za chwilę.

W pewnym momencie walkę o władzę w USA przerywa pojawienie się Hyperiona (czyli Marka Miltona) oraz Dr. Spectruma (Joego Ledgera). Obie wariacje na temat bohaterów DC – Supermana i Green Lanterna – były zawsze zdecydowanie najlepiej napisanymi alternatywnymi postaciami w komiksach o Squadron Supreme, dlatego trochę rozczarowuje fakt, że tutaj to tak jakby nie gra. Oto Hyperion – zmanipulowany przez kontrwywiad – próbuje przejąć władzę nad Stanami Zjednoczonymi, wysadza Biały Dom, zabija panią prezydent i zasadniczo robi borutę. Wzywa też do siebie dawnych członków Squadron Supreme, by wsparli go w jego misji. Na to wołanie odpowiadają Shape, Nuke, Inertia, a także – po chwili wahania – Blur. Dr. Spectrum w pierwszej chwili pomaga Hyperionowi, ale potem się wycofuje, natomiast jego ukochana, Amphibian, nawet nie chce słyszeć o pomyśle przejęcia władzy nad światem. Arcanna też pozostaje po stronie Fury’ego. Z udziału w tym wszystkim rezygnuje również lokalny Batman, czyli Nighthawk. Po bitwie superludzi nad Waszyngtonem (do sił Fury’ego przyłącza się Wilk, Władca Wiatrów – baaardzo luźna odmiana Thora – oraz Mangog, będący wariacją na temat Dr. Manhattana z Watchmenów oraz starego i dobrego Hulka) Milton wycofuje się do siedziby wywiadu, gdzie sprzymierza się z Emilem Brubankiem. Wszystko się jednak kończy właściwie nijak, bohaterowie wprawdzie cały czas mówią, jak to ich supermoce mogą rozsadzić Ziemię, jednak poza małą zadymą między Squadron Supreme a Regulatorami (tak Biogeneral nazywa superludzi S.H.I.E.L.D.), z której i tak nic nie wynika, dochodzi jedynie do rozmowy między Furym i Arcanną a Hyperionem, po czym ten ostatni gdzieś sobie odlatuje, a wszyscy pozostali lecą… bić arabów. Ni stąd, ni zowąd bowiem arabscy superludzie atakują Amerykę i S.H.I.E.L.D. przenosi konflikt na ich teren. Meh.

Podstawowym problemem tego komiksu jest właśnie scenariusz. Niby coś się dzieje, niby postacie dużo ze sobą rozmawiają, ale te rozmowy w większości sprowadzają się do osobistych wycieczek (ewentualnie Emil Burbank mówi, że jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie), a akcja się rozmywa, zaczyna bez powodu i bez identycznego powodu kończy, a przynajmniej domyślamy się, że się kończy, bo nic nam tego nie sugeruje. Wiele pomysłów jest tu wrzuconych bez ładu i składu, skutkiem czego dostajemy dramatyczną nędzę. Oto na przykład plan zawładnięcia światem, który Hyperion odpuszcza po wymianie zdań z Blurem, Arcanną i Spectrumem. Czyli że co? Poniosło go? Nie wiedział, co robi? Czy może scenarzysta przeczytał klasyczną już serię Squadron Supreme Marka Gruenwalda (antyutopijną opowieść, w której ekipa Hyperiona faktycznie przejmuje kontrolę na świecie) i stwierdził, że też tak chce, ale zabrakło mu jaj? Po co poświęcać sześć zeszytów na formowanie się drużyny (i to niepełne, ekipa bowiem dookreśla się jeszcze przez dwa), skoro seria kończy się na dwunastu? Jaki ma sens motyw Burbanka, skoro nawet nigdzie nie prowadzi? I o co chodzi z najazdem arabskich superludzi? Kim oni są i czego chcą? Najeżdżają… bo tak? Nawet III Wojna Światowa w uniwersum Ultimate miała lepiej rozpisane motywy. Końcówka razi wręcz kretyńską stereotypizacją, zupełnie jakby do scenarzysty przyszedł wydawca i powiedział „Kończ waść, wstydu oszczędź”. Stąd arabska Deus Ex Machina, porażające durnotą zakończenie i wrażenie zjełczałego niesmaku.

Chciałbym tu napisać, że sprawę trochę ratują rysunki, ale nie mogę. O ile bowiem okładki – głównie te Grega Landa (bo wiadomo) – są bardzo dobre, a zeszyty rysowane przez Marco Checchetto (całe cztery) wyglądają nieźle, to pozostałe są brzydkie, nieprzemyślane i ewidentnie zrobione na kolanie. Do tego stopnia, że gdy Emil Burbank – któremu wydaje się, że bakcyl supermocy go oszpecił – zdejmuje maskę, ukazuje nam się twarz nie brzydsza niż kogokolwiek w tym komiksie. Zakładam więc, że była to brzydota urojona, bo tylko tak ma to jakiś sens. Już nie mówiąc o tym, że ubrania i włosy niektórych postaci zmieniają się irracjonalnie między zeszytami, i w ogóle nic nie wiadomo. Gdyby nie fakt, że na początku każdego zeszytu jest streszczenie tego, co działo się do tej pory, to połowy rzeczy bym nie zrozumiał. Bo po prostu trudno dojrzeć, co się dzieje. Całość Squadron Supreme ma jakąś wartość tylko dlatego, że pozwala sobie uzmysłowić, iż na co by Marvel nie wpadł – czy to w uniwersum mainstreamowym, czy Ultimate – głupotą i miernotą wykonania nawet się nie zbliżą do tej serii.

Postarajmy się jednak wydobyć jakieś plusy. Może w zakończeniu? Sympatycznym akcentem jest ślub Tuckera Forda i Nell Ruggles po tym, jak ich relacje całkiem ciekawie się rozwijały przez całą serię. Arcanna Jones jest bez wątpienia najciekawszą i najsympatyczniejszą postacią w tym komiksie, szczerze więc żałuję, że nie ma jej w uniwersum Ultimate. Naprawdę, jej wrażliwość, kompetencje i dylematy są najatrakcyjniejszym aspektem tej historii. Pod względem charakterologicznym jest to najlepiej napisana postać, lepiej nawet niż Scarlet Witch na Ziemi-1610. Wprawdzie nie mam pojęcia, jak zdołała ona nakłaniać wspólnoty wyznaniowe do płacenia jej grubych sum dolarów w świecie, gdzie superludzie i podróże międzywymiarowe są faktem (przed akcją komiksu Arcanna zarabiała na życie, imitując boskie cuda), ale niech będzie. Poza tym jest Fury, który wprawdzie jest znacznie mniejszym twardzielem niż w uniwersum Ultimate, ale też ma mniej powodów, by nim być (choć przez 5 lat mógłby już się ogarnąć). Coś jeszcze? O Old Soldierze powiedziałem, o mocach załogi „Icarusa One” też… jest jeszcze wątek egzystencjalnej pustki Hyperiona, który szukał swojej rodzinnej planety, a natrafił tylko na zgliszcza, ale to margines. Poza tym ta seria to kicha straszna.

Ale największą kichę zostawiłem sobie na koniec. W ostatnim zeszycie – bez większego sensu – wszystkie supermoce się znoszą i niwelują, również te oryginalnego Squadronu. Swoje zdolności zachowuje najpewniej Hyperion, który jest kosmitą, i Dr. Spectrum, zawdzięczający swoją moc kosmicznemu klejnotowi, wiemy też, że wciąż ma je Arcanna, bo natura jej umiejętności jest w znacznej mierze magiczna. Reszta jednak swoje moce traci dość nagle, co jest strasznie rażącym rozwiązaniem typu: „musimy kończyć, więc wyzerujmy większość wydarzeń, ot tak, with no particular reason„. No proszę Was. Już i tak pod koniec lektury nic mnie już w tym komiksie nie pociągało, ale na pewno można było wybrnąć jakoś inaczej. Choć przyznam, że epizod z Burbankiem (najmądrzejszym człowiekiem na świecie), który wskutek odkręcenia wpływu bakcyla traci domniemaną brzydotę, ale przy okazji też swój intelekt, był łyżką miodu w tej beczce dziegciu. Co nie zmienia faktu, że całość wypada gorzej niż dowcipy o łotewskich chłopach.

Niemniej jednak w ramach tego małego jubileuszu chciałem, żebyśmy przez Squadron Supreme przebrnęli. Mimo wszystko osoba Nicka Fury’ego jakoś się z tym wiąże i nie byłoby chyba dobrze, gdyby w refleksji na temat uniwersum Ultimate zabrakło tego wątku. Do zobaczenia więc przy kolejnym, 101. Ultimate Review, gdzie zobaczymy, co słychać u X-Menów.

P.S. Mam wrażenie, że jest tu cała kupa odniesień do DC, ale za mało jestem zorientowany, żeby nawet próbować je rozpoznawać. Zresztą żadna intertekstualność nie uratuje tej kichy…

Reklamy
Komentarze
  1. Mumciur Master pisze:

    Szkoda że taki fajny… ”blog”? jest niedoceniany i ma mało komentarzy. Mi się jednak bardzo podobają te wpisy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s