Ultimate Review 102: Ultimate X-Men: Apocalypse

Posted: 07/28/2013 by misiekwolski in Ultimate Review
Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

To ostatni scenariusz Roberta Kirkmana, zilustrowany przez wiernego mu wciąż Salvadora Laroccę przy pomocy Harveya Tolibao. Powraca w nim wątek Sinistera, zapoczątkowany bardzo dobrą historią pióra Briana K. Vaughana, a wszystkie skrzętnie przygotowywane przez Kirkmana apokaliptyczne wątki znajdują tu wreszcie swoje ujście. Jak wyszło? Czy mutanty czeka tytułowa apokalipsa? Co z otwartymi wciąż wątkami poszczególnych członków drużyny? Zobaczcie sami.

1 2

3 4

Bishop uznał, że nadszedł czas. Z pomocą Jean Grey on i jego X-Men namierzają… Sinistera, przygotowującego się do wypełnienia swojej krucjaty i przebudzenia Apocalypse’a. Sinister musi w tym celu zabić dziesięciu niewinnych mutantów. Czterech już zgładził. W celu znalezienia pozostałych, wybiera się on do tuneli Morlocków. W wyniku dokonanej przez niego rzezi na świat przychodzi Apocalypse, a walka z nim pochłania setki istnień i angażuje niemal wszystkich superbohaterów. By przechylić szalę zwycięstwa, na pomoc przybywa dwóch sojuszników z przyszłości…

 

Przyjęło się już, że ostatnia historia danego scenarzysty winna być jego najlepszą, zamykać wszystkie ważniejsze wątki, stawiać bohaterów przed najbardziej dramatycznymi wyborami, wreszcie oferować najwspanialsze wolty fabularne i najbardziej udane rysunki. W kwestii oprawy graficznej Larocca radzi sobie nie najgorzej (Tolibao słabiej, o czym później), Kirkman natomiast… cóż, ja jakoś nie jestem szczególnie zachwycony.

 

Cała akcja skupia się w zasadzie na jednej dość epickiej bitwie z Apocalypsem, poprzedzonej rzezią w tunelach Morlocków, których twardo broni Nightcrawler (to muszę Kirkmanowi przyznać, że bardzo sprytnie ustawił tę postać; po opowieści Underneath można było pomyśleć, że po prostu usunął Kurta z pola widzenia, a tu proszę). Przy okazji pojawia się pytanie, skąd Sinister wiedział o tunelach Morlocków; wprawdzie sam twierdzi, że usłyszał w więzieniu, ale to by było dziwne, gdyby w Triskelionie rozprawiano o tajnym, podziemnym osiedlu mutantów i nikt nic z tym nie zrobił. No ale nic. Bardziej nas zastanawia futurystyczny strój Sinistera, jego łysa czaszka, a przede wszystkim to, że jakoś udało mu się sfingować własną śmierć. No no no. Oszukać w tej materii S.H.I.E.L.D. to jednak sztuka. Co nie zmienia faktu, że teraz chciałbym poznać kulisy tej sztuki, a nie wierzyć na słowo, że Sinister jest taki cwany.

 

W rzezi Morlocków usiłują przeszkodzić X-Men Bishopa, co pośrednio kończy też jego wątek. Bishop bowiem tak naprawdę chce, aby Apocalypse się przebudził, tylko tak bowiem będzie można go ostatecznie pokonać. Niestety, w wirze walki pozwala Sinisterowi zabić Angela, którego śmierć sprawia, że zły łysy pan przemienia się w Apocalypse’a. To wkurza Wolverine’a, który do Angela może nigdy przyjaźni nie czuł, ale Warren darzył go szacunkiem i był kompanem z drużyny. Logan wypełnia więc daną Bishopowi obietnicę, zgodnie z którą zabije go, gdy tylko zobaczy, że coś jest nie tak. Uśmiercenie Angela jest bardzo nie tak. Oczywiście Dazzler też wpada w furię, ale po kilku pokrzepiających słowach od Logana kieruje ją przeciwko Apocalypse’owi.

 

Tu kilka uwag o mocach tego gościa. Jako Sinister miał on możliwość czasowego hipnotyzowania mutantów, co pozwalało mu np. zmuszać ich do samobójstw itp. Jako Apocalypse, może on wchłaniać i przejmować zdolności innych mutantów, regenerując tym samym swoje siły, a dodatkowo hipnotyczna moc uległa multiplikacji i od teraz jest on w stanie kontrolować ciała homo superior na odległość. Dlatego też nagle Kitty atakuje Spider-Mana, z Westchester przybywa stara drużyna X-Menów i napada na część nowej drużyny X-Menów, w walkę wdaje się Fantastyczna Czwórka i oni też zmuszeni są do wymiany ciosów z mutantami, jeden Wolverine tak naprawdę ma tyle odwagi i furii, żeby rzucić się na Apocalypse’a, co przypłaca utratą ręki.

 

Do tego dochodzi kolosalna rozróba na ulicach Nowego Jorku, tak kolosalna, że czytając ten komiks łapałem się za głowę, zastanawiając, czy inni scenarzyści uszanują fakt, iż spora część Manhattanu wylatuje w powietrze. A to jeszcze nie koniec. Z przyszłości przybywają bowiem Cable i Xavier, obaj w kosmiczno-futurystycznych zbrojach, gotowi do walki z wrogiem. Cable przy okazji tłumaczy, że Apocalypse uważa się za pierwszego mutanta i jego świętym prawem jest pochłonięcie życia wszystkich innych istot na Ziemi, a Xavier jako najpotężniejszy telepata na planecie może go pokonać, jeśli będzie przygotowany. No i Xavier trenował w przyszłości, by przygotować się do tej walki. Cały ten wątek zalatuje Dragonballem na kilometr, a jakiejś kuriozalnej pikanterii dodaje mu fakt, iż na wydaniu zbiorczym, na czwartej stronie okładki, zajawka mówiła, że do Apocalypse’a dołączają złowrogo wyglądające postacie przypominające Stryfe’a i Onslaughta z Ziemi-616. Meh. Ktoś ewidentnie poczuł, że ta historia nie ma polotu, i postanowił ją sztucznie udramatyzować. Pomijam milczeniem fakt, że jako pierwszą stronę okładki wykorzystano w tym wydaniu grafikę z czwartego zeszytu, gdzie Apocalypse tłucze rzekomych Onslaughta i Stryfe’a – a tak naprawdę Xaviera i Cable’a – więc tego typu ściemy tylko uzupełniają poczucie nijakości.

 

Bo to wszystko jest nijakie. Tego typu narracje, prezentujące superepickie pojedynki na śmierć i życie między superwyszkolonymi supermutantami, mogą się sprawdzać w anime takim jak Dragonball, symulującym w czasie rzeczywistym emocje niemal sportowe, ale tutaj to się po prostu nie klei. A na to wszystko nakłada się jeszcze deus ex machina, czyli Jean Grey. Dziewczyna widząc, że Xavier może zginąć po raz kolejny, bo nie jest dostatecznie wyszkolony, by powstrzymać Apocalypse’a, godzi się na przyjęcie do siebie mocy Feniksa. Feniks więc się budzi i naga, płonąca Marvel Girl spuszcza manto Apocalypse’owi, niemal go uśmiercając, po czym jednym skinieniem wskrzesza wszystkie jego ofiary, przywraca porządek i wyczyszcza pamięć wszystkich ludzi poza członkami X-Men. Potem sama odlatuje, zostawiając zjednoczone pod wodzą Xaviera ekipy z obu drużyn, które szczęśliwe, że przetrwały apokalipsę, gotowe są znów naprawiać świat. Niby oł je i hip hip hurra, ale to wszystko było jakieś takie żadne.

 

Finał narysował Harvey Tolibao, przez co rysunki są paskudne jak rzadko kiedy, a wszystko dąży do osiągnięcia jakiegoś dziwnego status quo na koniec. Cudowne wskrzeszenia, wszystko w normie, wszyscy zdrowi i szczęśliwi, może poza Xavierem, który podczas walki z Apocalypsem znów uszkodził kręgosłup (wcześniej naprawiony przez Cable’a) i Feniks jakoś zapomniała mu go znów poprawić… a o ręce Logana pamiętała. Niby wszystko ok, ale ma się wrażenie, że tak naprawdę postacie w żaden sposób nie ewoluowały, że całą charakterologiczną otoczkę załatwiła poprzednia historia, czyli że tak naprawdę jedynie Storm i Wolverine mogli się jakoś zmienić pod wpływem całego tego zajścia ze śmiercią Xaviera i nowymi X-Men. Absolutnie cała psychologia innych postaci jest tutaj skrzętnie i dokumentnie przemilczana.

 

Nadal mam wrażenie, że Kirkman trochę za bardzo odszedł od ducha Ultimate, pisząc komiks superbohaterski, który ma niewiele zalet tej konwencji, a wszystkie wady. Nieliczne dobre pomysły gubią się w nieumiejętności ich sensownego zagospodarowania. Mam też wrażenie, że bardziej oglądał się on na animowany serial X-Men z lat 90. niż na wcześniejsze komiksy Ultimate. Stąd złożenie nowej drużyny X-Men, w której jest tylko jeden nowy X-Man (Pyro), robienie z Morlocków mięsa armatniego, takie olanie/nieolanie szkoły Xaviera… tymczasem, jak spojrzymy na to jak na jakąś tam kontynuację serialu animowanego, to mamy nieporównywalnie więcej atrakcjonów. Tyle, że Ultimate X-Men nie jest kontynuacją serialu animowanego.

 

Również w rysunkach nie jest za dobrze, bo Kirkman tak rozpisuje kadry, jak to się robiło w komiksie mainstreamowym, zapominając, że Millar i Bendis zaczynali to uniwersum kadrując w sposób niejako filmowy. Poza Laroccą rysownicy też trafili mu się co najwyżej przeciętni, a i pan Salvador do wybitnych nie należy. To wszystko sprawia, że choć było w historiach Kirkmana trochę dobrych pomysłów, to całość wypada słabo. Dlatego trzeba chyba określić Roberta Kirkmana najgorszym scenarzystą w historii Ultimate X-Men (jak dotąd) i bez bólu pójść dalej.

P.S. Nieścisłość goni nieścisłość. Kiedy Beast, Bishop i reszta dostarczyli ostatnio Storm do szkoły Xaviera, Jean nawet się nie zająknęła, że widzi dawnego kolegę powstałego z martwych. Tymczasem na początku tej historii jest zszokowana, że Beast żyje. To właśnie pokazuje, jak Kirkman przykładał się do swojej pracy.

P.P.S. Fantastyczna Czwórka wspomina o nakręconej przez Ultimates… seks-kasecie. Szok i niedowierzanie? Jakiś random? Spokojnie, wkrótce wszystko stanie się jasne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s