Archive for the ‘Narracje’ Category

Od 5 stycznia w polskich kinach gości „Kot w butach” – pierwszy „samodzielny” film pamiętnego słodkookiego kociaka, znanego wpierw ze „Shreka”. Dzieło to obejrzałem, zachwytu nie odczułem. Przypomniał mi się jednak jeden z najlepszych filmów, jakie w życiu oglądałem, a którego bohaterami były m.in. koty. Mowa o „Mieście kotów” (ang. Cat City, węg. Macskafogo). Podaję węgierski tytuł, ponieważ sam film jest właśnie dziełem z kraju naszych bratanków.

Reżyserem stworzonego w 1986 r. jest Bela Ternovszky, a scenarzystą Jozsef Nepp. Co ważne, pomimo faktu, że to produkcja z kraju komunistycznego, doczekała się ona dystrybucji w Stanach Zjednoczonych. Kontakt z filmem mam od dzieciństwa – niegdyś dojrzałem o nim infomację w którejś z gazet w przeglądzie popularnych kaset video z połowy lat 90. Potem w ramach jakiegoś prezentu od kogoś dostałem własną (przegraną oczywiście) taśmę. Wersja była zdubbingowana przez Amerykanów i z podłożonym polskim lektorem. W czasach dzieciństwa bez internetu trudno było uzyskać wiele informacji, stąd też przekonanie, że bajka była dziełem amerykańskich twórców miałem przez kolejne lata, aż w końcu w przypływie nostalgii poszukałem czegoś więcej. A tu okazało się, że to węgierskie dzieło.

O czym jest sam film? Początek stworzono w konwencji napisu z „Gwiezdnych wojen” – ten jednak informuje, że w roku 80. przed narodzeniem Mickey Mouse na planecie Domestica (w amerykańskiej wersji) trwała walka kotów oraz myszy. Szybko dowiadujemy się, że ci źli to koty – mało który nie nosi ze sobą granatów, pistoletów czy karabinów, a biedne myszy starają się bronić, choć przychodzi im to z trudem. Fabuła „Miasta Kotów” mówi o wysłaniu najlepszego szpiega myszy (w oryginale węgierskim to Grabowski; po angielsku ochrzczono go bodajże Garrym Gumshootem, natomiast w polskim tłumaczeniu był to Garry Gangut) do Japonii (do miasta Pokyo), celem zdobycia planów broni od doktora Fushimishi. Grabowski to oczywiście mysi James Bond, który ma doskonały słuch, zębami otwiera puszki, a ogona używa do wielu celów, m.in. zwisania z budynku lub chwytania ukradkiem przedmiotów.

Niestety koci wywiad okazuje się bardzo dobry, wszędzie pełno ich pluskiew, szpiegów, a głównodowodzący, jednooki Mr. Teufel (w wersji amerykańskiej po prostu D.), notoryczny pijak, palacz cygar, łykający tabletki uspokajające, wysyła ekipę szczurów, mających dorwać Grabowskiego. Mysi agent musi m.in. poradzić sobie na statku z kocimi piratami, a potem w butelce dotrzeć do Pokyo, gdzie również czeka stado groźnych kotów. Jeszcze trudniejszy jest powrót, kiedy dochodzi do prawdziwej ulicznej batalii myszy z kotami, w której obok wystrzelenia milionów nabojów, koty strzelają torpedami, zrzucają bomby, a nawet zrywają drogi, by uniemożliwić myszom dotarcie do celu.

Drugim wątkiem jest wysłanie fałszywego agenta, który miał zmylić pościg – Leniwego Dicka, którego jedyną umiejętnością jest gra na trąbce. W związku z atakiem terrorystycznym jego samolot spada jednak gdzieś w dżungli, a pulchna mysz trafia w ręce nietoperzy-wampirów, którzy noszą meksykańskie stroje i mówią z hiszpańskim akcentem, przy okazji nosząc rewolwery, których uwielbiają używać.

Brzmi absurdalnie? Być może, ale trzeba przyznać, że oglądając ten film po kilkunastu latach nie czuć, że się zestarzał. Ma on już ponad ćwierć wieku, ale wciąż warto go oglądać jako świetną parodię kina szpiegowskiego. Z dzisiejszego punktu widzenia trudno byłoby nawet powiedzieć, że to bajka dla dzieci – dużo przemocy, broni, cygara i alkohol, a nawet… nagie mysie biusty (!).

Znaleźć „Miasto kotów” w polskiej czy angielskiej wersji nie jest najłatwiej. Płyty DVD, wydane jakiś czas temu, krążą po sklepach internetowych w cenach zaczynających się od 60 dolarów. Na szczęście jest youtube, gdzie ktoś uprzejmy umieścił cały film. Co prawda z węgierską ścieżką dźwiękową, ale z napisami angielskimi (nie przetłumaczono jedynie piosenek, które Amerykanie też zdubbingowali). Poniżej część pierwsza, po jej zakończeniu wyświetlają  się odnośniki do kolejnych. Całość trwa około 90 minut, ale zaręczam, że to kawał dobrego kina i też z kotami w butach…

P.S. Pod koniec 2007 r. Węgrzy wypuścili sequel. Nie dotarł jak na razie do Polski, nic nie wiadomo też o dystrybucji anglojęzycznej. Można jednak zajrzeć na węgierski trailer:

 

Magoo

Reklamy

Mindfuck z przecudnych lat 80.

Posted: 12/28/2011 by magoo8787 in Narracje
Tagi: , , ,

Kinematografia to przecudna skarbnica fantów. Kiedy człowiek czasem pogrzebie w bazach filmowych, może niechcący znaleźć prawdziwe perełki, które dosłownie rozwalają mózg. Zacznijmy od początku. Na zachętę filmik:

Tak, jak widzimy, mamy do czynienia z wybitnym przykładem kina klasy C z dawnych dobrych czasów. Dlaczego wspominam o czymś takim? Cóż, jak się okazuje, film She w reżyserii debiutującego wówczas w Stanach Aviego Neshera (wcześniej miał na koncie filmy nakręcone w Izraelu) jest baaaardzo swobodną wariacją, wykorzystującą powieść Henry’ego Ridera Haggarda Ona. Film ma z książką tyle wspólnego, że tu również pojawia się atrakcyjna kobieta, która jest poniekąd boginią i… tu podobieństwa się kończą. Akcja została umieszczona w postapokaliptycznym świecie, gdzie spotykamy szalonych komunistów, potwora Frankensteina, gromadkę ludzi uprawiającą orgie i przemieniającą się w nocy w stado wilkołaków oraz szalonego naukowca, którego sługą jest otyły mężczyzna w stroju baletnicy. A do tego walki gladiatorów. A jakby tego brakowało, to proponuję zajrzeć na jeszcze jedną scenkę:

Główną bohaterkę, nazywaną po prostu She, gra Sandahl Bergman, która przez większość filmu porusza się w kostiumie zasłaniającym niewiele więcej niż strój kąpielowy. Bergman to postać silnie związana z nurtem ówczesnych filmów fantasy – widzimy ją w Conanie Barbarzyńcy (za co dostała Złoty Glob w kategorii „Najbardziej obiecująca młoda aktorka”) oraz w Czerwonej Sonii (którą zapracowała na Złotą Malinę za najgorszą rolę drugoplanową). Jak informuje filmweb, Sandahl dostąpiła jeszcze jednego zaszczytu – była ponoć pierwszą aktorką, która zagrała scenę miłosną z mocarnym Arnoldem S.

Fabularnie Ona jest strasznym gniotem i trąci kiczem na kilometr. Jedynym zresztą powodem, dla którego o niej wspominam jest to nieszczęsne nawiązanie do Haggarda (w pierwszej scenie pojawia się nawet cytat z angielskiego pisarza), które mogło co najwyżej sprawić, że ten bestsellerowy autor przewracał się w grobie. Z drugiej strony mamy ciekawy przykład filmowego miksu z postapokaliptycznym fantasy, gdzie bohaterowie walczą na miecze lub na piły mechaniczne, wokoło walają się porozbijane samochody, między którymi krąży regenerujący się i duplikujący wariat z kijem w ręku, który swoją pomysłowością dorównuje świecącemu oczami i uprawiającemu telekinezę bogu, ginącemu jednak od ciosu siekierą. A w tle półnagie kobietki…

Mindfuck… prawdziwy mindfuck

Magoo

  Jako regularny wolontariusz przy Wrocławskich Promocjach Dobrych Książek doświadczam każdego roku pewnego problematycznego zjawiska. Wraz z liczbą spacerów pomiędzy stoiskami wydawców, zdecydowanie wzrasta liczba książek, na które mam szczerą ochotę. W tym roku pierwsza na liście zakupów była praca Colina Duriez Tolkien i C.S. Lewis. Historia niezwykłej przyjaźni. Nie ukrywam, że motywacją był fakt, że wydawnictwo M dało wszystkim 50% rabatu.

Nazwisko Tolkiena na okładce zwykle zachęca mnie do zajrzenia, choć specjalistą w dziedzinie nie jestem i mam za sobą jedynie lekturę Władcy Pierścieni, Hobbita i fragmentów Sillmarillionu. Nazwisko Lewisa sprawia, że z nostalgią wspominam oglądane w dzieciństwie Opowieści z Narnii (przepiękny angielski serial), które powodowały nieustanne marzenia o przejściu przez szafę celem znalezienia się w innym świecie.

Szczerze mówiąc po lekturze tej książki poczułem się trochę jak ignorant. Obu pisarzy lubię, do grudnia 2011 r. nie wiedziałem jednak, jak mocno związane ze sobą były ich biografie. Momentami Duriez daje nam wyraźnie do zrozumienia, że bez Lewisa mogłoby nie być najważniejszych dzieł Tolkiena, a bez Tolkiena – Opowieści z Narnii. Kogo drażnią wyraźne aluzje biblijne w twórczości autora przygód Zofii, Piotra, Łucji i Edwarda (oraz innych bohaterów), szczególnie w postaci Aslana, ten może podziękować właśnie Tolkienowi. Młody Lewis był niewierzący, a pod wpływem twórcy przygód hobbitów nawrócił się na wiarę chrześcijańską. Sam stał się potem gorliwym popularyzatorem religii, czego nie popierał Tolkien.

Nie będę tu streszczał całej tej opowieści, ale muszę przyznać, że jest interesująca. Jeżeli oczywiście ktoś zna dzieje przyjaźni obu panów, to być może niewiele zyska. Na pewno jednak warto zapoznać się z pracą Colina Duriez, gdyż pokazuje w ciekawy sposób, jak wiele znaczą dla inspiracji artystów inne osoby. No i niewątpliwie fascynujące jest, że dwóch szczególnie istotnych twórców literatury fantasy nawzajem napędzało swój rozwój pisarski.

 

Magoo

Wprawdzie pojawiło się już na pewnym popularnym portalu społecznościowym, ale nie omieszkam wrzucić i tutaj, bo to takie przysposobienie do edukacji polonistycznej:

Wiersz ten to kwintesencja materialistycznego, skoncentrowanego na mężczyźnie i jego potrzebach wiwisekcja relacji damsko-męskich panujących we współczesnym społeczeństwie, nastawionym przede wszystkim na konsumpcję i wyzysk słabszych/innych. Podmiot liryczny stawia siebie w roli stereotypowego samca, który nie dość, że okazuje kobiecie swoją wyższość i dominację („Cię klepnę w pośladek”), to swoje preferencje żywieniowe określa za pomocą potraw mięsnych niewybrednego gatunku („Sznycelki, mielone, kapusta i kwas”). Może to być nawiązanie do tradycji sarmackiej, która miejsca kobiety upatrywała w gospodarstwie przy oporządzaniu majątku i warzeniu potraw, mężczyznę zaś sadzała przy stole, wymagając od niego jedynie biernego doglądania swoich włości i korzystania z uciech życiowych. Podmiot liryczny wyraźnie się w tę tradycję wpisuje; zaznacza wprawdzie, że robi to bezrefleksyjnie i że jest to w jego przypadku głównie konsekwencja kulturowa („Głowy nie mam tęgiej niestety / ale umiem oceniać kotlety”; warto zwrócić uwagę na implikowaną roszczeniowość podmiotu lirycznego, który przygotowany dla niego kotlet zamierza „oceniać”, a więc weryfikować jego jakość względem swoich indywidualnych upodobań – innymi słowy, liczyć będzie się dla niego efekt zabiegów kulinarnych, nie zaś wysiłek w nie włożony), bardzo precyzyjnie określa jednak swoje potrzeby. Są to przede wszystkim: „glanc obiadek” i „bara-bara”. Indywidualne potrzeby cielesne są więc dla niego najważniejsze, pozwala on sobie – jako się rzekło – na przedmiotowe, instrumentalne traktowanie kobiety, ustalając odgórnie jej zajęcia, w większości sprowadzające się do pożycia intymnego. Co więcej, wyklucza on jakąkolwiek możliwość poprawy statusu społecznego kobiety, mówiąc, że „my do końca życia będziemy się gwizdać” i implikując tym samym wieczyste wykorzystywanie swojej partnerki do zaspokajania swoich potrzeb cielesnych.

Co jednak najbardziej znamienite, podmiot liryczny antycypuje bezproduktywność takiej relacji, porónując ją do miłości Tristana do Izoldy, która – jak pamiętamy – nie zaowocowała niczym konstruktywnym, nie pozwoliła kochankom na osiągniecie szczęscia, nie doprowadziła do narodzin potomków, a co więcej – zakończyła się tragiczną i niepotrzebną śmiercią obojga. Zestawienie tego przewrotnego porównania z częstymi w wierszu inwersjami pozwala przypuszczać, że podmiot liryczny dystansuje się do opisywanej przez siebie rzeczywistości i jest ona – w jego słowach – odwrotnością, krzywym zwierciadłem oczekiwanych społecznie modeli relacji damsko-męskich. Cały utwór można więc interpretować jako satyrę na zmaskulinizowane społeczeństwo i parodię sprowadzających się do konsumpcjonizmu, bezrefleksyjnych postaw patriarchalnych.

Autorem tego wiersza jest Michał „Shvagyer” Szymański, w chwili ustalenia tekstu miał 14 lat.

Panie, spraw, aby ta kobieta
zrobiła mi na obiad kotleta.
Głowy nie mam tęgiej niestety,
ale umiem oceniać kotlety.
Sznycelki, mielone, kapusta i kwas
to dla mnie właśnie obiad w sam raz.
Jeśli mi zrobisz glanc obiadek,
to na znak uczucia Cię klepnę w pośladek.
Będziemy mieć zajęć co nie miara,
najczęściej będzie to bara-bara.
Tak jak bardzo Izoldę kochał Tristan,
tak my do końca życia będziemy się gwizdać.

P.S. A Jerzego Pilcha wyrzucili z „Przekroju”.

Czescy antybohaterowie

Posted: 11/22/2011 by misiekwolski in Narracje
Tagi: , , ,

Wyróżniamy trzy grupy antybohaterów (a przynajmniej ja wyróżniam). Pierwsza z nich to antybohaterowie mefistofelesowscy, mącący w rzeczywistości, robiący dobre rzeczy ze złych powodów albo złe z powodów dobrych. Druga – skrajnie odmienna – to postacie nieskuteczne, sparaliżowane życiowym marazmem, nieporadne, niepotrafiące odnaleźć się w niegościnnym i okrutnym świecie; nazywam ich antybohaterami miauczyńskimi. Trzecia grupa jest wypadkową między dwiema poprzednimi: to bohaterowie tak bardzo zwyczajni i pozbawieni cech korespondujących z projekcją i identyfikacją, tak dalece nieciekawi i spowszedniali, że aż strach. A jednak wśród tych ostatnich najłatwiej znaleźć można postacie, które nas w jakiś sposób przypominają. I o takich postaciach pisze Milan Kundera.

Już niemal anegdotyczne jest zdanie Kundery z Nieznośnej lekkości bytu, w którym zaznacza on i uwypukla programową papierowość swoich postaci, usiłując przekonać odbiorcę, że w żadnym wypadku nie opowiada on o scenach z życia. Paradoksalnie jednak właśnie dzięki pewnej syntetyczności są to postacie z krwi i kości, ciekawe, intrygujące, prawdziwe. To pewnie dlatego, że my sami o sobie też myślimy syntetycznie. Tak czy inaczej, Kundera napisał Nieznośną lekkość bytu w 1984 roku, ale wiele lat wcześniej, w roku 1967, popełnił inny, bardzo popularny w Polsce tekst. Dał mu na imię Żart.

Sięgałem po Żart zachwycony Nieznośną lekkością bytu, więc powiem od razu, że jeśli ktoś spodziewa się podobnej galerii zwyczajnych, ale intrygujących bohaterów, nieco się rozczaruje. Kundera lekkości pióra i trafności opisu musiał się jeszcze nauczyć (znam wprawdzie jedną osobę, która już pisze jak stary Kundera, ale nie powiem jej tego póki co, niech nie obrasta w piórka), dlatego w Żarcie jest jeszcze dość topornie i charakterystyka bohaterów – choć umiejętnie dozowana i momentami intrygująca – przebiega dość monotonnie. Punkt dojścia wprawdzie wszystko ratuje i sprawia, że z losów bohaterów wypływają bardzo uniwersalne – choć niepokojące – wnioski, ale przedtem trzeba przetoczyć się przez refleksje i rozterki dość efemeryczne, a na pewno rozwlekłe. Nie żeby to było źle napisane, o nie. Mamy piękną polifonię, dywersyfikację wspomnień, przekonującą, duszną i mokrą psychologizację motywacji poszczególnych postaci… ale no właśnie – brakuje charakterystycznej dla późniejszego stylu Kundery lekkości. I to nie tylko bytu.

A o co chodzi w samym Żarcie? Główny bohater, Ludwik Jahn, opowiada ustami różnych postaci historię swojego życia, które legło w gruzach przez pewien mało  subtelny dowcip wysłany na kartce pocztowej do sympatii z partii i ze studiów. Szybko okazuje się, że on – lojalny marksista i socjalista – zostaje napiętnowany, wydalony ze studiów i skazany na pracę w kopalni. Od tej pory Ludwik żyje wydarzeniami, które go uformowały, powraca do nich i za wszelką cenę stara się uczynić im zadość, krzywdząc jednak wszystkich wokół, często nawet nieświadomie. Nad całą narracją i losami poszczególnych bohaterów ciąży widmo ustroju, prawomyślność, postępowość i komunizm są nieodłącznym elementem ich retoryki, a sumienie marksisty to coś, do czego bezustannie – choć sztucznie – się odwołują. To może być zresztą źródło dzisiaj już nieco zmurszałej popularności Żartu w Polsce: traktuje on komunizm z całą surowością, nie piętnując systemu jako takiego pokazuje, jak ów system niszczy ludzkie życia, jak bardzo jest on oddalony od codzienności. „Jakże chciałbym odwołać historię swego życia – mówi Ludwik. – Ale w jaki sposób mógłbym ją odwołać, skoro pomyłki, z których wynikła, nie były jedynie moimi pomyłkami? […] Te pomyłki były tak pospolite i tak powszechne, że bynajmniej nie stanowiły wyjątku ani pomyłki w istniejącym porządku rzeczy, lecz przeciwnie, one go właśnie tworzyły. Kto wobec tego się mylił?”

Polecić Wam Żart? Chyba tak, bo w sumie to kawał dobrej prozy. Nie dorównuje późniejszym osiągnięciom Kundery, ale stanowi ciekawą i na swój sposób intrygującą wiwisekcję życia w Czechosłowacji w połowie XX wieku. Każdy był antybohaterem, każdy był boleśnie zwyczajny i surowo nijaki. I kto wie, może i dzisiaj tak jest?

 

Dziwne to uczucie, gdy wszystkim wydaje się, że magister filologii polskiej tylko czyta i czyta, zapewne znając większość pozycji, które na bieżąco pojawiają się na rynku. Niestety tak nie jest, przede wszystkim dlatego, że czasu brak (gry same się nie przejdą, a seriale same nie obejrzą, prawda?). Czasem jednak przypadkiem człowiek trafi na coś ciekawego i poświęci ładnych parę godzin, które nie będą zmarnowane.

W tym roku Wydawnictwo Literackie wydało debiutancką powieść Rolfa Bauerdicka Jak Matka Boska trafiła na Księżyc. Trafiłem na nią przypadkiem, szukając materiałów o Karpatach. Ale od początku – Kim jest Bauerdick? Z punktu widzenia statystycznego czytelnika – nikim. Urodzony w 1957 r. Niemiec dotąd nie uprawiał powieściopisarstwa, lecz spędzał czas podróżując po wielu krajach świata, m.in. Rumunii, w której umieścił akcję swego beletrystycznego debiutu. Autor ma całkiem bogatą w informacje stronę internetową, niestety cała w języku niemieckim http://www.rolfbauerdick.de/. Można przetłumaczyć translatorem, ale zawsze jest to dość ryzykowne.

Co do samej powieści – akcja rozpoczyna się w latach 50. XX wieku w maleńkiej górskiej wiosce Baia Lunie. Niewielka społeczność żyje sobie tam z daleka od cywilizacji, dowiadując się od czasu do czasu o historiach pokroju lotów w kosmos itp. Z pozoru kolejna nudna historia, ale nie w tym przypadku. Bauerdick korzysta z wątków kryminalnych – morderstwa, tajemnice przeszłości, a do tego komunistyczna rzeczywistość, wdzierająca się do życia Baia Luny. Książkę czyta się bardzo dobrze, a perypetie wielu bohaterów (Cyganie, Niemcy i Rumuni, którzy nieustannie się kłócą) dostarczają zarówno śmiechu, jak i smutnych refleksji. Przy okazji lektura tej powieści wzbudza ochotę, aby zainteresować się Rumunią, która w potocznym mniemaniu Polaków jest całkiem inna niż w rzeczywistości (w tej materii polecam takie lekturki jak Rumunia. Koniec złotej epoki M. Kuczewskiego czy reportaże M. Kruszony).

Jak Matka Boska trafiła na Księżyc to książka po prostu ciekawa. Nie wiem, czy wybitna, nie sądzę, by ktoś dał za nią Nagrodę Nobla, niemniej jednak warto poświęcić trochę czasu. Tych, którzy nie lubią czytać o czasach komunistycznych, może ona nie urzec, choć myślę, że socjalizm rumuński nie jest w tym utworze najważniejszy. Tak czy siak – spośród publikacji dość świeżych zaliczyłbym dzieło Bauerdicka do ulubionych i godnych poświęcenia im paru godzin.

Magoo

Prawa Murphy’ego

Posted: 10/29/2011 by misiekwolski in Narracje
Tagi: , ,

Długo się zastanawiałem, czy umieścić ten wpis w kategorii „Narracje” czy „Ciągi”. Ostatecznie zdecydowałem się na tę pierwszą, bo choć piszę o komiksie, który był wydany w dwóch zeszytach – a więc cyklicznie – to jednak ja się z nim zapoznałem w wersji hardcover, będącej jedną zamkniętą narracją. I przyznam, że zrobiła ona na mnie wrażenie. A chodzi o (którąś już) alternatywną wersję uniwersum Marvela, opisaną w komiksie Ruins autorstwa Warrena Ellisa.

Komiks superbohaterski – jak wiadomo nie od dziś – zniesie wszystko. Czasem próbuje się coś z tym robić i powstają perełki, czasem jednak spuszcza się go w klopie z najgorszą papką bzdur, jaka tylko może przyjść do głowy scenarzystom. Na te drugie sytuacje szkoda bajtów w Internecie (chyba, że to kolejne przygody Man-Spidera), ale co do pierwszych… no, tu czasami robi się dobrze. A nieraz bardzo dobrze. Ja osobiście jestem fanem tych komiksów superbohaterskich, które z lepszym lub gorszym skutkiem usiłują uprawdopodobnić heroiczny schemat przygodowy; stąd moja fascynacja uniwersum Ultimate, o którym tu pewnie jeszcze parę zdań napiszę. Tymczasem Ruins Elisa to komiks, który hiperbolizuje to uprawdopodobnienie. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z sytuacją, w której wszystkie wydarzenia prowadzące do powstania superbohaterów postępują według praw Murphy’ego. Kończą się źle.

 

Bruce Banner poddany działaniu promieni gamma zamienia się w żywą, ale rozoraną przez popromienne deformacje mieszankę zielonkawej papki, czyraków i komórek rakowych. Rick Jones – którego wszak Bruce uratował – również cierpi na raka wywołanego chorobą popromienną, a swój ból zabija staczając się w uzależnienie od morfiny. Wypadek, który oślepił Matta Murdocka, pozbawił go również życia. Punisher został zastrzelony w Chicago. Rasa Kree, która szykowała inwazję na Ziemię, została przez rząd zbombardowana głowicami nuklearnymi i jej ocaleli przedstawiciele gniją teraz w obozie koncentracyjnym w Nevadzie, trawieni przez raka i choroby popromienne. Ben Grimm nie poleciał z Reedem Richardsem w kosmos, przez co wszyscy (niedoszli) członkowie Fantastycznej Czwórki zginęli. Peter Parker zmarł od radioaktywnego jadu pająka w swojej krwi. Mutantów brutalnie skatowano i okaleczono; dość powiedzieć, że Cyclopsowi wydłubano oczy, a Quicksilverowi obcięto ręce i nogi. Wolverine cierpi na chorobę układu kostnego, która jest efektem ubocznym wszczepienia mu adamantium. A wszystko to obserwujemy oczami Phila Sheldona, umierającego reportera Daily Bugle, który ma niejasne przeświadczenie, że mało brakowało, a wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.

My oczywiście wiemy, jak. Rok przed publikacją Ruins, Marvel wydał powieść obrazkową Marvels, w której oczami nikogo innego, a właśnie Phila Sheldona, obserwujemy życie i przygody największych superbohaterów tego uniwersum od pierwszej Ludzkiej Pochodni po skład Avengers znany z komiksów wydawanych w latach 70. Tam cały ten konglomerat superbohaterski ukazuje swoją wielkość i cudowność, a częste w komiksach tego typu nieścisłości i różnice w klimacie czy charakterze wydają się naprostowane i ujednolicone. Tam jest ładnie i fajnie, wszystko zmierza ku dobremu. No cóż, w Ruins tak nie jest.

Tutaj nie dość, że mamy tragedię za tragedią, to jeszcze atmosfera świata przedstawionego jest mroczna, nieprzyjemna i – co tu dużo kryć – dystopijna. Bohaterowie wcale nie są bohaterscy: profesor X zostaje prezydentem, ale nietrudno się domyślić, jak wygrał wybory. Kapitan Ameryka podczas wojny dopuszczał się aktów kanibalizmu, podobnie Nick Fury. Johnny Blaze popełnia samobójstwo, wyczyniając ostatni skok kaskaderski na motorze… z podpaloną głową. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Ellis pisząc Ruins dał się ponieść wszystkim dystopijnym i wieszczącym koniec świata przewidywaniom kresu milenium. Mamy wszak rok 1995, koniec jest blisko i nikt nie może nic z tym zrobić. Wśród ludzi panuje strach, marazm i rozprężenie, świat rozłazi się w szwach, superbohaterowie rozpadają się od chorób popromiennych, co drugi człowiek cierpi na raka (współczesny odpowiednik dżumy czy innych plag egipskich), wszystko wokół wydaje się bezcelowe, a życie przestaje mieć sens. Do tego nietzstcheański postulat śmierci Boga okazuje się faktem; tak przynajmniej interpretuje się truchło Galactusa, dryfujące w przestrzeni kosmicznej.

Wprawdzie Ellis twierdził gdzieś kiedyś, że Ruins to raczej wariacja na temat, którą należy traktować z dystansem, ale ja nie mogę się pozbyć przeświadczenia, podbitego jeszcze przez mroczną i nieprzyjemną szatę graficzną, że jest to świadectwo pewnych nastrojów z końca epoki. Oto bowiem uniwersum Marvela rozpada się w szwach, tak jak rozpada się nasz narrator, Phil Sheldon, i nic tego nie powstrzyma. Jakoś trudno mi uniknąć skojarzenia z Małą apokalipsą, chociaż – oczywiście – to zupełnie inny poziom dyskursu.

Na koniec mała uwaga: wielbiciele komiksów superbohaterskich odżegnują ten komiks od czci i wiary. I to już chociażby jest dobry powód, żeby po niego sięgnąć. Pozostałe macie wyżej. Polecam.