Posts Tagged ‘brian michael bendis’

Wiecie, że pierwszy szkic tego wpisu powstał ponad rok temu? Karygodna przerwa, która pewnie skazała ten blog na stoczenie się w otchłań internetowego niebytu… ale trudno. Za dużo się wówczas działo – tak życiowo, jak i naukowo – żebym mógł rzetelnie ogarnąć kolejne wpisy. Teraz mam chwilę, więc postanowiłem jeszcze raz zaprosić Was do uniwersum Ultimate i zobaczyć, co tam się dzieje. A tam nadciąga Ultimatum, ale zanim nadciągnie… Spider-Mana czeka ważna rozmowa.

1

Mary Jane i Peter wiele już przeżyli jako para i zaczynają zadawać sobie pytanie, czy nie przenieść swojego związku na wyższy poziom. Tymczasem w życiu Spider-Mana pojawia się szereg zaskakujących zwrotów; nie tylko bowiem udaremnia on zagadkowy napad na bank, ale też rusza do walki z nowym przeciwnikiem, enigmatycznym Mysterio…

kiss

Od razu powiem: nie jest do końca jasne, czy Peter i Mary Jane poszli do łóżka. Bendis w miarę zręcznie unika ostatecznego rozwiązania tej kwestii; niby pod koniec historii Peter zostaje u MJ na noc, ale nie wiemy, czy do czegokolwiek doszło. Dlatego nie drążcie tematu i nie interesujcie się. Nie wiemy i już. Ważne natomiast, że ta kwestia jest dla naszych bohaterów szalenie istotna i że myślą oni o sobie poważnie, a to jest sygnał długiego i owocnego związku. A przynajmniej na to się zanosi.

wampir

Powściągnijmy więc perwersyjną ciekawość i spójrzmy na dwa szalenie istotne wątki, które zostały wprowadzone tu niejako mimochodem. Spider-Man oficjalnie dogaduje się z Frankiem Quaidem, kapitanem policji, który postanawia wejść z naszym bohaterem w komitywę i połączyć siły, aby łapać co groźniejszych (i dziwniejszych) przestępców. Ta relacja ciekawie się rozwija już od ostatnich problemów z Shockerem i dobrze wiedzieć, że w jakąś stronę to zmierza. No więc Quaid prosi Spider-Mana o pomoc w złapaniu nowego złoczyńcy, któym jest enigmatyczny osobnik z chmurą zamiast głowy, znany jako Mysterio. Ów osobnik okrada banki (jakże by inaczej) i policja jest wobec niego bezsilna… przynajmniej do momentu, w którym Mary Jane analizuje sprawę i wpada na to, jak go znaleźć.

tv

Tu się rozwija kolejny nowy wątek, już wcześniej przez Bendisa sygnalizowany: oto MJ, pracująca w szkolnej telewizji pod niejaką Jessicą Jones, odkrywa w sobie smykałkę detektywistyczną. Wprawdzie Jones chce, żeby całą jej ekipa (czteroosobowa, co podkreśla Peter) ruszyła po szkole na poszukiwania Spider-Mana, ale nie zmienia to faktu, że status quo się trochę zmienia; tym razem to nie Peter, a MJ jest głównym śledczym, nawet jeśli konfrontacja Spider-Mana z Mysterio nie kończy się złapaniem tego ostatniego. Ten bowiem cały czas jest dla nas tajemnicą i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

mysterio

Całość czyta się przyjemnie – mimo niedopowiedzeń w sprawach związkowych u Petera i Mary Jane – choć nad wszystkim wisi pewien dysonans poznawczy (i nie, nie chodzi o rysunki Davida Lafuente, które choć początkowo dziwne, całkiem nieźle pasują do tej historii). Otóż zmierzamy w stronę Ultimatum. Za chwilę ma nastąpić koniec. Tymczasem Bendis rzuca nam nowe wątki, których pewnie nie zdoła zamknąć. Czyżby chciał tu powielić zabieg z Absolute Power, a przez to wywołać wrażenie, że koniec dla naszych bohaterów faktycznie przychodzi z nienacka? A może ma w tym jakiś inny zamysł? O tym przekonamy się (mam nadzieję) wkrótce.

Reklamy

Żeby móc dotrzeć do końca, warto znać początek. Głęboko skrywana dotychczas historia uniwersum Ultimate – dzięki Brianowi Michaelowi Bendisowi i Butchowi Guice’owi – wreszcie wychodzi na światło dzienne. Zanim więc na dobre pomaszerujemy w stronę Ultimatum, zobaczmy, od czego się to wszystko zaczęło…

1 2 3

4 5

Vendel Vaughn wzywa Fantastyczną Czwórkę do Projektu „Pegaz”, aktywował się tam bowiem jeden z artefaktów – kamienny słup nieznanego pochodzenia. Okazuje się, że słupem jest Watcher – pozaziemska świadomość obserwująca rozwój cywilizacji… jak również jej upadek. Watcher (imieniem Uatu) był przy wszystkich ważniejszych wydarzeniach, które doprowadziły do nastania ery superbohaterów: powstaniu Kapitana Ameryki, transformacji Wolverine’a, narodzinach Hulka czy też śmierci rodziców Spider-Mana. A wszystkie te wydarzenia mają jedno źródło…

captain

To niezwykle ważny i wspaniały komiks, idealnie wpisujący się w klimat Ziemi-1610. Wszystko się tutaj pięknie spina, a niektóre wątki były sygnalizowane już dawno temu, nieraz w najwcześniejszych historiach Bendisa. Tak chociażby jest w przypadku słów wypowiedzianych dawno temu – na kartach Ultimate Marvel Team-Up – przez Bruce’a Bannera. „To wszystko się ze sobą łączy – mówił Banner – a oni nie chcą, żebyś poznał prawdę”. Słyszący te słowa Spider-Man oczywiście nie miał pojęcia o czym mowa, podobnie zresztą czytelnik. Tymczasem prawda za nimi ukryta jest tak gęsta, tak przerażająca, a jednocześnie tak intrygująca, że niemal mam ochotę poprzestać na tym akapicie, byście sami sięgnęli po Ultimate Origins i przekonali się, o co chodzi.

thieves

Ale niech będzie, poświecę się i rozwinę myśl. W sumie całego uniwersum i jego superbohaterów by nie było, gdyby nie Hitler. I kosmici. I Roosevelt. Ten pierwszy dogadał się z tymi drugimi – o czym już wiemy – i dążył do dominacji nad światem, na co musiał zareagować ten trzeci. Pierwsze koncepcje bojowników o wolność były mało… kuloodporne, potrzebny był prawdziwy super-żołnierz. Chimeryczny, nieco obłąkany naukowiec nazwiskiem Erskine stanął na czele Projektu Odrodzenie, którego efektem było zmienienie chorowitego, ale wiernego Stanom chłopaczka w Kapitana Amerykę. Niby doskonale znamy tę historię, ale w wersji Ultimate nabiera ona nowego znaczenia. Oto bowiem zanim udało się stworzyć osławione serum super-żołnierza, które wielu potem próbowało bezskutecznie zduplikować, Erskine eksperymentował na jeńcach lub przestępcach wojennych. Z reguły czarnoskórych. Jednym z nich – i to takim, któremu udało się przetrwać i uciec z Projektu – był szeregowy Nicholas Fury.

nick

Ustalenie, że tak naprawdę wszystko zaczęło się od trzech pomniejszych żołnierzy, którzy zostali złapani na okradaniu cywilnych budynków, jest w sumie genialne w swojej prostocie. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jednym z nich był niejaki Fisk – najpewniej ojciec Wilsona Fiska, czyli Kingpina – drugim Nicholas Fury, a trzecim James Howlett, znany później jako Wolverine. Tego ostatniego przejął tajny odpowiednik Projektu Odrodzenie, znany jako Weapon X – projekt, w ramach którego wiele lat później pułkownik Wraith zacznie wykorzystywać mutantów jako żywą broń. Wychodzi na to, że eksperymentując na Howletcie, naukowcy z Weapon X – dr Cornelius (już nam przecież znany) oraz dr Malcolm Colcord – stworzyli gen mutantów, który stąd rozprzestrzenił się po świecie. Ustalenie, że to naukowy eksperyment stoi za powstaniem mutantów, nie zaś ewolucja, stanowi znaczący punkt zwrotny w historii uniwersum. Cała ewolucyjna otoczka staje się bowiem jednym wielkim oszustwem, a wszystkie zniszczenia dokonane przez mutantów i dokonane w imię supremacji jednej rasy nad drugą okazują się bezsensowną rzezią. Oznacza to również, że idee odwrotne, jak poglądy Charlesa Xaviera, też są na swój sposób naiwnymi mrzonkami…

panther

Nawiasem mówiąc, zastanawiające jest pochodzenie programu Weapon X. Najbardziej prawdopodobne, że sam program był inicjatywą Stanów Zjednoczonych, tylko jego siedziba mieściła się na ziemi kanadyjskiej. To by się zgadzało z obecnością dr. Corneliusa w zespole Wraitha – cała inicjatywa trwała więc do współczesności i dopiero interwencja Nicka Fury’ego (którą pamiętamy z Return to the Weapon X) pozwoliła go zamknąć. Jest tutaj zresztą bardzo wzruszająca scena, w której Fury – już jako dowódca S.H.I.E.L.D. – wraz z Wolverine’em likwidują główną siedzibę projektu, zabijając przy tym Colcorda. Nick przy okazji dowiaduje się, że mutanci są dziełem eksperymentu genetycznego ludzi pragnących pobawić się w Boga, uwalnia też torturowanego w Weapon X i poddawanego przeróżnym eksperymentom T’Challę Udaku. Widać tutaj dokładnie to, co podejrzewaliśmy już wcześniej: Fury i Logan mają wspólną przeszłość (czyli Nick okłamał Petera, mówiąc mu, że 15 lat wcześniej studiował w Indiach). Wolverine wprawdzie nie pamięta wydarzeń z czasów wojny, ale Fury – owszem. I to właśnie Fury, któremu serum super-żołnierza pozwoliło na spowolnienie procesów starzenia i który brał udział w operacjach Stanów Zjednoczonych w Kuwejcie na początku lat 90. XX wieku, zostaje skaptowany przez generała Rossa, by być najpierw agentem, a potem dyrektorem nowo powstałej inicjatywy S.H.I.E.L.D. Jak również pamiętamy, to właśnie Wolverine ocalił życie Fury’ego w Kuwejcie i odtąd datuje się ich wzajemna współpraca. Bardzo ładnie wypada zresztą rozmowa Rossa i Fury’ego, w której ten drugi wyjawia swoje motywacje, mówiąc przy okazji, że jest już za stary, by być bohaterem, że widząc to wszystko, co on widział, nie można nie zostać pragmatycznym cynikiem. Obaj z Rossem wiedzą również to, co i my wiemy: że kolejna wojna światowa będzie wojną genetyczną. I że trzeba się na nią przygotować.

savageland

Nick Fury na polecenie prezydenta USA zbiera więc zespół naukowców, którzy mieliby odtworzyć serum super-żołnierza. Podstawą jest próbka jego krwi, ale to za mało. Pracę nad projektem dostają więc Robert Bruce Banner, Richard Parker, młodziutki Hank Pym i Franklin Storm. Po jakimś czasie ten ostatni zostaje oddelegowany do Budynku Baxtera, Banner natomiast wstrzykuje sobie swoje legendarne serum, przemieniając się w Hulka. Podczas tej przemiany nieopatrznie zabija Richarda Parkera i jego żonę, Mary, która przyjechała do męża z ich ledwie półrocznym (zgaduję) synkiem. Wychodzi więc na to, że pierwszymi ofiarami Hulka są rodzice Petera Parkera.

hulk

To wyjaśnia, dlaczego Fury wszedł w tak głębokie, wręcz ojcowskie relacje ze Spider-Manem; czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za los jego rodziców. Piękne i wspaniałe zapętlenie ich wspólnej historii, które tłumaczy wiele i które Bendis musiał wykoncypować dawno temu, bo teraz idealnie się to wszystko ze sobą łączy. Wprawdzie mamy sporą niekonsekwencję związaną z nagraniem wideo rodziców Petera, które widzieliśmy w historii Venom, ale i tak jest nieźle. Wystarczy tylko uznać, że na nagraniu Peter miał mniej lat niż miał, i wszystko powinno być dobrze. Wychodzi też na to, że cała zadyma z kostiumem Venoma i spółką Traska, w którą zamieszany był Richard Parker oraz Eddie Brock Sr., ciągnęła się równolegle, i kto wie, może nawet S.H.I.E.L.D. zestrzeliło samolot pasażerski, by ukryć prawdę o śmierci Parkera i incydencie z Hulkiem…? Albo przynajmniej nie przeszkodziło ludziom Traska, by to zrobili. Tak czy inaczej, prawda okazała się dużo straszniejsza niż to, co wiedzieliśmy do tej pory.

team

Taki bowiem jest ten komiks. Wyjawia dużo, ale wiele z tego nie musi się nam podobać (jak np. Magneto mordujący swoich rodziców, którzy bali się jego mutacji, i potem wyzwalający Wolverine’a z Weapon X – najpewniej tylko po to, by później znów został złapany). Trochę zaskakuje obecność Magdy Lehnsherr na wyspie Magneto, ale w sumie czemu nie? Jesteśmy też po raz kolejny świadkami ucieczki Xaviera i jego paraliżu. Trochę dziwi, że z początku Profesor X – jak się okazuje, literaturoznawca – nie był w stanie czytać myśli Erika, ale wszyscy wiemy, że wkrótce miało się to zmienić. Tak czy inaczej, w osobie Magneto wzrasta zagrożenie, przeciwko któremu miało działać S.H.I.E.L.D. Resztę historii znamy.

magneto

W tym wszystkim najmniej istotny wydaje się wątek będący spoiwem fabularnym całego Ultimate Origins, a więc ujawnienie się Watcherów i wybranie przez nich czempiona, który ma być ich głosem na Ziemi. Ów wybór został dokonany na ostatnich stronach komiksu, ale na jego reperkusje przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie znamy tylko jego nazwisko: Rick Jones.

rick

Wolverine jako pierwszy mutant. Magneto od początku nienawidzący ludzi za ich niechęć do mutantów. A z drugiej strony Kapitan Ameryka i inni, mniej udani super-żołnierze – Nick Fury i Hulk – których rozpaczliwe działania mające na celu supremację na Ziemi przynoszą więcej ofiar niż powinny A to wszystko widziane oczami neutralnej, pasywnej istoty znanej jako Watcher, która przekazuje Carol Danvers i Fantastycznej Czwórce ponurą przepowiednię: eskalacja tego konfliktu będzie katastrofą na olbrzymią skalę. Marsz w stronę Ultimatum czas zacząć.

watcher

Jeśli miałbym wskazać najbardziej odjechaną i zdrowo popieprzoną historię w całym superbohaterskim życiorysie Petera Parkera, to bez wahania wybrałbym właśnie tę. Szanowni Państwo, przed Wami Wojna symbiotów.

1 2 3

4 5 6

Życie wciąż nie rozpieszcza Spider-Mana i ciągle płata mu figle. Wiele miesięcy temu wpadł na tajemniczego przeciwnika w zbroi żuka, który usiłował wykraść coś z firmy Roxxon. Kilka miesięcy później miał średnio sympatyczne spotkanie z Venomem, które skończyło się dla niego dość nieciekawie; wystarczy powiedzieć, że znalazł się na celowniku Ultimates i Dzikiej Paczki Silver Sable. Teraz zaś… teraz robi się jeszcze goręcej, oto bowiem Eddie Brock próbuje go szantażować, a znikąd pojawia się nie kto inny, a Gwen Stacy. Tylko czy to wciąż ta sama Gwen…?

gwen

Jeśli mieliście kiedyś w rękach ten komiks i ogarnęliście go za pierwszym razem – winszuję. Brian Michael Bendis i Stuart Immonen doszli w sadze o Ultimate Spider-Manie do etapu, w którym wątki mieszają się tak bardzo, że tylko powolna i uważna lektura pozwala się połapać w całym tym galimatiasie. Zacząć należy od tego, że w zasadzie osią dla całej opowieści jest monolog Eddiego Brocka, siedzącego sobie w parku i rozmawiającego z każdym, kto się dosiądzie i zechce posłuchać. A opowiada on różne rzeczy, z których absolutna większość jest dla nas – czytelników – całkowitą nowością. Ale po kolei. Oto dowiadujemy się, że kilka miesięcy wcześniej Spider-Man natknął się na enigmatycznego osobnika ochrzczonego mianem Beetle (choć sam Peter woli nazywać go w pewnej chwili „Boba Fett”). Beetle włamuje się do znanej nam już korporacji Roxxon, by ukraść… fragment symbiota. Skąd w ogóle w Roxxon symbiot i o co w ogóle chodzi, to osobna zagadka. W każdym razie Spider-Man go powstrzymuje, dochodzi do przepychanki i Beetle ucieka. Tak dostajemy kolejny kamyczek do ogródka wątpliwych moralnie działań firmy Roxxon i poznajemy samego Beetle’a, choć on sam nie mówi wtedy ani słowa.

beetle

Kilka tygodni później Spider-Man musi stoczyć w muzeum walkę z Venomem, którego przyciąga DNA Petera – z kolei Peter dostaje bólu głowy od pajęczego zmysłu, gdy Venom jest w pobliżu.  Tak było, kiedy Eddie Brock śledził Spider-Mana podczas jednego z jego starć z R.H.I.N.O. (wtedy też okazało się, że polują na niego ludzie Silver Sable), tak jest i teraz. Po wymianie ciosów, podczas której Spider-Man stara się ratować co ważniejsze muzealne eksponaty, znów wpada Silver Sable i obezwładnia Brocka, by zawieźć go do swojego pracodawcy. Tym razem jest to Bolivar Trask, któremu – jak się okazuje – Edward Brock Senior wraz z Richardem Parkerem lekkomyślnie sprzedali prawa do kostiumu leczącego raka – czyli symbiota Venoma – i Trask pragnie teraz ów kostium odzyskać. Sam kostium chce natomiast do Petera, bo to DNA jego ojca posłużyło za pierwowzór nosiciela.  I mamy galimatias, bowiem do siedziby Traska wpada Beetle, usiłujący zabrać kawałek Venoma, ten jednak się uwalnia, robi borutę i wypada na ulicę, by zmierzyć się z Chrabąszczem, Spider-Manem i Sable. Podczas walki jednak symbiot infekuje Petera i to on staje się na chwilę Venomem, co doprowadza do kolejnej rozróby, którą tylko Ultimates – wraz z Nickiem Fury’ym – są w stanie zakończyć. Tymczasem Silver Sable idzie do paki.

venom-sable

Tu przerwa na interludium chronologiczne. Po pierwsze, spotkanie z Beetle’em musi mieć miejsce po wydarzeniach znanych z Clone Sagi, Parker bowiem lubi się już z Fury’ym na tyle, żeby spotykać się z nim na dachu Bugle’a. Sam Fury (znów) ma związane ręce i liczy, że Peter angażując się w konflikt wiele kwestii przed nim ujawni i wtedy on będzie mógł wezwać Ultimates i posprzątać bałagan. Zadyma w muzeum i walka Petera-Venoma z Ultimates – swoją drogą całkiem przejmująca, Peter naprawdę narobiłby w gacie, gdyby te gacie nie chciały przejąć nad nim kontroli – musiała mieć natomiast miejsce chwilę przed Ultimate Power, po pierwsze dlatego, że wciąż mamy tutaj Fury’ego, po drugie ze względu na obecność Bolivara Traska, pragnącego posiąść tajemnicę symbiota. Trask – jak pamiętamy – zupełnie niezależnie zaczął budować dla von Struckerów nowe Sentinele, co zakończyło się jego śmiercią. No i tutaj po raz kolejny widzimy, jak Fury – mimo że już nie dowodzi Ultimates – w razie wyższej konieczności może na nich liczyć. A Kapitan Ameryka, Thor, Iron Man, Hawkeye i Wasp dowiadują się, kto to Venom i dlaczego tak trudno go zabić. Nick natomiast cieszy się, że symbiot został zniszczony, byli bowiem blisko kolejnej wojny światowej; o kontrolę nad wynalazkiem Brocka Sr. i Parkera – obok firm Roxxona i Traska – walczyła również Latveria. Tak więc Dr. Doom mimo układów z Fury’ym przygotowywał sobie w ten sposób kolejny plan, co w sumie nie powinno nikogo dziwić. Wszak to przebiegła i bezlitosna bestia jest.

ultimates

Potem mamy kolejny przeskok w czasie i do Petera przychodzi Eddie Brock mówiąc, że rozpowie całemu światu o jego podwójnym życiu, jeśli ten nie pomoże mu odzyskać symbiota. Ewidentnie życie na marginesie społeczeństwa, ciągły głód i poniewierka zmuszająca go do zabijania innych ludzi były lepsze niż samotność, która go spotkała, gdy symbiot wybrał Parkera (to się nazywa toksyczna miłość…). Peter lekko tego szantażu nie znosi i próbuje uzyskać pomoc u Ultimates i Fantastycznej Czwórki (których akurat nie ma w okolicy, po raz pierwszy chyba w historii tego uniwersum), więc musi radzić sobie sam. Wspiera go ciocia May i… Gwen Stacy. No, powiedzmy, że Gwen Stacy.

war

Pamiętacie klona Gwen, który zamieniał się w Carnage’a, a którego wyhodował Dr Octopus pracując dla Henry’ego Gyricha? Tak, wiem, że to trudno ogarnąć, dlatego chciałbym poświęcić temu chwilę uwagi. To ten sam klon, który pojawił się podczas zadymy z klonami w domu Parkerów i który został potem pochwycony przez S.H.I.E.L.D. (Clone Saga), a następnie przewijał się gdzieś z boku kadru w scenach ucieczki Zielonego Goblina z Triskelionu (Death of a Goblin)? Na pewno pamiętacie, bo o nim wspominałem… W każdym razie Gwen-Carnage przychodzi do domu Petera, by potem pomóc mu w walce z Brockiem, który – jak się okazuje – pod wpływem kontaktu z Gwen sam zamienia się w Venoma. To na pierwszy rzut oka nie ma sensu, ale jak uwolnimy się od myślenia o Venomie jako o postaci z Ziemi-616 i zejdziemy na Ziemię-1610, to Bendis całkiem zgrabnie to sobie wykombinował. Podsumujmy fakty:

  • oryginalny symbiot powstał w oparciu o DNA Richarda Parkera i jako taki okazał się pasożytem-ludożercą (fe);
  • ów symbiot został zniszczony, ale Brock przywdział kopię, której nie mógł kontrolować – również opartą na DNA Richarda Parkera;
  • symbiot dąży do jedności ze swoim macierzystym DNA, a najbliżej DNA Richarda jest kod genetyczny jego syna – Petera;
  • to samo stało się, gdy Curt Conners wyhodował z krwi Petera – i w oparciu o notatki Richarda – klona Spider-Mana, który jednak ze względu na niedostatecznie rozwinięty łańcuch DNA stał się kolejnym symbiotem;
  • drugi symbiot – Carnage – zabija Gwen Stacy i wiele innych osób, rekonstruując swój łańcuch DNA, a jego finalna forma bardziej wygląda jak Richard niż jak Peter (zapewne ze względu na to, że jest starszy);
  • Peter zabija Carnage’a, ale próbka symbiota dostaje się – za pośrednictwem Bena Reilly’ego – w ręce FBI i Dr. Octopusa, który klonuje Carnage’a – z jakichś raczej chorych powodów z dominującym DNA Gwen Stacy;
  • starszy symbiot jest więc uwiązany do DNA Brocka, młodszy – do Stacy, starszy jednak potrzebuje się scalić z kodem genetycznym Petera;
  • kod genetyczny Petera jest jednak podstawą młodszego symbiota, stąd gdy dochodzi do walki między Carnage’em a Venomem (DNA symbiotu jak to z pasożytami bywa wciąż było obecne w Brocku i to pewnie ono dążyło do kompletności), starszy symbiot wchłonął DNA młodszego i osiągnął kompletność;
  • Gwen – Carnage + Venom = kompletny Venom + Gwen.

Pokręcone to, ale chyba wszystko teraz jest już jasne. W każdym razie klon Gwen przemielony przez symbiot nie jest do końca klonem, za to jeśli wierzyć badaniom Tony’ego Starka, jest całkowicie Gwen, z jej wspomnieniami itp. Tym samym panna Stacy wróciła do rodziny. Brock natomiast – zachwycony, że stał się już stuprocentowym Venomem – opuścił miejsce akcji i poszedł do parku, by rozmawiać z ludźmi. Tam też zgarnął go nasz stary znajomy – Beetle – by wywieźć do Latverii.

horse

No. To myślałby kto, że się Bendis rozkręcił i chciał uraczyć nas najbardziej zagmatwaną historią ze Spider-Manem w uniwersum 1610, ale wiele rzeczy tutaj można zgubić. Po pierwsze, cała ta zadyma z symbiotami jest bardziej zakręcona niż to konieczne, podchody Roxxona, Traska i Beetle’a jeszcze bardziej wszystko komplikują, a całość rozgrywa się dość kameralnie jak na historie tego typu, którymi scenarzysta raczył nas do tej pory. Do tego można się zastanawiać, po co cała ta retrospekcja, skoro można było trzymać się chronologii i nie bawić w nawiązania do Forresta Gumpa z Brockiem siedzącym w parku. Odpowiedź jest niestety bardzo prozaiczna.

 

(Tam mówią, że to pierwsza gra w historii, w której możemy grać wrogiem Spider-Mana, ale to nieprawda; w Maximum Carnage i Separation Anxkiety – platformówkach na NES-a – również można było grać zaróno jako Spider-Man, jak i Venom. Koniec offtopa.)

peter-venom

To jest właśnie problem; w 2005 roku wyszła sandboxowa gra Ultimate Spider-Man, która – z pewnymi nieznacznymi zmianami – opowiada właśnie powyższą historię. Ponieważ jednak gry sobie, a kontinuum sobie, w ramach rozwoju serii komiksowej gdzieś się informacje o tych wydarzeniach pogubiły. Poza tym ktoś w Marvelu chyba wpadł na pomysł, że dobrze by było przybliżyć tę opowieść wszystkim, którzy w grę nie grali, stąd nieco retroaktywnie Bendis wpisał wątki gry w serię. A że wiele rzeczy zdążyło się już w uniwersum pozmieniać, stąd konieczność nieco dzikich i zamazujących obraz całości retrospekcji. I wrażenie ogólnego dymu i niedosytu. A wynika to najpewniej z tego, że gra ma swoją dynamikę, a komiks swoją, i choć przełożenie z jednego medium na drugie wyszło nie najgorzej, to wciąż pozostaje poczucie pewnego rozczarowania. No i kolejne już wskrzeszenie postaci w uniwersum, które słynie z ich uśmiercania… to trochę zgrzyta. Oby Bendis się opamiętał i więcej nam takich wątków nie serwował.

supervenom

To już drugi najgorszy dzień w życiu Petera Parkera. A pierwszy był zaledwie wczoraj…

21

Peter budzi się, będąc przywiązanym łańcuchami do sufitu przez nikogo innego, a swojego etatowego chłopca do bicia – Shockera. Herman Schulz wreszcie pochwyciłSpider-Mana i pragnie się na nim zemścić za wszystkie poniżenia, jakich zaznał. Tylko Mary Jane Watson wie, co się stało, i prosi o pomoc ostatnią osobę, do której pragnęłaby się zwracać… Kitty Pryde.

2shocker

Tak przynajmniej wynika z dialogów, pamiętamy bowiem, jak Kitty chodziła z resztą ekipy na plażę, jak dogadali się z Peterem i że zasadniczo wszystko zmierza ku wielkiej przyjaźni…  może to jednak jeszcze nie ten etap. W każdym razie po porwaniu Spider-Mana przez Shockera Mary Jane – która filmowała całe zajście, zaczęła bowiem ostatnio pracę w szkolnej telewizji (a myślałem że takie inicjatywy to tylko w Power Rangers) – kontaktuje się z Kitty i obie usiłują znaleźć sposób na odnalezienie Petera. Gdy Johnny Storm nie odbiera telefonu, kontaktują się z kapitanem policji Frankiem Quaidem, czarnoskórym oficerem, który zastąpił Jeanne DeWolffe, aresztował Kingpina i już wcześniej wykazywał odrobinę sympatii względem Spider-Mana. Dzięki niemu Kitty jest w stanie dotrzeć do Petera w samą porę, by… zabrać go do domu, Parker już bowiem zdołał się uwolnić i obić Shockerowi twarz (po raz siódmy).

2chain

Zanim jednak Spider-Man się uwalnia, rozmawia chwilę z Shockerem i dowiaduje się, że był on pracownikiem firmy Roxxon, który wymyślał dla niej broń, został jednak bezpardonowo zwolniony. Innymi słowy, spotkało go to samo, co wcześniej Eliaha Sterna, produkującego kombinezony dla superzłoczyńców. Nadaje to postaci Hermana Schulza zaskakującej i ciekawej głębi; jego działania i frustracje mają swoje całkiem konkretne źródło, które już znamy. Wspominałem już kiedyś, że lubię u Bendisa to, że potrafi w zaskakujący sposób powiązać ze sobą pewne pozornie oddalone wątki i nadać znanym wydarzeniom zupełnie nowy wydźwięk. I to jest tego znakomity przykład. Okazuje się, że Roxxon – który jest korporacją farmaceutyczną – już od dłuższego czasu prowadzi jakiś program zbrojeniowy, skoro pracowali przy nim zarówno Stern, jak i Schulz. Może więc warto w tym miejscu podsumować, co wiemy o tej korporacji. Przede wszystkim Donald Roxxon, główny przewodniczący i właściciel korporacji, nie wie nic o jej tajnych działaniach zbrojeniowych, choć poza zajściami z udziałem Shockera i najemników Sterna może na to wskazywać jedynie wypadek na terenie laboratoriów, który przemienił jednego z naukowców, Franka, w Spota. Wiemy też, że Stern – czyli Tinkerer – wydawał swoim ludziom konkretne polecenia: a to zatopić statek towarowy (Omega Red), a to zabić samego Donalda Roxxona (Vulture), a to zrabować zapas adamantium (Killer Shrike).  Wypada się zastanowić, po co korporacji farmaceutycznej adamantium? Nie wiemy, ale z pewnością wszystkie te poszlaki oznaczają jedynie wierzchołek góry lodowej. Dobrze, że Spider-Man wie, iż nie należy ufać Roxxonowi. Następne Ultimate Review z pewnością utwierdzi nas w przekonaniu, dlaczego.

P.S. Rysunki Immonena w dalszym ciągu są parszywe. Jego obecna kreska jest o trzy piętra lepsza, wtedy się ewidentnie chłopak nie starał.

Dziwna rzecz, ale ten i następny zeszyt Ultimate Spider-Mana był zapowiadany jako opis absolutnie najgorszego dnia w życiu Petera Parkera, tymczasem wydaje mi się, że bywało już gorzej. A o co chodzi?

1

Peter Parker i Kitty Pryde mieli na zaliczenie opiekować się fantomem niemowlaka, tymczasem zmuszeni są przedstawić nauczycielce jego spalone szczątki. Jak do tego doszło? Ano Peter miał dzieciaka przy sobie podczas pracy w „Daily Bugle”, kiedy do jego szefa – J. Jonaha Jamesona – wdarł się niespodziewanie nie kto inny, a Omega Red…

Omega Red jest mutantem, jakby kto pytał

No i to w sumie tyle. Omega Red, któremu nie szczędzono na łamach „Bugle’a” krytyki, wpada wyżyć się na naczelnym gazety. Jednocześnie pragnie on wymusić na gazecie zmianę polityki newsowej względem korporacji Roxxon, mając nadzieję, że dzięki temu ta firma go kiedyś zatrudni. Wprawdzie o ile dobrze pamiętam, ostatnim razem Omega Red pracował przeciwko Roxxonowi, ale lojalność najemnika jest rzeczą dość wiotką. Oczywiście pojawia się Spider-Man i spuszcza mu manto. W sumie to cała filozofia. Główny zrąb akcji, można powiedzieć, jest nawet dość banalny.

1tadam

Nie pojedynek z Omegą Redem jest tu jednak najważniejszy, a wszystko, co się wokół dzieje. Kitty Pryde jest wkurzona, że Liz Allen została przyjęta do szkoły Xaviera, podczas gdy ją z niej wywalili. Pozwala to sądzić, że choć ewidentnie Bendis się w tej kwestii nie dogadał z Kirkmanem, to może dwie wersje odejścia Kitty nie są aż tak sprzeczne. Może faktycznie Xavier wydalił Kitty, za co ona się obraziła i miała już wyjeżdżać, kiedy Profesora X porwano i zabito (choć, jak pamiętamy, tylko przeniesiono go do przyszłości, gdzie przygotował się do walki z Apocalypse’em, którego i tak docelowo zabiła Phoenix… ale Kitty najwyraźniej uznała, że wydalenie ze szkoły jest wciąż wiążące). Oczywiście wśród uczniów nadal jest dużo niepokoju, bo klasa bardzo dużo przeszła przez ostatnie dwa lata, a ostatnim wielkim szokiem była śmierć Harry’ego Osborna. Nastolatki usiłują jednak uporać się z tym na swój sposób (i tylko Flash Thompson upiera się, że nie jest Spider-Manem). Pojawiają się również coraz dojrzalsze rozmowy, młodzi bohaterowie powoli zaczynają myśleć o swojej przyszłości i o studiach. To cieszy, bo pokazuje, że klasa Petera Parkera w jakiś sposób dorasta i poważnieje, jednocześnie jednak wszystko idzie swoim naturalnym tempem. Bendis nie zapominał, w jakim uniwersum dzieją się te wydarzenia; tutaj czas płynie naprzód. Cieszą też takie wstawki, jak kłótnia impertynenckiej reporterki Betty Brant z Jamesonem; Brant chce opisać sprawę zniknięcia Nicka Fury’ego (co widać nie było podane do publicznej wiadomości), na co jej szef się nie zgadza i powierza sprawę innemu reporterowi, Nedowi Leedsowi. Niby nic, ale ciekawe powiązanie wszystkich faktów ze sobą. Szkoda tylko, że nikt nie bada sprawy powrotu Magneto… ale może wkrótce coś się w tej sprawie ruszy. Bądźmy cierpliwi.

Ostatnim razem pisałem, że Robert Kirkman w swoich scenariuszach niebezpośrednio odwoływał się do serialu animowanego o X-Men z lat 90. Tak się składa, że mniej więcej równolegle Brian Bendis poszedł podobnym torem, jego koncepcja była jednak znacznie bardziej świadoma, ewidentnie ironiczna i co tu dużo kryć – kapitalna. Pamiętacie taki serial, jak Spider-Man and His Amazing Friends?

1 2 3

Peter Parker i jego przyjaciele wiodą tymczasowo spokojne życie. Wprawdzie Mary Jane nadal nie podoba się fakt, że to z Kitty Peter musi wychowywać sztucznego bobasa (w ramach zaliczenia jednego z przedmiotów, najpewniej przystosowania do życia w rodzinie), ale poza tym jest raczej sielankowo. Paczka przyjaciół dodatkowo się rozrasta: do Petera, Mary Jane, Kitty oraz Konga – jej obecnego chłopaka – dołącza Liz Allen oraz Johnny Storm, który próbuje jeszcze raz zyskać jej sympatię. Pojawia się również Bobby Drake, pragnący poprawić swoje relacje z Kitty. Wszyscy razem wybierają się na plażę i świetnie się bawią… do momentu pewnego wypadku. Otóż Liz od jakiegoś czasu nie czuje się dobrze…

Zanim o pewnych zaskakujących pomysłach scenarzysty i rysownika (których część widać już na okładkach), kilka słów o inspiracjach Bendisa. Chodzi oczywiście o wyżej wspomniany serial, w którym to Peter Parker – już jako dorosły superbohater – mieszkał razem z Bobbym Drakiem i Angeliką Jones w mieszkaniu skrywającym supernowoczesny komputer pozwalający na tropienie przestępców. Dobra – zapytacie – Bobby to Iceman, ale kim u licha jest Angelica Jones? To wymyślona na potrzeby serialu superbohaterka władająca ogniem, znana jako Firestar. Wzięła się ona stąd, że w latach 80., kiedy puszczano serial, Marvel nie miał praw autorskich do animowanego wizerunku Human Torcha, który to wedle pierwotnej koncepcji miał być współlokatorem Petera (to samo dotyczyło serialu o Fantastycznej Czwórce, gdzie Johnny’ego musiał zastąpić robot H.E.R.B.I.E., do dzisiaj pałętający się po komiksach o Czwórce jako swego rodzaju easter egg). Wymyślono więc Angelikę, którą pewnie część z Was jakoś tam kojarzy, bo serial był baardzo dawno temu puszczany również w Polsce. Tutaj macie czołówkę:

Wszystko spoko, tylko w uniwersum Ultimate nie ma Angeliki Jones. Jest za to Human Torch… i Liz Allen. To bowiem u tej dziewczyny pojawiają się fantastyczne moce kontroli nad ogniem, dokładnie zresztą w taki sam sposób, jak to miało miejsce z Johnnym w historii Popular. Pierwsze pytania o stan Liz padają zresztą właśnie pod adresem Torcha, który jednak nie odpowiada za jej stan. Sama Liz oczywiście panikuje i Iceman musi – kilkukrotnie – ją ratować, on też tłumaczy jej podstawy panowania nad lotem. Konkluzja krótkiej, ale żywiołowej wymiany zdań między przyjaciółmi jest następująca: wszyscy dochodzą do wniosku, że Liz Allen musi być mutantką.

To jest oczywiście zagranie fabularne stare jak świat, ale niezmiennie znakomite. Wszyscy pamiętamy, jak Liz odnosiła się do mutantów, jak bardzo drażniła i przerażała ją sama obecność Kitty w klasie, i choć powoli zaczęła ją tolerować, to nigdy nie przeszła nad tym do porządku dziennego. Pamiętamy też o jej wujku Fredzie, który był obecny podczas ataku Magneto na Waszyngton. Wszystkie otwarte kwestie dotyczące Liz – a wiele z nich towarzyszy nam od samego początku istnienia serii – znajdują tutaj swoje ujście. To, jak ta układanka powoli się wypełnia, jest niemal czystym majstersztykiem. Liz okazuje się mutantką i reaguje tak, jak zareagowałby każdy ksenofob na jej miejscu: strachem, paniką, negacją, rozpaczą, a potem powolną akceptacją swojej sytuacji, dostrzeganiem pewnych plusów, gniewem na matkę za zatajenie informacji o jej ojcu… to wszystko wypada bardzo wiarygodnie i przekonująco. Swoją rolę równie dobrze gra Iceman, będący doświadczonym i panującym nad sobą, ale mimo wszystko wciąż jeszcze niedojrzałym mutantem. Ma jednak serce po właściwej stronie i robi wszystko, co może, żeby pomóc Liz (przy okazji ciesząc się z tego, że może oglądać ją nago). Oczywiście Peter również staje na wysokości zadania i stara się uspokoić przyjaciółkę, ale tego się po nim spodziewaliśmy. Co nie zmienia faktu, że nadal znakomicie się go ogląda w tej roli.

Żeby jednak nie było zbyt kameralnie i żeby cała historia prowadziła do czegoś więcej, pojawia się Magneto. I tutaj wszyscy powinniście uczynić gest przerażenia połączonego z niedowierzaniem. Po pierwsze: skąd? Co? Jak? Ostatnim razem, kiedy Erik Lehnsherr pojawił się w Nowym Jorku, na nogi stanęło całe S.H.I.E.L.D., X-Meni oraz Ultimates! Racja, wtedy zasadniczo wywołał kataklizm i zagroził wybiciem całej ludzkości, a teraz uważa, by nikogo nie skrzywdzić (pewnie chcąc ograniczyć wieść o swoim przybyciu), ale nadal. Gdzie wtedy byli Ultymatywni? Co wtedy robiła Carol Danvers? Najniebezpieczniejszy mutant na planecie ot tak pojawia się w samym środku Queens… i nic!? Po drugie: kiedy ostatnio sprawdzałem – a specjalnie cofnąłem się o kilka komiksów w tym celu – udający Magneto Mastermind siedział grzecznie w Triskelionie, podczas gdy prawdziwy Magneto czyhał w ukryciu. Mówiąc krótko: cały świat żył w przekonaniu, że Magneto jest uwięziony. Dlaczego więc – kiedy ni stąd, ni zowąd pojawia się w Nowym Jorku – nikt nie jest zdziwiony? Że Spider-Man, to rozumiem – nie jego liga, ale gdy przybywają X-Men, nikt nawet nie mrugnął. Pewnie, Iceman mógł ich ostrzec, że chodzi o Magneto, ale pytanie „jak wydostałeś się z Triskelionu” ani razu nie pada. Już pomijam fakt, że ten skład X-Men jest dość wątpliwy: obok Wolverine’a, Storm, Cyclopsa i oczywiście Icemana do walki stają Colossus (który w tym czasie mieszka ze swoim chłopakiem w Chicago), Nightcrawler (aktualnie przebywający wśród Morlocków) czy Marvel Girl (która odleciała w kosmos). To mogło być przeoczenie rysownika, Stuarta Imonena, choć rysował on kiedyś X-Men i powinien się orientować w aktualnym składzie drużyny. Niestety, nikt się nad niczym nie zastanawia i to się tutaj wszystko poważnie nie klei.

To może spróbujmy to jakoś skleić. Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się wariant następujący: Magneto po swojej ucieczce – zgodnie z zapowiedzią – wprowadził w ruch jakiś dalekosiężny plan działania, mniejsza na razie, jaki. I siedział cicho w Savage Land, o czym wiemy z komiksu Aftermath. Jego wypad do Nowego Jorku – jakkolwiek nieostrożny – podyktowany był obietnicą daną przed laty ojcu Liz, a także swoją arogancją. Nie przewidział, że w Queens będzie jej towarzyszył Spider-Man i Iceman oraz że ten drugi wezwie pozostałych X-Menów. Ci pewnie w pierwszej chwili nie uwierzyli, ale polecieli sprawdzić; tymczasem zapewne Profesor X zadzwonił do Carol Danvers. Ta sprawdziła i stwierdziła, że Magneto – a tak naprawdę Mastermind – siedzi w swojej celi, stąd jej ociąganie i nieobecność S.H.I.E.L.D. Czwórka miała jakieś swoje problemy: dlatego Johnny chwilę wcześniej opuścił ekipę i dlatego oni też nie stanęli do walki z Magneto. A Ultimates… cóż, być może w tej kwestii coś tam nam rozjaśnią kolejne komiksy. Sam fakt, że muszę tak to wszystko tłumaczyć, jest jednak dowodem na to, że ktoś tutaj nie pomyślał. Najpewniej Bendis.

Poza tym jest jednak bardzo miodnie: Liz dowiaduje się, że jej wujek Fred tak naprawdę jest jej ojcem – a my wiemy, że to mutant znany jako Blob (preferencje i gusta matki Liz stają tu pod poważnym znakiem zapytania, ale zostawmy to na razie). Sama Liz, już jako Firestar, oddala się razem z X-Men, by uczyć się w ich szkole. Kong natomiast wyjawia Peterowi, że wie o jego podwójnej tożsamości, i robi to z taką klasą, że mogę to uznać za najlepszą scenę w komiksie. Okazuje się, że mimo iż wcześniej Peter robił wszystko, by ukryć fakt, iż jest Spider-Manem, ci wszyscy, którzy byli z nim blisko i znali go od dziecka – w tym właśnie Kenny/Kong – mogli domyśleć się prawdy. I to jest fajne, i to jest miłe, i to jest coś, co Bendisowi wyszło. Nawet, jeśli namieszał z powrotem Magneto.

Shocker zostaje pobity przez Spider-Mana po raz szósty, a Triskelion wybucha po raz chyba trzeci. Czyli w zasadzie nic nowego się nie dzieje, ale to co się dzieje, jest bardzo ciekawe.

1 2 3

4 5 6

Po rozmowie Petera z ciocią May wszystko układa się nieźle. Shocker dostaje bęcki, związek z Mary Jane kwitnie, nawet relacje z Kitty zaczęły się normować. A jak jest za dobrze, to w pewnej chwili coś oczywiście musi pęknąć. I tak się składa, że pękają mury Triskelionu, oto bowiem podczas remontu z więzienia ucieka nie kto inny, a sam Norman Osborn. Cel ma taki sam, jak ostatnio: zmusić Spider-Mana do współpracy i zdyskredytować Nicka Fury’ego. Rzecz w tym, że Nicka nie ma już na Ziemi; jego funkcję – jak wiemy – przejęła Carol Danvers. Zielony Goblin robi więc to, czego nikt by się po nim nie spodziewał: idzie do telewizji…

Stuart Immonen ma dzisiaj opinię znakomitego rysownika, lecz zanim na nią zapracował, rysował te komiksy. Niestety, przeskok jakościowy pomiędzy nim a Bagleyem jest tak widoczny, że aż bolesny. Co tu kryć, Bendis prowadzi go jak umie, ale na tę chwilę jestem zdania, że immonenowski Spider-Man jest po prostu brzydki. Nie mówiąc o tym, że Stuart z jakiegoś sobie tylko znanego powodu – pewnie dla zaznaczenia różnicy między nim a Bagleyem – zupełnie przerysował kostium Kitty Pryde. Efekt jest taki, że swój solowy uniform Kitty zmieniła bez żadnego wyraźnego powodu. Teraz wygląda on tak:

Co zaś do fabuły, to bardzo cieszą odświeżone relacje między Peterem a Kitty, dziewczyna powoli wpasowuje się w klimat szkoły, zaczyna nawet spotykać się z Kongiem. Oczywiście ucieczka Goblina (oraz Electro i paru innych superłotrów, którzy z niezrozumiałych dla mnie przyczyn często siedzą w zamknięciu w swoich kombinezonach) wywołuje panikę, zwłaszcza u Mary Jane – która przecież ostatnimi czasy wiele przeszła – ale nasi przyjaciele są już na tyle doświadczeni, że reagują tak, jak powinni. Rodzice MJ oraz ciocia May niemal od razu jadą za miasto, Spider-Man jest więc w stanie skupić się tylko i wyłącznie na tym, co najważniejsze: wsadzeniu Osborna z powrotem za kratki. Tym bardziej, że Norman – jak przystało na prawdziwie diabolicznego superłotra – idzie do telewizji by wszystkim powiedzieć, jakim to jest on biednym, umęczonym i oszukanym przez swój kraj człowiekiem. Niby tego jeszcze nie było, ale ta jego mantra trochę mi się już znudziła. Najwyraźniej Peterowi też, bo robi wszystko, żeby Osborna znaleźć. Wdaje się też w (kolejną) walkę z Electro, który nawiał z Triskelionu razem z Goblinem.

Skoro mowa o tej ucieczce, to przy okazji ma miejsce ciekawy epizod. Oto uciekający równolegle Otto Octavius zatrzymuje się, żeby… powstrzymać Normana przed ucieczką. Ponadto zwierza się, że zdradził S.H.I.E.L.D. wszystko, co wie o Oz, a oni i tak nie umieli złamać jego formuły (pewnie dlatego, że wszyscy pierwszoligowi specjaliści od superżołnierzy są poza Triskelionem: Bruce Banner nie wiadomo gdzie, Arnima Zoli – jeśli żyje – lepiej nie ruszać, Hank Pym w areszcie domowym, a Reed Richards i Franklin Storm… cóż, po tym wszystkim, na co mieszkańcy Budynku Baxtera narażają Ziemię, nie dziwota, że Carol Danvers nie chce mieć z nimi nic wspólnego). Poza tym niezależnie od tego z więzienia wychodzi (bo to lepsze słowo niż „ucieka”) znajomo wyglądająca blondynka… nie chcę póki co zdradzać więcej, na razie więc powiem tylko, że to może być zapowiedź czegoś znacznie większego. Większego nawet niż epickie, finałowe starcie z Zielonym Goblinem.

Jeśli w jakiś sposób można podsumować fabułę tej historii, to ja optowałbym zna hasłem „wojny telewizyjne”. To dzięki telewizji bowiem Norman może przed wszystkimi oczerniać nieobecnego w tym uniwersum Nicka Fury’ego, również dzięki telewizji – choć w inny sposób – Carol Danvers wywabia Goblina z ukrycia, wykorzystując do tego Harry’ego. Prawda jest taka, że Danvers – póki co – jest najbardziej zielona w tym wszystkim i po raz pierwszy ma tak naprawdę do czynienia z zagrożeniem ze strony metaludzi oraz negatywnymi efektami genetycznego wyścigu zbrojeń. Wcześniej, podczas konfliktu z Kree, miała po swojej stronie Fantastyczną Czwórkę, Ultimates i Captaina Marvela; gdy Silver Surfer znalazł się na Ziemi, w zasadzie cały wynikający z tego konflikt odbył się niezależnie od jej wpływu i został zażegnany dzięki Reedowi. Tym razem ona i S.H.I.E.L.D. zostają na dobrą sprawę sami przeciwko człowiekowi, który odważył się kiedyś napaść na Biały Dom. Nic więc dziwnego, że się miota i próbuje najróżniejszych taktyk, od przesłuchiwania Parkera, poprzez uczynienie z niego przynęty, skończywszy na propozycji współpracy. W efekcie Spider-Man – oraz Kitty, która ruszyła mu na ratunek – zostają na chwilę agentami S.H.I.E.L.D. I stwierdzają, że to cool.

Danvers przestaje być jednak cool, kiedy decyduje się użyć Harry’ego jako przynęty na Normana. Oczywiście okazuje się, że mimo serum Reeda Richardsa i Sue Storm próby wyleczenia chłopaka z hobgoblinizmu nie powiodły się, w rezultacie więc dostajemy epicki pojedynek Goblinów. Pojedynek, który kończy się tragicznie i jest bardzo mocną puentą całej historii. Mnie się łezka w oku zakręciła, podobnie jak Peterowi. Mary Jane i Liz Allen natomiast płakały jak bobry. Coś mi się wydaje, że Spider-Man nie będzie żywił do nowej szefowej S.H.I.E.L.D. zbyt dużej sympatii…

Co jest o tyle interesujące, że Carol Danvers jest chyba najciekawszą postacią w całej tej zadymie. To, jak improwizuje i jak ponosi konsekwencje tych improwizacji jest równie fascynujące, jak sama finalna walka. Gdy okazuje się, że Norman Osborn zabił swojego prawnika i planuje zabić księgowego – słowem, robi coś innego niż sądziła Carol – kobieta musi kombinować, jak zareagować na jego działania. Swoją drogą, były psychiatra Harry’ego, Miles Warren, wciąż spotyka się z May Parker, a jego obecność wydaje się sugerować, że w tym wszystkim jakąś rolę grają też inne siły. Na razie jednak Miles Warren w żaden sposób się nie ujawnił; zobaczymy, co będzie dalej.

Wiem, że nie możecie się doczekać, aż powiem, który Goblin – czy może oba? – ginie w tym komiksie. No i się nie doczekacie. Cała fabuła jest zbyt dobrze poprowadzona, zbyt intrygująca i zbyt przejmująca, abym miał ją Wam zepsuć. Chcecie wiedzieć, jak to wszystko się kończy? Sięgnijcie po komiks.