Posts Tagged ‘hawkeye’

Od jakiegoś czasu mogliśmy obserwować, jak zasadzane są ziarna pod czekającą nas nieuchronnie katastrofę. Najwyższy czas, aby zebrać żniwo. Jeph Loeb – którego czytelnicy uniwersum Ultimate kojarzą przede wszystkim z zakończenia Ultimate Power – wspólnie z Joe’em Madureirą popełnili komiks kontrowersyjny, nieco dziwaczny i wywołujący wśród czytelników wiele emocji. Przede wszystkim negatywnych. Przed Wami początek końca drużyny Ultimates.

1

  2 3 4

5

Superbohaterowie z Ultimatesów mogą być najpotężniejszymi herosami na Ziemi, ale ich drużyna trawiona jest wewnętrznymi rozdarciami. Hawkeye po śmierci żony i dzieci stracił wolę życia, Kapitan Ameryka stał się cichy i nieufny, Thor zdystansował się od reszty wraz ze swoją nową dziewczyną, Valkyrie, a na światło dzienne wyciekła seks-kaseta Tony’ego Starka i Czarnej Wdowy. Areszt domowy Hanka Pyma, pałętające się wszędzie służebne roboty z serii Ultron i nowy, milczący członek drużyny, Black Panther, też nie wpływają za dobrze na atmosferę. Wszystko się jednak załamuje dopiero wtedy, gdy posiadłość Ultimates aatakuje… Venoma, a dzień później jedna z członkiń drużyny, Scarlet Witch, zostaje zamordowana…

killed

Tak, to prawda. Wanda (Lehnsherr) Maximoff, znana też jako Scarlet Witch, ginie. A to dopiero początek. Jeph Loeb doprowadza całą drużynę na skraj załamania nerwowego, wyciąga na wierzch zadawnione konflikty i odziera wszystkie postacie z ich superbohaterskości. Jednocześnie wprowadza szereg dziwnych rozwiązań fabularnych, które bardzo boleśnie odstają od standardów wypracowanych przez Marka Millara, co sprawia, że komiks ten – w zestawieniu z poprzednimi odsłonami przygód Ultimates – wydaje się brudny, zły, obleśny i nierealistyczny. Pełno w nim brutalności, pada też wiele trupów. I to zasadniczo sprawia, że wiele osób szczerze Loeba za niego nienawidzi.

waspalone

Ja jednak postaram się podejść do tego komiksu z otwartą głową i trochę go usprawiedliwić. Zacznę od tego, że:

joker-martin-loeb

No właśnie. Tak jakby nie ma w tym komiksie niepotrzebnej śmierci, choć wiele z nich ukazanych jest w sposób szokujący. Poza tym faktycznie, postacie zachowują się w sposób co najmniej nieprzyjemny, ale wielu z nich ma do tego prawo lub też – co chyba lepiej zabrzmi – ma powody, dla których przyjmuje taką, a nie inną postawę. Najlepszym przykładem jest Hawkeye, który zmienił kostium na dużo mroczniejszy i kojarzący się raczej z Bullseye’em niż agentem S.H.I.E.L.D. Jego zachowanie, zapalczywość, nieliczenie się z niczym i nikim a przede wszystkim otwarte życzenie śmierci muszą w końcu doprowadzić do czegoś złego. Kapitan Ameryka, trzymający sztamę ze znanym nam już z Originsów T’Challą – Black Pantherem – ewidentnie jest cięty na Wasp za umieszczenie jej męża, Hanka Pyma, w posiadłości. Ewidentnie ich związek się nie klei i Janet na zasadzie swego rodzaju syndromu sztokholmskiego chce powoli wrócić do Hanka (co mogliśmy obserwować już w The Ultimates II). Reputacja Iron Mana jest zszargana, on sam więc pogrąża się w alkoholu… i przesadza. Thor, po odzyskaniu boskich mocy, wyraźnie dystansuje się od drużyny i spędza czas ze swoją nową ukochaną, znaną nam z drużyny Defenders Valkyrie, która jakimś cudem posiadła boskie moce (i pegaza). A Quicksilver i Scarlet Witch dużo jawniej niż zwykle okazują swoje wzajemne przywiązanie, które na kartach tego komiksu odarte jest z całej aury niedopowiedzeń i nie mamy już wątpliwości, że łączy(ła) ich miłość kazirodcza.

vshawkeye

Te dopowiedzenia i dosłowności – ujawniające się na każdym kroku, także wtedy, gdy dwóch członków Bractwa Mutantów próbuje zgwałcić Valkyrie – są kolejnym poważnym zarzutem często wysuwanym pod adresem tego komiksu. I trudno się z nim nie zgodzić. Powód takiego stanu rzeczy jest jednak prozaiczny: Loeb miał tylko pięć zeszytów, aby opowiedzieć całą intrygę nie mniej zresztą zakręconą niż pomysły Millara. Stąd też bierze się pozornie większa brutalność komiksu, choć jakby się zastanowić, w The Ultimates II było równie hardkorowo. To, co Millar na przestrzeni trzynastu zeszytów mógł jednak ograć stopniując napięcie, u Loeba sprawia wrażenie gnania na złamanie karku. Ma to podłoże fabularne: kleszcze, które zaciskają się wokół Ultimatesów, robią to szybko i drużyna ma bardzo niewiele czasu na reakcję, można jednak zrozumieć głosy tych, którzy czują się tym wszystkim przytłoczeni.

spider-man

Przypominające duszne, piekielne wizje rysunki Madureiry też nie pomagają, choć taki efekt był chyba zamierzony. Całość sprawia wrażenie nieco nierealnego snu, sytuacji, z której Ultimatesi muszą się jakoś rozbudzić, żeby ogarnąć rzeczywistość, niewiele jednak mogą zrobić. Do tego dochodzi wulgarność innych pojawiających się tutaj bohaterów, jak Wolverine (co nas nie dziwi) i Spider-Man (pogoń za którym ma pokazać, jak bardzo Hawkeye oddalił się od szeroko rozumianego bohaterstwa… nie wiedzieć jednak czemu Pająk też jest wulgarny). Nieco może dziwić brutalność członków Bractwa Mutantów, w szczególności Bloba, który deklaruje chęć zjedzenia Wasp, choć dotąd pamiętaliśmy go raczej jako cywilizowaną osobę. Możliwe jednak, że gdy Magneto spuścił Bractwo ze smyczy, chcieli oni wziąć jak najbrutalniejszy odwet na Ultimatesach (co nas nie dziwi, wszak to Ziemia-1610). A było to tak: Quicksilver po śmierci Scarlet Witch z rozpaczy wezwał Magneto i ten przybył wraz z Bractwem po ciało swojej córki. Zaraz potem przybywa również Wolverine, który dołącza do Ultimates z zamiarem odbicia ciała Wandy oraz prawdopodobnie Pietra. Wszystko to jakoś tam się zgrywa z historią Absolute Power: Logan poleciał niszczyć Banshee na wyspie Muir, więc Magneto i członkowie Bractwa ruszyli z pomocą, zanim jednak Erik zdążył tam dotrzeć, dostał od Pietra sygnał o śmierci Wandy; skierował się więc do Nowego Jorku. Wolverine sobie znanym sposobem odkrył, co jest grane, i ruszył za nim, a dopiero po potyczce w siedzibie Ultimates Quicksilver udał się na szybko na wyspę Muir, by spotkać się z Moirą. Tylko w taki sposób to ma sens.

assault

Nieco mniejszy sens ma obecność w Bractwie Masterminda (który podszywał się pod Magneto w Triskelionie) oraz Pyro (który przed sekundą należał do X-Men). Skąd się tam wzięli i co robili – ta historia pozostaje niedopowiedziana. Oboje jednak giną z ręki Valkyrie, kiedy próbują ją zgwałcić, a ona sama zostaje ocalona przez głos w jej głowie, należący do tajemniczej istoty odpowiedzialnej za jej zdolności. Kolejna tajemnica do wyjaśnienia.

barbara

Jest jeszcze tajemnica Black Panthera, a raczej powodu, dla którego podszywa się pod niego sam Kapitan Ameryka (faktycznie, obaj nigdy nie pojawiają się razem, co drażni Wasp). Samego T’Chali, jak się okazuje, w tym komiksie nie ma, a obecność Panthera jest zainscenizowana przez Steve’a Rogersa. To zagranie też nie jest wyjaśnione na kartach komiksu – choć wiadomo, że Tony Stark o nim wiedział – więc kolejni czytelnicy wpadli w pułapkę niezrozumienia. Ale tego akurat zamierzam twardo bronić, bo raz, że wkrótce dostaniemy wyjaśnienie całej sprawy, a dwa, że to pokazuje, jak bardzo nieufni wobec siebie byli Ultimatesi w tym okresie. I dlaczego stali się tak podatni na ataki.

panther

Bo te ataki przychodzą nagle i właściwie zewsząd, czego punktem kulminacyjnym jest bitwa plemion Savage Land (pod przywództwem Shanny i Ka-Zara, nowych postaci z punktu widzenia uniwersum Ultimate) z Bractwem Magneto, skopaniem przez Magneto tyłka Thorowi i zabraniem mu młota oraz ucieczką latającej fortecy po pozornie śmiertelnym postrzale Quicksilvera (zarobił kulę Hawkeye’a przeznaczoną dla Erika). Motyw walki o ciało Scarlet Witch, ukryte gdzieś skądinąd właśnie przez Pietro, stanowi jednak tylko jedną płaszczyznę tej intrygi.

kazarshanna

Drugą płaszczyzną jest sianie fermentu w drużynie przez… jednego z Ultronów, a konkretniej tego, z którym Scarlet Witch flirtowała w poprzedniej serii przygód Ultimates. Jak to w pewnej chwili wyjawia Wolverine (który dawno temu miał okazję dzielić łoże z ówczesną żoną Magneto, ale dopiero niedawno udało mu się pokojarzyć fakty: przybył bowiem do Savage Land, kiedy Erik rozstał się już z Magdą), Scarlet Witch nie do końca panowała nad swoimi zdolnościami. Z jednej strony łączyła moce mutantów odziedziczone po ojcu i zdolność do władania magią po matce, z drugiej miała wciąż wątły i wrażliwy umysł, który nie radził sobie z takim power setem. Dość powiedzieć, że to Wanda w przypływie złości stworzyła dinozaury zamieszkujące Savage Land (trochę się to kłóci z ikonografią z poprzednich komiksów, wedle której wyspa była od początku zamieszkana przez chociażby pterodaktyle, ale zostawmy to). Logan posuwa się nawet do stwierdzenia, że kazirodcza miłość Pietro i Wandy była efektem, tego, że Quicksilver chciał ochronić świat przed jej mocami i dać jej spokojną przystań. To nadaje zresztą ich relacji dodatkowej głębi, tym bardziej, że pozornie niewinny flirt Wandy z Ultronem zakończył się uzyskaniem przez tego ostatniego samoświadomości… i zakochaniu się w Scarlet Wich.

motherfcker

Przy okazji, Ultrony są na każdym kroku w rezydencji Ultimates, sprowadzone wraz z Hankiem Pymem (który po jakimś czasie odkrywa intrygę swojego robota, w ostatniej chwili, by ocalić swoją żonę, Wasp). Służą, chronią i obserwują wszystko. Są więc idealnymi kamerdynerami, zdolnymi popełnić morderstwo. I faktycznie, okazuje się, że w ramach planu zastąpienia Ultimates innymi Ultronami/replikantami, zakochany android odpowiadał za większość krzywd, jakich doznali Ultimates w tym komiksie. Seks-nagranie, atak Venoma (jak się okazało, również replikanta, wysłanego do rezydencji po to, żeby porwać Wandę), podmienienie Tony’ego Starka na androida i stworzenie innych sztucznych Ultimates, a także zabicie Wandy… wszystko to było efektem złamanego serca robota, który potem miał przyjąć formę Hanka Pyma, by udawać prawdziwego superbohatera. Intryga – przyznam – jest cwana, szkoda tylko, że nie wyjaśnia, w jaki sposób prawdziwy Hank Pym się o wszystkim dowiedział i jak ocknął się z przedawkowania prozacu, które zafundował mu Ultron. Tak że cała koncepcja trochę razi niekonsekwencją, ale dzięki niej otrzymujemy potem epicki pojedynek dwóch Giant-Manów w Savage Land (bo Ultroni przyłączają się do walki z Bractwem, szybko jednak kierują się przeciwko oryginalnym Ultimates).

ultimatesvsrobots

Na marginesie rozważań o mocach Wandy warto przypomnieć, że to właśnie ona w finale Grand Theft America użyła swoich zdolności, aby przywrócić Thorowi boską moc i zezwolić siłom Asgardu na odparcie armii Lokiego. Wychodzi więc na to, że jej power set jest niesamowicie potężny, tym bardziej, że na dobrą sprawę wcześniej Thor był jeno człowiekiem z super pasem i zaawansowanym technicznie młotem. Czy jest więc możliwe, że to Wanda dała Thorowi boską moc? Jak się do tego więc od początku miały moce Lokiego? Dużo niedopowiedzeń, dużo wątpliwości, masa pytań, ale też wielka ekscytacja, oto bowiem w komiksach, które już znamy, mogło dziać się więcej niż początkowo podejrzewaliśmy.

dinos

I ja tak właśnie traktuję The Ultimates III. Jak komiks na poły oniryczny, który odchodząc od estetyki poprzedników jednocześnie obraca ich znaczenia, pokazuje konsekwencje superbohaterskiej działalności, objawiające się głównie w psychice bohaterów, doprowadzonych na krawędź szaleństwa. Oczywiście, to podejście ma swoje wady i może być rozczarowujące dla wszystkich, którzy spodziewali się powtórki z dzieła Millara, taka atmosfera chyba jednak bardziej odpowiada momentowi, w którym jesteśmy. Wszak maszerujemy w stronę Ultimatum.

magda

P.S. I tak potem okazuje się, że za wszystkim stoi Doom. To by wyjaśniało, skąd Ultron miał materiał genetyczny do stworzenia cyber-Venoma.

P.P.S. Quicksilver i Scarlet Witch zastrzeleni, siedziba Magneto w Savage Land spalona, Bractwo nieco przetrzebione, on sam jednak wyszedł zwycięsko z pojedynku z Thorem i posiadł Mjolnira. Śmierć jego dzieci (i wcześniejsza poraża planu z Banshee) doprowadziła go jednak do ostateczności. Za wszystkie cierpienia, jakich doznał Erik Lehnsherr, superbohaterowie Ziemi-1610 – oraz cała ludzkość – zapłacą ostateczną cenę. I to już niedługo.

doom

Soko le oko

Posted: 11/25/2011 by misiekwolski in Ciągi
Tagi: , , ,

Kiedy byłem mały i oglądałem serial M.A.S.H. w polskiej telewizji publicznej, byłem przekonany, że jeden z bohaterów nazywa się tak, jak powyżej: trochę z japońska, trochę z francuska, trochę z polska. Nie wiem, czy ta roszada językowa była wynikiem niezręcznej narracji polskiego lektora, odjechanych i irracjonalnych rojeń dziecka czy czegoś jeszcze innego, ale po latach przyszło objawienie. To było dla dzieciaka pewne zaskoczenie związane z zażenowaniem; prosta fraza w moich uszach brzmiała całkiem obco, egzotycznie, nawet zjawiskowo. A w dodatku nie była przetłumaczona wiernie, w oryginale bowiem kapitan Pierce nosił przydomek „Hawkeye”.

Dziś będzie o innym Hawkeye’u, powiedziałbym – Hawkeye’u ultymatywnym. W środę wyszedł bowiem czwarty i ostatni numer miniserii Ultimate Comics Hawkeye, którego tytułowym bohaterem jest właśnie posługujący się tą ksywką superheros, znany z występów w grupie Avengers (czy jej odpowiedniku z uniwersum Ultimate Marvela – Ultimates). Dla przypomnienia: Hawkeye to mężczyzna nazwiskiem Clint Barton, niegdyś złoty medalista w łucznictwie i rehabilitowany przestępca, którego oczy zostały chirurgicznie zmodyfikowane w taki sposób, aby zwiększyć jego celność. W rezultacie Hawkeye nigdy nie chybia. I faktycznie, w uniwersum Ultimate Marvela Hawkeye spełnia wszystkie kryteria bycia superherosem: w jednym z wcześniejszych numerów The Ultimates zabił swoich oprawców, wyrywając sobie paznokcie i przecinając nimi ich aorty. W ogóle tego typu zjawiska w Ultimate Marvelu nie dziwią, a i samo uniwersum doczeka się pewnie na łamach tego bloga dokładniejszego opisu, bo zaprawdę – jest o czym pisać. Na razie jednak: Hawkeye.

Scenarzystą serii jest Jonatthan Hickman, człowiek znany z nietuzinkowych pomysłów i kompleksowych opowieści, na które często nie ma w komiksach miejsca. Nikogo by więc nie zdziwiło, gdyby przy okazji miniserii Hawkeye i równolegle pisanej przez siebie nowej serii The Ultimates przyniósł on redaktorowi naczelnemu Marvela pomysły na 50 numerów, a ten kazałby mu to zamknąć w 15. Zresztą wydarzeń w tych seriach co niemiara i wszystkie są bardzo mocne oraz – co tu dużo kryć – hardkorowe. Żeby daleko nie szukać, skupmy się na Hawkeye’u: oto istniejąca w tym uniwersum Południowo-wschodnia Republika Azjatycka (S.E.A.R.) usiłuje zrównać się w wyścigu zbrojeń ze Stanami Zjednoczonymi i wdraża nieludzki, mocno eksperymentalny program tworzenia superżołnierzy. Szybko jednak okazuje się, że sto tysięcy wyhodowanych nadludzi rozpoczyna bunt i zagraża pokojowi na Dalekim Wschodzie; na miejsce zostaje więc wysłany nie kto inny, jak Hawkeye, który ma zażegnać konflikt. Szybko okazuje się jednak, że przybywa za późno…

Główna linia fabularna (gdy okazuje się, że pokonanie zbuntowanych superludzi nazywających siebie Ludem nie wchodzi w grę i trzeba jedynie pozbawić ich przewagi, a więc wykraść próbkę serum tworzącego superżołnierzy) przyspiesza w momencie wprowadzenia części nowych Ultimate’owych mutantów,  czyli fundowanej przez Nicka Fury’ego grupy Ultimate X, która ma pomóć Hawkeye’owi w zdobyciu serum. A Ultimate X to ekipa mroczna i w każdym tego słowa znaczeniu nieprzyjemna: wystarczy wspomnieć, że składają się na nią hipertelepatka Karen Grant, ognista Firestar (będąca prywatnie Liz Allen, byłą koleżanką z klasy niejakiego Petera Parkera), demoniczny anioł znany jako Guardian i nie kto inny, a kontrolowany przez Karen Hulk. Finalnie być może nie dochodzi do większego konfliktu, ale i tak fabuła rozwiązuje się z solidnym przytupem; żeby nie spoilerować, powiem tylko, że Hawkeye kończy akcję powtarzając swoje – przywoływane na kartach miniserii wielokrotnie – kredo, że nigdy nie chybia. Jego celność podkreślana jest na każdym kroku, co strasznie psuje ogląd tej postaci, która – było nie było – swoje przeszła (czego świadectwem są liczne retrospekcje ukazujące początki Hawkeye’a w szeregach Ultimates). Trochę to irytuje, choć trzeba przyznać, że to, w jakim stanie Hickman pozostawił uniwersum Ultimate w końcówce miniserii, jest mocno niepokojące i każe się zastanawiać, co będzie dalej. Bo świat w Ultimate Marvelu dużo gorzej znosi zniszczenia i bezustanne konflikty superbohaterów, a to, co się stało w Hawkeye’u, na miano ogólnoświatowej rozwałki zasługuje z pewnością. Innymi słowy, jest solidnie, mocno i bezpardonowo, co samo w sobie może wiele nie daje, ale otwiera niesamowite pole do popisu na przyszłość.

Ja osobiście zastanawiam się, dlaczego Marvel zdecydował się w tym miejscu wypuścić miniserię właśnie o Hawkeye’u. Z jednej strony mogło to wyniknąć z chęci pozostawienia Hickmanowi większej swobody w kreowaniu uniwersum, niż miałby on tylko przy jednej serii komiksowej (choć jak dotąd twórcom angażującym się w Ultimate Marvel jakoś to wychodziło), ale za decyzjami wydawniczymi w tej firmie z reguły idzie coś jeszcze. Jak dotąd miniserie skoncentrowane na pojedynczych bohaterach towarzyszyły – w uniwersum Ultimate – premierom marvelowskich filmów kinowych. Filmy z Iron Manem i Hulkiem poprzedzone były miniserią Ultimate Human, podobnie jak Iron Manowi 2 towarzyszyła seria Armor Wars, przed Thorem pojawił się znakomity Ultimate Thor, a Kapitanem Ameryką… nietrudno zgadnąć. Tymczasem najbliższym filmem Marvela będzie The Avengers, a z tą grupą w uniwersum Ultimate jest problem; nie dość bowiem, że stanowi ona cichociemną wersję Ultimates, to jeszcze w jej skład wchodzą zupełnie inni bohaterowie niż ci w filmie. A z tych filmowych już na poziomie miniserii wyciągnięto niemal wszystko: Iron Man, Hulk, Kapitan Ameryka i Thor… wszyscy mieli już swoje komiksowe 5 minut. Do dyspozycji pozostały dwie postacie: Czarna Wdowa (która jednak w uniwersum Ultimate nazywa się Monica Chang i jest następczynią Natashy Romanovej, póki co zresztą ani razu nie pojawiła się w nowych The Ultimates) i Hawkeye, w którego w filmie Thor zdążył się już wcielić Jeremy Renner. Padło więc na Hawkeye’a. Niby wszystko jest w jak największym porządku, bo z komiksu przebija jego pewność siebie, zadziorność oraz osobliwe połączenie lojalności z brakiem pokory, ale wymuszony charakter jego przygód jest niestety widoczny.

Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Niby komiks jest spoko i nie razi, niby dużo się dzieje i nie pozostanie to bez wpływu na uniwersum, ale jakoś irytuje mnie fakt, że główną motywacją zrobienia tego komiksu była najprawdopodobniej chęć przedstawienia postaci Hawkeye’a szerszej publiczności, żeby jego rola w The Avengers nie była tak niespodziewana. Ok, można robić fajne rzeczy z najróżniejszych powodów. Ale miniseria Hawkeye jako taka jest przede wszystkim uzupełnieniem głównej linii fabularnej, snutej przez Hickmana w The Ultimates. Tym samym miniseria stanowi znakomite uzupełnienie, ale do poziomu chociażby Ultimate Thora wiele jej brakuje. Ja ją polecam wszystkim, ale to po części wynika z mojego zachwytu nad Ultimate Marvelem i przekonania, że w tego typu tekstach kultury koherencja jest równie ważna, jak narracja. A czy to wystarczy w przypadku Hawkeye’a? O tym musicie się przekonać sami.