Posts Tagged ‘iceman’

Wiemy już, jak to wszystko się zaczęło, wiemy, że rozwinięcie będzie miało w kolejnej serii The Ultimates, ale zanim to nastąpi, warto sprawdzić, co słychać u mutantów Xaviera. Po walce z Apocalypse’em drużyna na powrót się zjednoczyła, jeszcze silniejsza i bardziej zdeterminowana, by zmienić świat. I na tym w sumie można by było zakończyć serię, z jakichś przyczyn jednak zdecydowano się na kontynuację, za którą odpowiadał głównie Aron E. Coleite (scenariusz) i Mark Brooks (rysunki). Trochę szkoda, bo mogłoby jej nie być.

1 2

3 4

Szkoła Xaviera i Akademia Jutra (ponownie) spotykają się, by pograć w baseball, ale idylliczny klimat przerywa atak kanadyjskiego zespołu Alpha Flight. Drużyna porywa jednego z członków Akademii, Northstara – prywatnie chłopaka Colossusa – wspomagając się tajemniczym narkotykiem o nazwie Banshee. Wkrótce okazuje się, że Colossus sam również od lat wspomaga się tym specyfikiem, co wywołuje zamęt w drużynie i sprawia, że dochodzi do podziału. Ci X-Men, którzy stają po stronie Petera, sami również zażywają Banshee, a wśród nich nieskazitelny lider drużyny, Cyclops…

addicts

O rysunkach Brooksa wielokrotnie się wypowiadałem, więc tutaj sprawę przemilczę, bo w zasadzie jest tak, jak zawsze. Mnie te plansze się nawet podobają, choć jest w zasadzie bez szału. Co ciekawe, Brooks zawsze rysował komiksy Ultimate wtedy, gdy inni rysownicy nie wyrabiali, był więc niejako artystą pracującym „w zastępstwie”. Tutaj też tak jakby mamy do czynienia z komiksem-zapchajdziurą, bo wszak maszerujemy w stronę Ultimatum, więc idea jest podobna. Dlatego intrygujący jest fakt, że samego Brooksa też musieli wspomóc w trzecim zeszycie aż dwaj artyści, Clay Mann i Brandon Peterson, co pokazuje, jak duże braki w zespole kreatywnym miał Marvel w 2008 roku. Od strony graficznej nie jest jednak źle. A jak scenariusz?

alpha_flight

Tutaj widać wyraźnie, że Coleite chciał trochę naprostować koncepcje Kirkmana i wrócić do źródeł uniwersum Ultimate, a więc mówić o ważnych problemach współczesności przy użyciu superbohaterskiego sztafażu. Mamy więc bardzo rozbudowany wątek uzależnienia od narkotyków, tym bardziej złożony, że dotykający bezpośrednio jednego z najstarszych członków drużyny. Pod nieobecność Xaviera – który przebywa na Wyspie Muir w ramach rehabilitacji po spotkaniu z Apocalypse’em – okazuje się, że niektórzy mieszkańcy szkoły zażywają Banshee od bardzo dawna. Chodzi oczywiście o Colossusa, który – i tu Coleite ujawnia cały swój spryt – bez Banshee nie jest w stanie utrzymać swojej siły. Narkotyk ten to bowiem nic innego, jak MGH – Mutant Growth Hormone – który zwykłym ludziom zapewnia czasowy dostęp do supermocy, a u mutantów wyzwala wtórne mutacje. Do tej pory jedynym mutantem posiadającym taki arsenał mocy był Wolverine. I to w oparciu o jego DNA powstaje Banshee.

spider-man

Co natomiast z Colossusem? Idea jest taka, że Colossus zamienia się w stal, ale po przemianie jest zbyt ciężki, żeby móc się sprawnie poruszać. Pomysł jest znakomity, wraca bowiem do koncepcji, że supermoce wcale nie muszą być cudowne. Specjalnie cofnąłem się do starszych numerów Ultimate X-Men, żeby sprawdzić, czy scenarzysta odrobiłlekcje i ta koncepcja się klei. Otóż nie klei się. Przynajmniej dwa razy – w niewoli w Weapon X i na Krakoi – Colossus był odcięty od źródła Banshee, więc trochę ta koncepcja naciągana. Chyba że założymy, iż w przypadku Petera czas działania narkotyku jest długi i liczyć może nawet tydzień, to wtedy ma to sens. Wyjaśniłoby to też wahania nastrojów we wcześniejszych historiach o X-Men, kiedy np. Colossus opuścił drużynę z lęku, że Xavier przeczyta jego myśli (i odkryje, że jest narkomanem). Swoją drogą to właśnie w taki sposób, przez nieuprawnione wejście do głowy Petera, Jean Grey dowiedziała się o jego uzależnieniu…

gay

Zaraz zaraz. Jean Grey? Jak pamiętamy, Marvel Girl uzbrojona w boską moc Feniksa odleciała do gwiazd. A tutaj, na kartach tego komiksu, cały czas jest w drużynie jakby nigdy nic. Dowiadujemy się więc, że faktycznie – była w kosmosie, ale jej ingerencje zwróciły na nią uwagę Watchera i Silver Surfera, którzy przemówili jej do rozumu i nakłonili, by wróciła na Ziemię. W ten sposób X-Men zyskali moc Feniksa po swojej stronie, choć Jean bardzo się ograniczała w jej używaniu. No i wychodzi na jaw, że będąc omnipotentną, zapragnęła znaleźć niebo, aby spotkać się ze zmarłym ojcem. Tutaj nieścisłość numer dwa: jej ojciec – o czym wiemy z Ultimate War – żyje i ma się dobrze. Jedynym wyjaśnieniem tej wpadki scenarzysty jest stwierdzenie, że być może zmarł on gdzieś po drodze podczas innych przygód X-Men, a Jean po prostu dręczą wyrzuty sumienia. Tym niemniej scenariusz w ogóle na to nie wskazuje.

logan

Skoro już grzebiemy w biografiach, nieścisłość numer trzy: przeszłość Cyclopsa. Okazuje się, że niechcący Scott zabił swoich przybranych rodziców, gdy jego moce ujawniły się po raz pierwszy. Takim znalazł go Profesor X i Marvel Girl, którą wszak Xavier wyciągnął z zakładu psychiatrycznego. Problem w  tym, że nie ma w tym wszystkim miejsca na Alexa Summersa, brata Scotta, ale być może wynika to z faktu, że dla przedstawionych tutaj wydarzeń nie był on istotny. Tak czy inaczej, brak dbałości o sens całości bardzo rzuca się tutaj w oczy. To wszystko sprawia, że choć główny wątek jest ciekawy, to ginie on w masie głupich błędów, których z powodzeniem można było uniknąć; wszak uniwersum Ultimate nie jest aż takie duże i swobodnie jedna osoba może je ogarnąć. Że już nie wspomnę o nadużyciu numer cztery, ale to zostawię na koniec.

cyke

Tak więc cała fabuła najpierw kręci się wokół próby odbicia Northstara z rąk tajemniczego Vindicatora (którego sekret zna tylko Rogue, bo dodtknęła jego twarzy) i Alpha Flight, z którymi zatargi miał onegdaj również Wolverine. Podejmują się tego ci X-Men, którzy poszli za Colossusem, a więc ta mroczniejsza, bardziej ambiwalentna moralnie część zespołu: Dazzler (a z nią Angel), Rogue (która znajduje wolność w Banshee), Nightcrawler (mający wyrzuty sumienia po tym, jak potraktował Colossusa po jego coming-oucie) oraz Cyclops, który początkowo robił to po to, by odkryć ich prawdziwe zamiary, ale uległ Banshee. Potem drużyna zwalcza jeszcze niedobitki Acolytes z Australii (walczyli z nimi już podczas swojej wycieczki po świecie z książką Xaviera). Gdy wreszcie dochodzi do pojedynku między renegatami Colossusa i resztą X-Men, konflikt jest bardzo konkretny. Narkomańska drużyna szybko przekracza granicę, staje się bardziej nieobliczalna i nadpobudliwa, co ma symulować efekt narkotykowego głodu (albo głodu papierosa, bo i taki można tutaj podstawić). Ogólnie pod względem dynamiki jest to dobry komiks. Dochodzi do solidnych ekscesów, jak na przykład wyrwanie Colossusowi serca (bez którego w stalowej postaci potrafi on funkcjonować, jak się okazuje). Logan natomiast traci nogę.

leg

Udało się też scenarzyście kilka nawiązań; oto z narkomanami po MGH walczą również Kitty Pryde i Spider-Man, którzy potem pomagają Wolverine’owi odkryć prawdę o Banshee. Posuwa się też naprzód kwestia zażyłości między Kitty a Loganem, rozpoczęta po rozluźnieniu relacji ze Storm m.in. notką, którą Iceman przekazał Kitty kilka historii wcześniej. Pojawia się też Liz Allen jako Firestar, już w szeregach X-Men, co cieszy, bo wychodzi na to, że nie zapomniano o tej bardzo wszak interesującej postaci. Jest też szereg nawiązań do Originów, jak chociażby Watcherzy i wątek wyspy Savage Land.

watchers

To bowiem na wyspie 15 lat temu Xavier i Magneto odkryli, że DNA Wolverine’a może być kluczem do syntetyzowania Banshee, ale wtedy zdecydowali, że efekty uboczne zażywania narkotyku będą katastrofalne. Czort wie, jak wpadli na to, by zamknąć Logana w pojemniku i ściągnąć z jego DNA narkotyk, ale co tam. Ważne jest to, że Magneto po latach wznowił produkcję Banshee i wypuścił na rynek, w tym dostarczył je – pośrednio i pewnie nieświadomie – w ręce Colossusa. Trochę to się gryzie z tym, że Colossus był w X-Men – a nawet brał Banshee – znacznie wcześniej, gdy Magneto chciał jeszcze po prostu podbić świat, ale może pierwsze próby z MGH odbywały się już wcześniej. Najciekawsze w tym wszystkim (jeśli odrzucić idiotyzmy) jest to, że plan zalania ludzkości MGH jest całkiem sprytną koncepcją i możliwe, że to właśnie Erik miał na myśli, kiedy w Magnetic North stwierdził, iż ma nowe pomysły na podbicie świata. Całkiem spoko. I dodatkowo tłumaczy, dlaczego trzymał low profile podczas wizyty w domu Liz Allen; po prostu walka mu się nie opłacała.

banshee

Co jednak najdziwniejsze, Magneto skaptował do współpracy nad Banshee nikogo innego, a Moirę MacTaggert, byłą żonę Xaviera. Mogło to być pomyślane jako policzek dla samego Profesora X, ale trochę to dziwne rozwiązanie: mieszać Wyspę Muir w produkcję MGH. Faktem jest, że Moira miała własne powody, by wejść w ten układ, ale to jednak trochę dziwne, że nawet nie zająknęła się o tym Charlesowi. A on sam nic nie wyczuł, przebywając na Wyspie podczas swojej rehabilitacji. Ten wątek miał prawdopodobnie potencjał na otwarcie się na nowe zmagania X-Men ze światem, być może nawet na odkupienie Moiry, ale w tym komiksie kończy się to dość jednoznacznie. Wikipedia podaje, że Moira ginie pod koniec tego komiksu, ale nic na to nie wskazuje. Tym bardziej, że miał ją zabić rzekomo… Quicksilver.

quicksilver

Jeśli wierzyć ostatniemu panelowi, Pietro wrócił pod skrzydła swojego ojca. I to jest chyba największy mózgotrzep tego komiksu, który domaga się wyjaśnienia. Co się stało? Jak? Dlaczego? O co chodzi? Te pytania będą musiały poczekać na odpowiedź jeszcze chwilę, bowiem już za moment kolejny rozdział „Marszu w stronę Ultimatum”. Zapnijcie pasy!

nortchstar

Reklamy

Ostatnim razem pisałem, że Robert Kirkman w swoich scenariuszach niebezpośrednio odwoływał się do serialu animowanego o X-Men z lat 90. Tak się składa, że mniej więcej równolegle Brian Bendis poszedł podobnym torem, jego koncepcja była jednak znacznie bardziej świadoma, ewidentnie ironiczna i co tu dużo kryć – kapitalna. Pamiętacie taki serial, jak Spider-Man and His Amazing Friends?

1 2 3

Peter Parker i jego przyjaciele wiodą tymczasowo spokojne życie. Wprawdzie Mary Jane nadal nie podoba się fakt, że to z Kitty Peter musi wychowywać sztucznego bobasa (w ramach zaliczenia jednego z przedmiotów, najpewniej przystosowania do życia w rodzinie), ale poza tym jest raczej sielankowo. Paczka przyjaciół dodatkowo się rozrasta: do Petera, Mary Jane, Kitty oraz Konga – jej obecnego chłopaka – dołącza Liz Allen oraz Johnny Storm, który próbuje jeszcze raz zyskać jej sympatię. Pojawia się również Bobby Drake, pragnący poprawić swoje relacje z Kitty. Wszyscy razem wybierają się na plażę i świetnie się bawią… do momentu pewnego wypadku. Otóż Liz od jakiegoś czasu nie czuje się dobrze…

Zanim o pewnych zaskakujących pomysłach scenarzysty i rysownika (których część widać już na okładkach), kilka słów o inspiracjach Bendisa. Chodzi oczywiście o wyżej wspomniany serial, w którym to Peter Parker – już jako dorosły superbohater – mieszkał razem z Bobbym Drakiem i Angeliką Jones w mieszkaniu skrywającym supernowoczesny komputer pozwalający na tropienie przestępców. Dobra – zapytacie – Bobby to Iceman, ale kim u licha jest Angelica Jones? To wymyślona na potrzeby serialu superbohaterka władająca ogniem, znana jako Firestar. Wzięła się ona stąd, że w latach 80., kiedy puszczano serial, Marvel nie miał praw autorskich do animowanego wizerunku Human Torcha, który to wedle pierwotnej koncepcji miał być współlokatorem Petera (to samo dotyczyło serialu o Fantastycznej Czwórce, gdzie Johnny’ego musiał zastąpić robot H.E.R.B.I.E., do dzisiaj pałętający się po komiksach o Czwórce jako swego rodzaju easter egg). Wymyślono więc Angelikę, którą pewnie część z Was jakoś tam kojarzy, bo serial był baardzo dawno temu puszczany również w Polsce. Tutaj macie czołówkę:

Wszystko spoko, tylko w uniwersum Ultimate nie ma Angeliki Jones. Jest za to Human Torch… i Liz Allen. To bowiem u tej dziewczyny pojawiają się fantastyczne moce kontroli nad ogniem, dokładnie zresztą w taki sam sposób, jak to miało miejsce z Johnnym w historii Popular. Pierwsze pytania o stan Liz padają zresztą właśnie pod adresem Torcha, który jednak nie odpowiada za jej stan. Sama Liz oczywiście panikuje i Iceman musi – kilkukrotnie – ją ratować, on też tłumaczy jej podstawy panowania nad lotem. Konkluzja krótkiej, ale żywiołowej wymiany zdań między przyjaciółmi jest następująca: wszyscy dochodzą do wniosku, że Liz Allen musi być mutantką.

To jest oczywiście zagranie fabularne stare jak świat, ale niezmiennie znakomite. Wszyscy pamiętamy, jak Liz odnosiła się do mutantów, jak bardzo drażniła i przerażała ją sama obecność Kitty w klasie, i choć powoli zaczęła ją tolerować, to nigdy nie przeszła nad tym do porządku dziennego. Pamiętamy też o jej wujku Fredzie, który był obecny podczas ataku Magneto na Waszyngton. Wszystkie otwarte kwestie dotyczące Liz – a wiele z nich towarzyszy nam od samego początku istnienia serii – znajdują tutaj swoje ujście. To, jak ta układanka powoli się wypełnia, jest niemal czystym majstersztykiem. Liz okazuje się mutantką i reaguje tak, jak zareagowałby każdy ksenofob na jej miejscu: strachem, paniką, negacją, rozpaczą, a potem powolną akceptacją swojej sytuacji, dostrzeganiem pewnych plusów, gniewem na matkę za zatajenie informacji o jej ojcu… to wszystko wypada bardzo wiarygodnie i przekonująco. Swoją rolę równie dobrze gra Iceman, będący doświadczonym i panującym nad sobą, ale mimo wszystko wciąż jeszcze niedojrzałym mutantem. Ma jednak serce po właściwej stronie i robi wszystko, co może, żeby pomóc Liz (przy okazji ciesząc się z tego, że może oglądać ją nago). Oczywiście Peter również staje na wysokości zadania i stara się uspokoić przyjaciółkę, ale tego się po nim spodziewaliśmy. Co nie zmienia faktu, że nadal znakomicie się go ogląda w tej roli.

Żeby jednak nie było zbyt kameralnie i żeby cała historia prowadziła do czegoś więcej, pojawia się Magneto. I tutaj wszyscy powinniście uczynić gest przerażenia połączonego z niedowierzaniem. Po pierwsze: skąd? Co? Jak? Ostatnim razem, kiedy Erik Lehnsherr pojawił się w Nowym Jorku, na nogi stanęło całe S.H.I.E.L.D., X-Meni oraz Ultimates! Racja, wtedy zasadniczo wywołał kataklizm i zagroził wybiciem całej ludzkości, a teraz uważa, by nikogo nie skrzywdzić (pewnie chcąc ograniczyć wieść o swoim przybyciu), ale nadal. Gdzie wtedy byli Ultymatywni? Co wtedy robiła Carol Danvers? Najniebezpieczniejszy mutant na planecie ot tak pojawia się w samym środku Queens… i nic!? Po drugie: kiedy ostatnio sprawdzałem – a specjalnie cofnąłem się o kilka komiksów w tym celu – udający Magneto Mastermind siedział grzecznie w Triskelionie, podczas gdy prawdziwy Magneto czyhał w ukryciu. Mówiąc krótko: cały świat żył w przekonaniu, że Magneto jest uwięziony. Dlaczego więc – kiedy ni stąd, ni zowąd pojawia się w Nowym Jorku – nikt nie jest zdziwiony? Że Spider-Man, to rozumiem – nie jego liga, ale gdy przybywają X-Men, nikt nawet nie mrugnął. Pewnie, Iceman mógł ich ostrzec, że chodzi o Magneto, ale pytanie „jak wydostałeś się z Triskelionu” ani razu nie pada. Już pomijam fakt, że ten skład X-Men jest dość wątpliwy: obok Wolverine’a, Storm, Cyclopsa i oczywiście Icemana do walki stają Colossus (który w tym czasie mieszka ze swoim chłopakiem w Chicago), Nightcrawler (aktualnie przebywający wśród Morlocków) czy Marvel Girl (która odleciała w kosmos). To mogło być przeoczenie rysownika, Stuarta Imonena, choć rysował on kiedyś X-Men i powinien się orientować w aktualnym składzie drużyny. Niestety, nikt się nad niczym nie zastanawia i to się tutaj wszystko poważnie nie klei.

To może spróbujmy to jakoś skleić. Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się wariant następujący: Magneto po swojej ucieczce – zgodnie z zapowiedzią – wprowadził w ruch jakiś dalekosiężny plan działania, mniejsza na razie, jaki. I siedział cicho w Savage Land, o czym wiemy z komiksu Aftermath. Jego wypad do Nowego Jorku – jakkolwiek nieostrożny – podyktowany był obietnicą daną przed laty ojcu Liz, a także swoją arogancją. Nie przewidział, że w Queens będzie jej towarzyszył Spider-Man i Iceman oraz że ten drugi wezwie pozostałych X-Menów. Ci pewnie w pierwszej chwili nie uwierzyli, ale polecieli sprawdzić; tymczasem zapewne Profesor X zadzwonił do Carol Danvers. Ta sprawdziła i stwierdziła, że Magneto – a tak naprawdę Mastermind – siedzi w swojej celi, stąd jej ociąganie i nieobecność S.H.I.E.L.D. Czwórka miała jakieś swoje problemy: dlatego Johnny chwilę wcześniej opuścił ekipę i dlatego oni też nie stanęli do walki z Magneto. A Ultimates… cóż, być może w tej kwestii coś tam nam rozjaśnią kolejne komiksy. Sam fakt, że muszę tak to wszystko tłumaczyć, jest jednak dowodem na to, że ktoś tutaj nie pomyślał. Najpewniej Bendis.

Poza tym jest jednak bardzo miodnie: Liz dowiaduje się, że jej wujek Fred tak naprawdę jest jej ojcem – a my wiemy, że to mutant znany jako Blob (preferencje i gusta matki Liz stają tu pod poważnym znakiem zapytania, ale zostawmy to na razie). Sama Liz, już jako Firestar, oddala się razem z X-Men, by uczyć się w ich szkole. Kong natomiast wyjawia Peterowi, że wie o jego podwójnej tożsamości, i robi to z taką klasą, że mogę to uznać za najlepszą scenę w komiksie. Okazuje się, że mimo iż wcześniej Peter robił wszystko, by ukryć fakt, iż jest Spider-Manem, ci wszyscy, którzy byli z nim blisko i znali go od dziecka – w tym właśnie Kenny/Kong – mogli domyśleć się prawdy. I to jest fajne, i to jest miłe, i to jest coś, co Bendisowi wyszło. Nawet, jeśli namieszał z powrotem Magneto.