Posts Tagged ‘iron man’

Od jakiegoś czasu mogliśmy obserwować, jak zasadzane są ziarna pod czekającą nas nieuchronnie katastrofę. Najwyższy czas, aby zebrać żniwo. Jeph Loeb – którego czytelnicy uniwersum Ultimate kojarzą przede wszystkim z zakończenia Ultimate Power – wspólnie z Joe’em Madureirą popełnili komiks kontrowersyjny, nieco dziwaczny i wywołujący wśród czytelników wiele emocji. Przede wszystkim negatywnych. Przed Wami początek końca drużyny Ultimates.

1

  2 3 4

5

Superbohaterowie z Ultimatesów mogą być najpotężniejszymi herosami na Ziemi, ale ich drużyna trawiona jest wewnętrznymi rozdarciami. Hawkeye po śmierci żony i dzieci stracił wolę życia, Kapitan Ameryka stał się cichy i nieufny, Thor zdystansował się od reszty wraz ze swoją nową dziewczyną, Valkyrie, a na światło dzienne wyciekła seks-kaseta Tony’ego Starka i Czarnej Wdowy. Areszt domowy Hanka Pyma, pałętające się wszędzie służebne roboty z serii Ultron i nowy, milczący członek drużyny, Black Panther, też nie wpływają za dobrze na atmosferę. Wszystko się jednak załamuje dopiero wtedy, gdy posiadłość Ultimates aatakuje… Venoma, a dzień później jedna z członkiń drużyny, Scarlet Witch, zostaje zamordowana…

killed

Tak, to prawda. Wanda (Lehnsherr) Maximoff, znana też jako Scarlet Witch, ginie. A to dopiero początek. Jeph Loeb doprowadza całą drużynę na skraj załamania nerwowego, wyciąga na wierzch zadawnione konflikty i odziera wszystkie postacie z ich superbohaterskości. Jednocześnie wprowadza szereg dziwnych rozwiązań fabularnych, które bardzo boleśnie odstają od standardów wypracowanych przez Marka Millara, co sprawia, że komiks ten – w zestawieniu z poprzednimi odsłonami przygód Ultimates – wydaje się brudny, zły, obleśny i nierealistyczny. Pełno w nim brutalności, pada też wiele trupów. I to zasadniczo sprawia, że wiele osób szczerze Loeba za niego nienawidzi.

waspalone

Ja jednak postaram się podejść do tego komiksu z otwartą głową i trochę go usprawiedliwić. Zacznę od tego, że:

joker-martin-loeb

No właśnie. Tak jakby nie ma w tym komiksie niepotrzebnej śmierci, choć wiele z nich ukazanych jest w sposób szokujący. Poza tym faktycznie, postacie zachowują się w sposób co najmniej nieprzyjemny, ale wielu z nich ma do tego prawo lub też – co chyba lepiej zabrzmi – ma powody, dla których przyjmuje taką, a nie inną postawę. Najlepszym przykładem jest Hawkeye, który zmienił kostium na dużo mroczniejszy i kojarzący się raczej z Bullseye’em niż agentem S.H.I.E.L.D. Jego zachowanie, zapalczywość, nieliczenie się z niczym i nikim a przede wszystkim otwarte życzenie śmierci muszą w końcu doprowadzić do czegoś złego. Kapitan Ameryka, trzymający sztamę ze znanym nam już z Originsów T’Challą – Black Pantherem – ewidentnie jest cięty na Wasp za umieszczenie jej męża, Hanka Pyma, w posiadłości. Ewidentnie ich związek się nie klei i Janet na zasadzie swego rodzaju syndromu sztokholmskiego chce powoli wrócić do Hanka (co mogliśmy obserwować już w The Ultimates II). Reputacja Iron Mana jest zszargana, on sam więc pogrąża się w alkoholu… i przesadza. Thor, po odzyskaniu boskich mocy, wyraźnie dystansuje się od drużyny i spędza czas ze swoją nową ukochaną, znaną nam z drużyny Defenders Valkyrie, która jakimś cudem posiadła boskie moce (i pegaza). A Quicksilver i Scarlet Witch dużo jawniej niż zwykle okazują swoje wzajemne przywiązanie, które na kartach tego komiksu odarte jest z całej aury niedopowiedzeń i nie mamy już wątpliwości, że łączy(ła) ich miłość kazirodcza.

vshawkeye

Te dopowiedzenia i dosłowności – ujawniające się na każdym kroku, także wtedy, gdy dwóch członków Bractwa Mutantów próbuje zgwałcić Valkyrie – są kolejnym poważnym zarzutem często wysuwanym pod adresem tego komiksu. I trudno się z nim nie zgodzić. Powód takiego stanu rzeczy jest jednak prozaiczny: Loeb miał tylko pięć zeszytów, aby opowiedzieć całą intrygę nie mniej zresztą zakręconą niż pomysły Millara. Stąd też bierze się pozornie większa brutalność komiksu, choć jakby się zastanowić, w The Ultimates II było równie hardkorowo. To, co Millar na przestrzeni trzynastu zeszytów mógł jednak ograć stopniując napięcie, u Loeba sprawia wrażenie gnania na złamanie karku. Ma to podłoże fabularne: kleszcze, które zaciskają się wokół Ultimatesów, robią to szybko i drużyna ma bardzo niewiele czasu na reakcję, można jednak zrozumieć głosy tych, którzy czują się tym wszystkim przytłoczeni.

spider-man

Przypominające duszne, piekielne wizje rysunki Madureiry też nie pomagają, choć taki efekt był chyba zamierzony. Całość sprawia wrażenie nieco nierealnego snu, sytuacji, z której Ultimatesi muszą się jakoś rozbudzić, żeby ogarnąć rzeczywistość, niewiele jednak mogą zrobić. Do tego dochodzi wulgarność innych pojawiających się tutaj bohaterów, jak Wolverine (co nas nie dziwi) i Spider-Man (pogoń za którym ma pokazać, jak bardzo Hawkeye oddalił się od szeroko rozumianego bohaterstwa… nie wiedzieć jednak czemu Pająk też jest wulgarny). Nieco może dziwić brutalność członków Bractwa Mutantów, w szczególności Bloba, który deklaruje chęć zjedzenia Wasp, choć dotąd pamiętaliśmy go raczej jako cywilizowaną osobę. Możliwe jednak, że gdy Magneto spuścił Bractwo ze smyczy, chcieli oni wziąć jak najbrutalniejszy odwet na Ultimatesach (co nas nie dziwi, wszak to Ziemia-1610). A było to tak: Quicksilver po śmierci Scarlet Witch z rozpaczy wezwał Magneto i ten przybył wraz z Bractwem po ciało swojej córki. Zaraz potem przybywa również Wolverine, który dołącza do Ultimates z zamiarem odbicia ciała Wandy oraz prawdopodobnie Pietra. Wszystko to jakoś tam się zgrywa z historią Absolute Power: Logan poleciał niszczyć Banshee na wyspie Muir, więc Magneto i członkowie Bractwa ruszyli z pomocą, zanim jednak Erik zdążył tam dotrzeć, dostał od Pietra sygnał o śmierci Wandy; skierował się więc do Nowego Jorku. Wolverine sobie znanym sposobem odkrył, co jest grane, i ruszył za nim, a dopiero po potyczce w siedzibie Ultimates Quicksilver udał się na szybko na wyspę Muir, by spotkać się z Moirą. Tylko w taki sposób to ma sens.

assault

Nieco mniejszy sens ma obecność w Bractwie Masterminda (który podszywał się pod Magneto w Triskelionie) oraz Pyro (który przed sekundą należał do X-Men). Skąd się tam wzięli i co robili – ta historia pozostaje niedopowiedziana. Oboje jednak giną z ręki Valkyrie, kiedy próbują ją zgwałcić, a ona sama zostaje ocalona przez głos w jej głowie, należący do tajemniczej istoty odpowiedzialnej za jej zdolności. Kolejna tajemnica do wyjaśnienia.

barbara

Jest jeszcze tajemnica Black Panthera, a raczej powodu, dla którego podszywa się pod niego sam Kapitan Ameryka (faktycznie, obaj nigdy nie pojawiają się razem, co drażni Wasp). Samego T’Chali, jak się okazuje, w tym komiksie nie ma, a obecność Panthera jest zainscenizowana przez Steve’a Rogersa. To zagranie też nie jest wyjaśnione na kartach komiksu – choć wiadomo, że Tony Stark o nim wiedział – więc kolejni czytelnicy wpadli w pułapkę niezrozumienia. Ale tego akurat zamierzam twardo bronić, bo raz, że wkrótce dostaniemy wyjaśnienie całej sprawy, a dwa, że to pokazuje, jak bardzo nieufni wobec siebie byli Ultimatesi w tym okresie. I dlaczego stali się tak podatni na ataki.

panther

Bo te ataki przychodzą nagle i właściwie zewsząd, czego punktem kulminacyjnym jest bitwa plemion Savage Land (pod przywództwem Shanny i Ka-Zara, nowych postaci z punktu widzenia uniwersum Ultimate) z Bractwem Magneto, skopaniem przez Magneto tyłka Thorowi i zabraniem mu młota oraz ucieczką latającej fortecy po pozornie śmiertelnym postrzale Quicksilvera (zarobił kulę Hawkeye’a przeznaczoną dla Erika). Motyw walki o ciało Scarlet Witch, ukryte gdzieś skądinąd właśnie przez Pietro, stanowi jednak tylko jedną płaszczyznę tej intrygi.

kazarshanna

Drugą płaszczyzną jest sianie fermentu w drużynie przez… jednego z Ultronów, a konkretniej tego, z którym Scarlet Witch flirtowała w poprzedniej serii przygód Ultimates. Jak to w pewnej chwili wyjawia Wolverine (który dawno temu miał okazję dzielić łoże z ówczesną żoną Magneto, ale dopiero niedawno udało mu się pokojarzyć fakty: przybył bowiem do Savage Land, kiedy Erik rozstał się już z Magdą), Scarlet Witch nie do końca panowała nad swoimi zdolnościami. Z jednej strony łączyła moce mutantów odziedziczone po ojcu i zdolność do władania magią po matce, z drugiej miała wciąż wątły i wrażliwy umysł, który nie radził sobie z takim power setem. Dość powiedzieć, że to Wanda w przypływie złości stworzyła dinozaury zamieszkujące Savage Land (trochę się to kłóci z ikonografią z poprzednich komiksów, wedle której wyspa była od początku zamieszkana przez chociażby pterodaktyle, ale zostawmy to). Logan posuwa się nawet do stwierdzenia, że kazirodcza miłość Pietro i Wandy była efektem, tego, że Quicksilver chciał ochronić świat przed jej mocami i dać jej spokojną przystań. To nadaje zresztą ich relacji dodatkowej głębi, tym bardziej, że pozornie niewinny flirt Wandy z Ultronem zakończył się uzyskaniem przez tego ostatniego samoświadomości… i zakochaniu się w Scarlet Wich.

motherfcker

Przy okazji, Ultrony są na każdym kroku w rezydencji Ultimates, sprowadzone wraz z Hankiem Pymem (który po jakimś czasie odkrywa intrygę swojego robota, w ostatniej chwili, by ocalić swoją żonę, Wasp). Służą, chronią i obserwują wszystko. Są więc idealnymi kamerdynerami, zdolnymi popełnić morderstwo. I faktycznie, okazuje się, że w ramach planu zastąpienia Ultimates innymi Ultronami/replikantami, zakochany android odpowiadał za większość krzywd, jakich doznali Ultimates w tym komiksie. Seks-nagranie, atak Venoma (jak się okazało, również replikanta, wysłanego do rezydencji po to, żeby porwać Wandę), podmienienie Tony’ego Starka na androida i stworzenie innych sztucznych Ultimates, a także zabicie Wandy… wszystko to było efektem złamanego serca robota, który potem miał przyjąć formę Hanka Pyma, by udawać prawdziwego superbohatera. Intryga – przyznam – jest cwana, szkoda tylko, że nie wyjaśnia, w jaki sposób prawdziwy Hank Pym się o wszystkim dowiedział i jak ocknął się z przedawkowania prozacu, które zafundował mu Ultron. Tak że cała koncepcja trochę razi niekonsekwencją, ale dzięki niej otrzymujemy potem epicki pojedynek dwóch Giant-Manów w Savage Land (bo Ultroni przyłączają się do walki z Bractwem, szybko jednak kierują się przeciwko oryginalnym Ultimates).

ultimatesvsrobots

Na marginesie rozważań o mocach Wandy warto przypomnieć, że to właśnie ona w finale Grand Theft America użyła swoich zdolności, aby przywrócić Thorowi boską moc i zezwolić siłom Asgardu na odparcie armii Lokiego. Wychodzi więc na to, że jej power set jest niesamowicie potężny, tym bardziej, że na dobrą sprawę wcześniej Thor był jeno człowiekiem z super pasem i zaawansowanym technicznie młotem. Czy jest więc możliwe, że to Wanda dała Thorowi boską moc? Jak się do tego więc od początku miały moce Lokiego? Dużo niedopowiedzeń, dużo wątpliwości, masa pytań, ale też wielka ekscytacja, oto bowiem w komiksach, które już znamy, mogło dziać się więcej niż początkowo podejrzewaliśmy.

dinos

I ja tak właśnie traktuję The Ultimates III. Jak komiks na poły oniryczny, który odchodząc od estetyki poprzedników jednocześnie obraca ich znaczenia, pokazuje konsekwencje superbohaterskiej działalności, objawiające się głównie w psychice bohaterów, doprowadzonych na krawędź szaleństwa. Oczywiście, to podejście ma swoje wady i może być rozczarowujące dla wszystkich, którzy spodziewali się powtórki z dzieła Millara, taka atmosfera chyba jednak bardziej odpowiada momentowi, w którym jesteśmy. Wszak maszerujemy w stronę Ultimatum.

magda

P.S. I tak potem okazuje się, że za wszystkim stoi Doom. To by wyjaśniało, skąd Ultron miał materiał genetyczny do stworzenia cyber-Venoma.

P.P.S. Quicksilver i Scarlet Witch zastrzeleni, siedziba Magneto w Savage Land spalona, Bractwo nieco przetrzebione, on sam jednak wyszedł zwycięsko z pojedynku z Thorem i posiadł Mjolnira. Śmierć jego dzieci (i wcześniejsza poraża planu z Banshee) doprowadziła go jednak do ostateczności. Za wszystkie cierpienia, jakich doznał Erik Lehnsherr, superbohaterowie Ziemi-1610 – oraz cała ludzkość – zapłacą ostateczną cenę. I to już niedługo.

doom

To właściwie nie tyle komiks, ile zeszyt przypominający czytelnikom, co działo się w uniwersum Ultimate do chwili obecnej i stanowiący wprowadzenie do wydarzeń, które mają nastąpić w nadchodzącym wielkimi krokami The Ultimates III. Stanowi więc świetną okazję do podsumowania tego, co się do tej pory działo, a także zaczerpnięcia oddechu przed pewnym dość długim marszem, który nas jeszcze czeka.

Ultimates_Saga_000

Tony Stark przejął finansowanie grupy Ultimates, przeprowadził się z nimi do posiadłości w centrum Nowego Jorku i zaplanował rebranding. Bohaterowie zyskali nowe kostiumy, niektórzy wrócili do starych, skład drużyny nieco się zmienił, a Iron Man – po śmierci Natashy szukający pocieszenia w ramionach przygodnych kochanek – uzyskał dostęp do tajnych plików Nicka Fury’ego. Szczególnie tych dotyczących drużyny Ultimates… postanowił więc odświeżyć sobie pamięć. A my razem z nim.

Ultimates_Saga_033

I to w sumie tyle. Dlatego chociaż ostatnie podsumowanie było stosunkowo niedawno (biorąc pod uwagę liczbę wpisów, nie ich częstotliwość, rzecz jasna), pozwolę sobie zamieścić tutaj małe podsumowanie, niedługo bowiem wiele rzeczy może się zmienić i dobrze by było mieć świadomość, na czym stoimy.

Kwestie mutantów: w Stanach Zjednoczonych działają Instytut Charlesa Xaviera (w skład której wchodzą Cyclops, Wolverine, Beast, Storm, Angel, Dazzler, Rogue, Iceman, Firestar, Syndicate, Psylocke, Toad i Pyro) oraz Akademia Jutra Emmy Frost (w której znajduje się Havok, Sunspot, Cannonball, Polaris, Ramsey i Colossus). Sama Emma Frost ma sekretne związki z Hellfire Club. Wielu mutantów czuje się jednak wciąż zagrożonych i zbiera się w grupy wzajemnego wsparcia, a nawet straże sąsiedzkie. W kanałach Nowego Jorku znajduje się kryjówka Morlocków pod przywództwem Nightcrawlera. Marvel Girl, władająca teraz mocą Feniksa, odleciała w kosmos, gdzie znajdują się już Silver Surfer i Atrea. Niektóre państwa – jak Genosha – wciąż traktują mutantów jako osobników niższej kategorii. Obok Instytutu Xaviera nadal działa szpital na wyspie Muir, nie jest już jednak kuźnią kadr dla S.H.I.E.L.D., która po incydencie z Lorną Dane zerwała kontakty z X-Men. W Oregonie znajduje się Nursery Two, które też zerwało kontakty z S.H.I.E.L.D.

Ultimates po III wojnie światowej odeszli spod kurateli rządowej i przeszli pod skrzydła finansowe Stark Enterprises. Na chwilę obecną do drużyny należą: Kapitan Ameryka, Thor, Iron Man, Wasp, Quicksilver, Scarlet Witch, Hawkeye i Valkyrie (mniejsza na razie, o co chodzi). S.H.I.E.L.D. zamknęło na jakiś czas program Rezerw Ultimates, w S.H.I.E.L.D. znajdują się więc jedynie Falcon, Karma, dr Brankin i jego zespół. Trudno na tym budować bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Po starciu ze Squadron Supreme i ujawnieniu kooperacji Fury’ego z Dr. Doomem, Nick został wygnany do innego uniwersum. Nowym dyrektorem S.H.I.E.L.D. została Carol Danvers, która nie podziela sympatii Fury’ego względem Spider-Mana (który współpracuje okazjonalnie ze swoją byłą dziewczyną, Kitty Pryde). Tymczasem w Europie działa Europejska Inicjatywa pod wodzą Kapitana Brytanii.

Co do bohaterów, to poza Ultimates na ulicach mamy właśnie Spider-Mana,Kitty Pryde,  Spider-Woman  i Daredevila, który przeszedł załamanie nerwowe. W telewizji karierę robi Dr Strange, gdzieś na świecie jest Blade i Morbius, a Chicago broni Hawk-Owl i Woody. W oddali do siebie dochodzi Kapitan Mahr Vell, Fantastyczna Czwórka  zajmuje się zagrożeniami z innych światów, a Reed Richards po zadymie z Sześcianem próbuje uratować swój związek z Sue Storm, natomiast jego siostra – Enid – cały czas ma supermoce. Gdzieś w odwodzie jest też Zarda ze Squadron Supreme. Na wolności pozostaje Hulk, Magneto wraz z wieloma nowymi wyznawcami też buduje swój przyczółek (choć X-Men są świadomi jego obecności). Zagrożeniem cały czas są dyktatorzy z krajów drugiego i trzeciego świata (w tym Dr Doom, który przejął kontrolę nad Venomem) oraz Namor, potencjalnie mogą nimi być Nieludzie na księżycu. Gdzieś poza zasięgiem naszych oczu działa organizacja A.I.M., wciąż też jest dr Tarleton i Mole Man. Za kratkami siedzą Hank Pym (pod kuratelą Starka), Kingpin, Dr. Octopus, Kraven, Sandman i Electro, zamknięto też pomniejszych łotrów: Gladiatora, Rhino, Omegę Red, Vulture’a, Ringera i Boomeranga, znów siedzi Bullseye, Punisher i Shocker (po raz szósty), spora część Bractwa Mutantów, Dzika Paczka Silver Sable, Serpent Squad, a także Curt Conners i wielu innych przestępców. Zamknięto też na prośbę Fury’ego She-Hulk, czyli Betty Ross. Nie wiadomo, co z wojownikiem imieniem Arcade.

Nie można też zapomnieć o tych, co zginęli. Tak więc na tej liście znajdują się generał Ross, John Wraith, Justin Hammer, Hammerhead, Nihil, Mister Sinister, Harry Osborn, Norman Osborn, Gambit, Czarna Wdowa, Elektra, Crimson Dynamo, Abomination, Schizoid Man, Loki, rodzina Clinta Bartona, Deathstrike, pułkownik Abdul Al-Rahman, Hurricane, część Rezerw Ultimates, Mojo Adams, Moondragon, Dima, Rhona Burchill, Bishop z przyszłości, Stryfe, Bolivar Trask, bliźniaki von Strucker, dr Cornelius, Shinobi Shaw, Rutskaya, Ivan Kragoff, Eddie Brock, Thanos, Leader, Agatha Harkness/Siódemka z Salem, wielki radioaktywny potwór i Warlock. Do tego niezliczone ofiary Hulka, Liberatorów, Hobgoblina, wyznawców Gah Lak Tusa i wielu innych. Lista się rozrasta…

No i wielkie kataklizmy, które przez ten czas nawiedzały świat. Przypomnijmy, do tej pory były to: Hulk i jego rozwałka. Ataki terrorystyczne Magneto, zwłaszcza inwazja na Waszyngton i próba wysadzenia elektrowni jądrowej na Florydzie. Inwazja Chitauri. Atak Zielonego Goblina na Biały Dom. Ataki Proteusa. Rozwałka nad Las Vegas. Pojedynek Spider-Mana z Hobgoblinem. Fala samobójstw po emisji przekazu z Tunguski, walka z Kree, obrona przed Gah Lak Tusem. Atak terrorystyczny na pierwsze płazy. Walka z Namorem. Ataki prewencyjne na Bliski Wschód. III wojna światowa. Potyczka ze Squadron Supreme. Atak Sentineli na Front Wyzwolenia Mutantów. Ucieczka z Triskelionu. Walka z Venomem na ulicach Nowego Jorku.

A prawda ma się tak, że przez cały ten czas – w zasadzie od The Ultimates II – wszystkie najważniejsze wydarzenia w uniwersum Ultimate były albo odczyniane Kosmicznym Sześcianem, albo mocą Feniksa, albo jeszcze inaczej poukrywane. Ingerencji zmieniających status quo było straszliwie mało, a jeśli już były, to rychło je odczyniano, jak np. ze śmiercią Xaviera. Dlaczego? Bo scenarzyści nie mieli za bardzo odwagi, żeby coś więcej zmienić, a ci, którzy mogli (np. Brian Bendis) stawiali raczej na spójność całości niż na jakieś rewolucje. Ultymatywność Ziemi-1610 sprowadziła się więc do wprowadzania kolejnych alternatywnych wersji postaci z Ziemi-616, sam świat przedstawiony i opisywane historie zaczynały być natomiast coraz bardziej typowe, coraz częściej ciążyło na nich odium komiksowatości. Czego najlepszym dowodem nagminne zmartwychwstania i odczynianie zniszczeń magicznymi działaniami.

Do tego dochodzi fakt, że regularne tytuły Marvela zaczynały być coraz bardziej interesujące i ich realizm – choć umowny – stawał się bardziej zjadliwy, a przygody bohaterów przestały wymagać znajomości tysięcy zeszytów komiksowych. Tym samym regularny Marvel zaczął zabierać ultymatywność temu w wersji Ultimate. W Domu Pomysłów postanowiono więc odświeżyć formułę i pokazać coś, co na Ziemi-616 nigdy by nie przeszło: dalekosiężne skutki superbohaterskich działań. Jakie? Nietrudno zgadnąć. Szef utrzymującej pokój agencji został wygnany, jego następczyni ledwo jest w stanie wejść w jego buty, korporacje i zbrodnicze reżimy nie śpią, tolerancja dla mutantów wisi na włosku, superbohaterowie biegają samopas bez żadnej kontroli (nawet Fantastyczna Czwórka), a Dr Doom i Magneto od dawna są na wolności i mieli aż nadto czasu, by uknuć swoje plany. Biorąc pod uwagę, że życie większości bohaterów nie było lekkie i tylko nieliczni zachowali czyste serca. Do czego to doprowadzi? Przekonamy się wkrótce.

W 2008 roku na ekrany wchodziły Iron Man i The Incredible Hulk – dwa filmy, od których zaczęło się kinowe uniwersum Marvela. Równocześnie – ze względu na komiksowe eventy w mainstreamowym Marvelu – głównie Civil War i Secret Invasion – sprzedaż tytułów z uniwersum Ultimate zaczęła iść w dół. Włodarze firmy poszli więc po sprawdzony – jak dotąd – sposób na promocję ultymatywnych: wszędzie gdzie się da wrzucać postaci z filmów. A czy mieliśmy na Ziemi-1610 jakoś ciekawie poprowadzoną relację między Iron Manem i Hulkiem? Nie? No to najwyższa pora.

1 2

3 4

Bruce Banner przychodzi do Tony’ego Starka z prośbą o pomoc: chce za pomocą jego nanotechnologii wyleczyć się z „efektu Hulka”. Tony zgadza się mu pomóc i prawie mu się udaje, jednak bardzo szybko w całą sprawę wplątuje się ktoś trzeci. To były agent MI6, Peter Wisdom, znany jako Leader. I chce tylko jednego: krwi Starka i Bannera…

saveme

Zabrzmiało dramatycznie, ale on naprawdę chce ich krwi. Peter Wisdom był jednym z inicjatorów Brytyjskiego Programu Superżołnierza, którego wysiłki włożone w przygotowywanie superludzkiej agentury wywiadowczej spełzły na niczym ze względu na zakulisowe gierki wywiadów, żonglowanie stołkami oraz fakt, że Wielka Brytania przyłączyła się do Europejskiej Inicjatywy, której pomysłodawcą i propagatorem był sir James Braddock. W praktyce oznaczało to, że cały wysiłek miał zostać nakierowany w stronę ogólnoeuropejskiej drużyny jawnych superbohaterów, o czym już wiemy. Wisdom natomiast był gorącym zwolennikiem utrzymania niezależności Wielkiej Brytanii, stąd też desperacki krok, który miał na celu pokazanie, że jego koncepcja jest słuszna. Wisdom pozwolił podać sobie serum superżołnierza oparte na analizie krwi Bannera oraz raportach medycznych Starka. Efekt doprowadził do przyrostu układu nerwowego, jednakże tylko w mózgu. Tak powstał Leader.

leader

Tutaj przerwa na zachwyt nad pomysłem na Leadera. Scenarzysta komiksu, Warren Ellis, bardzo skrupulatnie i świadomie wykreował postać z nadnaturalnie rozrośniętym mózgiem, która jednak musi utrzymywać swoją głowę na specjalnym stelażu, inaczej złamałaby kręgosłup. Wielkie och i ach. Znakomicie też podpatrzył on i wykorzystał dwie sprzeczne tendencje obecne w brytyjskiej świadomości: integrację europejską i skłonność do izolacjonizmu. Tę pierwszą spoza kadru reprezentuje sir Braddock i Europejska Inicjatywa (którą poznaliśmy już w The Ultimates II), drugą – oczywiście Leader. Na to nałożona jest typowa dla Ellisa narracja o posthumanizmie i jego reperkusjach. Rozważania na ten temat snują zarówno Banner i Stark (niemalże przerzucając się koncepcjami dotyczącymi możliwości superludzi), jak i Peter Wisdom i jego interlokutorzy. Wszystko to sprowadza się nieraz do dość ponurych, ale wiarygodnych dywagacji rodem z science fiction, a im dłużej o nich myślimy, tym bardziej wydają się realne. I to pozostawia w czytelniku poczucie swoistego niepokoju.

Oczywiście jest to komiks o Iron Manie i Hulku, więc nie brakuje całkiem sprawnie i przejmująco narysowanych scen rozwałki na terenie pustyń Nowego Meksyku.Tu brawa należą się Cary’emu Nordowi, który całkiem nieźle się sprawdza w rysowaniu takich nieco dystopijnych, prawie fotorealistycznych scen (no i pamiętał, że po The Ultimates Hulk jest szary, o czym niektórym zdarza się zapominać). Oczywistym jest też, że na poziomie akcji komiks ten powiela znany skądinąd schemat: Banner chce się wyleczyć – znajduje się ktoś, kto mu pomaga – Banner się leczy – pojawia się zagrożenie (czyli Leader i jego mała prywatna armia, przy pomocy której chce zdobyć krew bohaterów i dokończyć swoją transformację) – tylko Hulk może je powstrzymać – znajduje się sposób na przywrócenie Hulka – nie da się już powtórzyć leczenia. To było już ogrywane tak w komiksach, jak i kreskówkach, paradoksalnie też w filmie, który miał pociągnąć sprzedaż Ultimate Human. Ale tak jakby nie dla fabuły czyta się ten komiks, choć i ona jest całkiem nieźle osadzona w uniwersum.

freak

Na brawa zasługują nawiązania do innych komiksów serii, fakt że Banner jest znów pod wojskowym nadzorem – o czym była mowa w Ultimate Power – również cieszy… trochę dziwne, że Carol Danvers ot tak pozwoliła Starkowi zabrać go do Nowego Meksyku, ale może jakoś ją przekonał. Ze strony Iron Mana jest sporo nawiązań do jego genetycznych modyfikacji, o których była mowa w uznawanym teraz za niekanoniczny cyklu Ultimate Iron Man, ale jeśli potraktować te wzmianki literalnie, to w sumie czemu nie: rodzice Tony’ego mogli bawić się jego genomem, nikt nie mówi, że nie. To też tłumaczy tutaj zwiększone ryzyko występowania nowotworu, co w sumie przecież ma miejsce. Wspomina się również o tym, że to Stark finansuje teraz Ultimates,co też cieszy. Bruce mówi w pewnej chwili, że tak jak Kapitan Ameryka dzięki serum superżołnierza z brooklyńskiego tłuka stał się geniuszem strategii, tak i on – wszczepiając sobie serum Hulka – przede wszystkim chciał być mądrzejszy (i my mu wierzymy, bo znamy go z poprzednich komiksów). Pierwsze strony nawiązują natomiast do relacji między Bannerem a Tony’ym znanych z komiksów Millara i wszystko dzięki temu się ślicznie ze sobą spaja. Zastanawia tylko, dlaczego Hulk nie jest w stanie kontrolować swoich napadów gniewu: wszak w Himalajach nie miał już z tym problemu. Z drugiej jednak strony, w Ultimate Human oglądamy go w sytuacjach dość ekstremalnych, więc można to jakoś zrozumieć.

venus

Sam komiks w swojej istocie wraca do ideologiczno-stylistycznych korzeni Ultimate Marvela, przywołując (znów) dyskusję o posthumanizmie, urealniając postacie i zwiększając wiarygodność opisywanych wydarzeń. Wprawdzie widoczny tu biologizm nie zawsze i nie dla wszystkich może być strawny. Ja jednak takie komiksy lubię. Pokazują one, jakie możliwości drzemią w historiach o superbohaterach i że nie trzeba wiele, by je wydobyć. I to właśnie w swój ponury i ciężki sposób robi Ultimate Human.

Jeśli miałbym wskazać najbardziej odjechaną i zdrowo popieprzoną historię w całym superbohaterskim życiorysie Petera Parkera, to bez wahania wybrałbym właśnie tę. Szanowni Państwo, przed Wami Wojna symbiotów.

1 2 3

4 5 6

Życie wciąż nie rozpieszcza Spider-Mana i ciągle płata mu figle. Wiele miesięcy temu wpadł na tajemniczego przeciwnika w zbroi żuka, który usiłował wykraść coś z firmy Roxxon. Kilka miesięcy później miał średnio sympatyczne spotkanie z Venomem, które skończyło się dla niego dość nieciekawie; wystarczy powiedzieć, że znalazł się na celowniku Ultimates i Dzikiej Paczki Silver Sable. Teraz zaś… teraz robi się jeszcze goręcej, oto bowiem Eddie Brock próbuje go szantażować, a znikąd pojawia się nie kto inny, a Gwen Stacy. Tylko czy to wciąż ta sama Gwen…?

gwen

Jeśli mieliście kiedyś w rękach ten komiks i ogarnęliście go za pierwszym razem – winszuję. Brian Michael Bendis i Stuart Immonen doszli w sadze o Ultimate Spider-Manie do etapu, w którym wątki mieszają się tak bardzo, że tylko powolna i uważna lektura pozwala się połapać w całym tym galimatiasie. Zacząć należy od tego, że w zasadzie osią dla całej opowieści jest monolog Eddiego Brocka, siedzącego sobie w parku i rozmawiającego z każdym, kto się dosiądzie i zechce posłuchać. A opowiada on różne rzeczy, z których absolutna większość jest dla nas – czytelników – całkowitą nowością. Ale po kolei. Oto dowiadujemy się, że kilka miesięcy wcześniej Spider-Man natknął się na enigmatycznego osobnika ochrzczonego mianem Beetle (choć sam Peter woli nazywać go w pewnej chwili „Boba Fett”). Beetle włamuje się do znanej nam już korporacji Roxxon, by ukraść… fragment symbiota. Skąd w ogóle w Roxxon symbiot i o co w ogóle chodzi, to osobna zagadka. W każdym razie Spider-Man go powstrzymuje, dochodzi do przepychanki i Beetle ucieka. Tak dostajemy kolejny kamyczek do ogródka wątpliwych moralnie działań firmy Roxxon i poznajemy samego Beetle’a, choć on sam nie mówi wtedy ani słowa.

beetle

Kilka tygodni później Spider-Man musi stoczyć w muzeum walkę z Venomem, którego przyciąga DNA Petera – z kolei Peter dostaje bólu głowy od pajęczego zmysłu, gdy Venom jest w pobliżu.  Tak było, kiedy Eddie Brock śledził Spider-Mana podczas jednego z jego starć z R.H.I.N.O. (wtedy też okazało się, że polują na niego ludzie Silver Sable), tak jest i teraz. Po wymianie ciosów, podczas której Spider-Man stara się ratować co ważniejsze muzealne eksponaty, znów wpada Silver Sable i obezwładnia Brocka, by zawieźć go do swojego pracodawcy. Tym razem jest to Bolivar Trask, któremu – jak się okazuje – Edward Brock Senior wraz z Richardem Parkerem lekkomyślnie sprzedali prawa do kostiumu leczącego raka – czyli symbiota Venoma – i Trask pragnie teraz ów kostium odzyskać. Sam kostium chce natomiast do Petera, bo to DNA jego ojca posłużyło za pierwowzór nosiciela.  I mamy galimatias, bowiem do siedziby Traska wpada Beetle, usiłujący zabrać kawałek Venoma, ten jednak się uwalnia, robi borutę i wypada na ulicę, by zmierzyć się z Chrabąszczem, Spider-Manem i Sable. Podczas walki jednak symbiot infekuje Petera i to on staje się na chwilę Venomem, co doprowadza do kolejnej rozróby, którą tylko Ultimates – wraz z Nickiem Fury’ym – są w stanie zakończyć. Tymczasem Silver Sable idzie do paki.

venom-sable

Tu przerwa na interludium chronologiczne. Po pierwsze, spotkanie z Beetle’em musi mieć miejsce po wydarzeniach znanych z Clone Sagi, Parker bowiem lubi się już z Fury’ym na tyle, żeby spotykać się z nim na dachu Bugle’a. Sam Fury (znów) ma związane ręce i liczy, że Peter angażując się w konflikt wiele kwestii przed nim ujawni i wtedy on będzie mógł wezwać Ultimates i posprzątać bałagan. Zadyma w muzeum i walka Petera-Venoma z Ultimates – swoją drogą całkiem przejmująca, Peter naprawdę narobiłby w gacie, gdyby te gacie nie chciały przejąć nad nim kontroli – musiała mieć natomiast miejsce chwilę przed Ultimate Power, po pierwsze dlatego, że wciąż mamy tutaj Fury’ego, po drugie ze względu na obecność Bolivara Traska, pragnącego posiąść tajemnicę symbiota. Trask – jak pamiętamy – zupełnie niezależnie zaczął budować dla von Struckerów nowe Sentinele, co zakończyło się jego śmiercią. No i tutaj po raz kolejny widzimy, jak Fury – mimo że już nie dowodzi Ultimates – w razie wyższej konieczności może na nich liczyć. A Kapitan Ameryka, Thor, Iron Man, Hawkeye i Wasp dowiadują się, kto to Venom i dlaczego tak trudno go zabić. Nick natomiast cieszy się, że symbiot został zniszczony, byli bowiem blisko kolejnej wojny światowej; o kontrolę nad wynalazkiem Brocka Sr. i Parkera – obok firm Roxxona i Traska – walczyła również Latveria. Tak więc Dr. Doom mimo układów z Fury’ym przygotowywał sobie w ten sposób kolejny plan, co w sumie nie powinno nikogo dziwić. Wszak to przebiegła i bezlitosna bestia jest.

ultimates

Potem mamy kolejny przeskok w czasie i do Petera przychodzi Eddie Brock mówiąc, że rozpowie całemu światu o jego podwójnym życiu, jeśli ten nie pomoże mu odzyskać symbiota. Ewidentnie życie na marginesie społeczeństwa, ciągły głód i poniewierka zmuszająca go do zabijania innych ludzi były lepsze niż samotność, która go spotkała, gdy symbiot wybrał Parkera (to się nazywa toksyczna miłość…). Peter lekko tego szantażu nie znosi i próbuje uzyskać pomoc u Ultimates i Fantastycznej Czwórki (których akurat nie ma w okolicy, po raz pierwszy chyba w historii tego uniwersum), więc musi radzić sobie sam. Wspiera go ciocia May i… Gwen Stacy. No, powiedzmy, że Gwen Stacy.

war

Pamiętacie klona Gwen, który zamieniał się w Carnage’a, a którego wyhodował Dr Octopus pracując dla Henry’ego Gyricha? Tak, wiem, że to trudno ogarnąć, dlatego chciałbym poświęcić temu chwilę uwagi. To ten sam klon, który pojawił się podczas zadymy z klonami w domu Parkerów i który został potem pochwycony przez S.H.I.E.L.D. (Clone Saga), a następnie przewijał się gdzieś z boku kadru w scenach ucieczki Zielonego Goblina z Triskelionu (Death of a Goblin)? Na pewno pamiętacie, bo o nim wspominałem… W każdym razie Gwen-Carnage przychodzi do domu Petera, by potem pomóc mu w walce z Brockiem, który – jak się okazuje – pod wpływem kontaktu z Gwen sam zamienia się w Venoma. To na pierwszy rzut oka nie ma sensu, ale jak uwolnimy się od myślenia o Venomie jako o postaci z Ziemi-616 i zejdziemy na Ziemię-1610, to Bendis całkiem zgrabnie to sobie wykombinował. Podsumujmy fakty:

  • oryginalny symbiot powstał w oparciu o DNA Richarda Parkera i jako taki okazał się pasożytem-ludożercą (fe);
  • ów symbiot został zniszczony, ale Brock przywdział kopię, której nie mógł kontrolować – również opartą na DNA Richarda Parkera;
  • symbiot dąży do jedności ze swoim macierzystym DNA, a najbliżej DNA Richarda jest kod genetyczny jego syna – Petera;
  • to samo stało się, gdy Curt Conners wyhodował z krwi Petera – i w oparciu o notatki Richarda – klona Spider-Mana, który jednak ze względu na niedostatecznie rozwinięty łańcuch DNA stał się kolejnym symbiotem;
  • drugi symbiot – Carnage – zabija Gwen Stacy i wiele innych osób, rekonstruując swój łańcuch DNA, a jego finalna forma bardziej wygląda jak Richard niż jak Peter (zapewne ze względu na to, że jest starszy);
  • Peter zabija Carnage’a, ale próbka symbiota dostaje się – za pośrednictwem Bena Reilly’ego – w ręce FBI i Dr. Octopusa, który klonuje Carnage’a – z jakichś raczej chorych powodów z dominującym DNA Gwen Stacy;
  • starszy symbiot jest więc uwiązany do DNA Brocka, młodszy – do Stacy, starszy jednak potrzebuje się scalić z kodem genetycznym Petera;
  • kod genetyczny Petera jest jednak podstawą młodszego symbiota, stąd gdy dochodzi do walki między Carnage’em a Venomem (DNA symbiotu jak to z pasożytami bywa wciąż było obecne w Brocku i to pewnie ono dążyło do kompletności), starszy symbiot wchłonął DNA młodszego i osiągnął kompletność;
  • Gwen – Carnage + Venom = kompletny Venom + Gwen.

Pokręcone to, ale chyba wszystko teraz jest już jasne. W każdym razie klon Gwen przemielony przez symbiot nie jest do końca klonem, za to jeśli wierzyć badaniom Tony’ego Starka, jest całkowicie Gwen, z jej wspomnieniami itp. Tym samym panna Stacy wróciła do rodziny. Brock natomiast – zachwycony, że stał się już stuprocentowym Venomem – opuścił miejsce akcji i poszedł do parku, by rozmawiać z ludźmi. Tam też zgarnął go nasz stary znajomy – Beetle – by wywieźć do Latverii.

horse

No. To myślałby kto, że się Bendis rozkręcił i chciał uraczyć nas najbardziej zagmatwaną historią ze Spider-Manem w uniwersum 1610, ale wiele rzeczy tutaj można zgubić. Po pierwsze, cała ta zadyma z symbiotami jest bardziej zakręcona niż to konieczne, podchody Roxxona, Traska i Beetle’a jeszcze bardziej wszystko komplikują, a całość rozgrywa się dość kameralnie jak na historie tego typu, którymi scenarzysta raczył nas do tej pory. Do tego można się zastanawiać, po co cała ta retrospekcja, skoro można było trzymać się chronologii i nie bawić w nawiązania do Forresta Gumpa z Brockiem siedzącym w parku. Odpowiedź jest niestety bardzo prozaiczna.

 

(Tam mówią, że to pierwsza gra w historii, w której możemy grać wrogiem Spider-Mana, ale to nieprawda; w Maximum Carnage i Separation Anxkiety – platformówkach na NES-a – również można było grać zaróno jako Spider-Man, jak i Venom. Koniec offtopa.)

peter-venom

To jest właśnie problem; w 2005 roku wyszła sandboxowa gra Ultimate Spider-Man, która – z pewnymi nieznacznymi zmianami – opowiada właśnie powyższą historię. Ponieważ jednak gry sobie, a kontinuum sobie, w ramach rozwoju serii komiksowej gdzieś się informacje o tych wydarzeniach pogubiły. Poza tym ktoś w Marvelu chyba wpadł na pomysł, że dobrze by było przybliżyć tę opowieść wszystkim, którzy w grę nie grali, stąd nieco retroaktywnie Bendis wpisał wątki gry w serię. A że wiele rzeczy zdążyło się już w uniwersum pozmieniać, stąd konieczność nieco dzikich i zamazujących obraz całości retrospekcji. I wrażenie ogólnego dymu i niedosytu. A wynika to najpewniej z tego, że gra ma swoją dynamikę, a komiks swoją, i choć przełożenie z jednego medium na drugie wyszło nie najgorzej, to wciąż pozostaje poczucie pewnego rozczarowania. No i kolejne już wskrzeszenie postaci w uniwersum, które słynie z ich uśmiercania… to trochę zgrzyta. Oby Bendis się opamiętał i więcej nam takich wątków nie serwował.

supervenom

Uściślając wpis w poprzedniej notce z Ultimate Review, wyznaję, że przez kolejność chronologiczną rozumiem kolejność wydarzeń, jakie zachodziły w uniwersum 1610, nie zaś kolejność wydawania komiksów (z dwoma małymi wyjątkami, ale o tym później). Tak chyba będzie sensowniej, można bowiem dzięki temu prześledzić, jak się rozwijał i dorastał cały świat Ultimate Marvel, które rzeczy się zmieniły, które nie i co to wszystko znaczy. Tak więc po Ultimate Iron Manie przyszedł czas na kontynuację przygód niebieskiego, niezniszczalnego Starka, czyli miniserię Ultimate Iorn Man II.

 

 

Jak to wygląda? Przede wszystkim Orson Scott Card dostał nowego rysownika, Pascala Ferry’ego, który zdaje się lepiej niż Kubert rozumiał, co autor ma na myśli. Wyszło w sumie in plus, choć przez to zaczęło być widać, jak bardzo Card popłynął w poprzednim komiksie i jak straszliwie chce to naprostować. Mamy więc kilka nowych postaci, czyli Marka Scotta a.k.a. Whiplash i potencjalnego odpowiednika MODOK-a, karła i handlarza bronią nazwiskiem Dolores. Oni to okazują się być odpowiedzialni za atak terrorystyczny na Stark International w poprzedniej serii, oni też rzekomo grożą detonacją bomby atomowej w Nowym Jorku, o ile Tony Stark nie odda im swojego „robota”. Cały świat wierzy bowiem, że Iron Man to nie zbroja, a cyborg; wierzą w to również agenci rządowi, którzy najpierw chcą przejąć kontrolę nad dziełem Tony’ego, a potem wykorzystać je w tajnych operacjach. Do Starka przyłącza się War Machine, czyli Jimmy Rhodes, i wspólnie pracują pod przykrywką dla rządu USA, jednocześnie usiłując zażegnać groźbę ataku terrorystycznego. W to wszystko miesza się jeszcze Obadiah Stane, który okazuje się pracować dla Doloresa, ten jednak zdradza jego i Whiplasha przy pierwszej okazji, kiedy pojawia się możliwość zabicia Tony’ego Starka, na czym ewidentnie mu zależy… równolegle ktoś usiłuje zamordować przebywającego w więzieniu Howarda, Dolores zostaje znaleziony martwy, wszystkie tropy byłyby się urwały, gdyby nie błyskotliwa intuicja Tony’ego (wszak ma on mózg na całym ciele), że za wszystkim stoi Loni Stane. Iron Man, War Machine oraz przyjaciółka Rhodeya, Nifara, Obadiah i Howard Stark lecą ją powstrzymać, ale wskutek przewrotnej wolty scenariuszowej, którą Card ewidentnie napisał na szybko, Nifara ginie, War Machine zostaje ranny, Loni łapie Howarda i usiłuje zabić Tony’ego, ale ten jest przecież niezniszczalny i pokonuje panią Stane, a Obadiah – który jest rozczarowany zachowaniem matki – bierze pistolet i ją zabija. Koniec. Uff.

Nielogiczne i wredne zagrania, za którymi miał stać Stane w części pierwszej, okazały się być efektem spisku Loni, Doloresa i Whiplasha, spośród których ostatni nie miał w tym żadnego interesu, a jedyna osoba, której nie znosił, to Obi Stane. Sam Obadiah jest irytujący aż do przesady; to chamski, rozwydrzony dzieciak bez kręgosłupa moralnego, który bez przerwy papla różne bzdury i strasznie wszystkich – z czytelnikiem włącznie – irytuje. Intryga jest straszliwie pogmatwana, obecność agentów rządowych niepotrzebna, interakcje między nimi a Starkiem i Rhodeyem miałkie… no i ostatnia sprawa: Loni Stane.

Ktoś jej chyba zrobił multum operacji plastycznych (pewnie dodatkowy rysownik, Leonardo Manco), bo nie dość, że nie przypomina ona wygodnickiej damulki z poprzednich komiksów, to jeszcze rusza się i działa jak jakaś młódka, tak też się zachowuje i ubiera. Na pewno nie ma w sobie nic z wampa, który myślał raczej mało perspektywicznie i płaszczył się do każdego, kto mógł jej coś zaoferować, a już na pewno nie widać po niej, że jest matką kilkunastoletniego Obiego. Ciężko ogarnąć ten pomysł na Loni Stane, jeszcze ciężej – jej nienawiść do Starków i Stane’ów. Nie wspominając o tym, że piąty numer miniserii nie był początkowo planowany, więc cała zadyma pewnie musiała skończyć się inaczej, niż życzyłby sobie tego Card. Cóż, i tak w komiksach bywa…

Nie zmienia to faktu, że naiwność tej historii i jej rzekome osadzenie w realiach XXI wieku aż skwierczy, całą historyjkę czyta się bez przyjemności, dialogi są drętwe, rysunki dają radę, ale bez szału. Innymi słowy, jest bardzo źle. Na plus może wychodzą (miałkie wprawdzie, ale jednak) relacje między Starkiem i Rhodeyem oraz ich rozwijająca się przyjaźń opierająca się na partnerstwie, co jest miłą innowacją względem innych wersji Iron Mana, ale to niewielka zaleta. No i mieszanie z Doloresem, Whiplashem i innymi – zupełnie jakby Card chciał zapełnić uniwersum Ultimate maksymalną ilością swoich pomysłów, żeby jakoś podporządkować sobie postać Iron Mana – też nie wyszło fabule na dobre. Zasadniczo komiks jest głupi, niepotrzebny i mało ciekawy, choć jeśli zestawiać go z pierwszym Ultimate Iron Manem, to wypada lepiej. Ale marna to pociecha…

P.S. Twórcy Ultimate Marvela po jakimś czasie zretconowali fabułę tych dwóch miniserii, a z komiksów Ultimate Marvel Team-Up poznajemy inną, obowiązującą wersję narodzin Iron Mana. Jak to zrobili i co z tego wynikło, o tym jednak opowiemy sobie innym razem.

Ultimate Review 1: Ultimate Iron Man

Posted: 12/23/2011 by misiekwolski in Ultimate Review
Tagi: , , ,

No to jedziemy z nową rubryczką na blogu. Ponieważ i tak nie mam już czasu na nic, to niechaj braknie mi czasu także na to. A „tym” jest przegląd wszystkich komiksów Ultimate Marvela w kolejności chronologicznej, z pomysłem którego nosiłem się już od jakiegoś czasu. No i tak się składa, że pierwszym w szeregu jest Ultimate Iron Man Orsona Scotta Carda i Andy’ego Kuberta.

  

 

Kiedy uniwersum Ultimate zaczęło święcić tryumfy, a serie odświeżonych przygód Spider-Mana czy X-Men spotkały się z gorącym przyjęciem, Marvel w latach 2005-2006 wypuścił mini-serię komiksów opowiadających o powstaniu jednego z popularniejszych obecnie superbohaterów, Iron Mana. Założenie było całkiem niegłupie; Tony Stark w czerwono-złotej zbroi pojawił się już na kartach komiksu The Ultimates, w którym dochodzi do zebrania bliźniaczej względem Avengers supergrupy, a w 2008 roku miał mieć premierę film kinowy o przygodach Starka. Zatrudnienie Carda – skądinąd utytułowanego scenarzysty i pisarza science fiction – do napisania historii współczesnego, odświeżonego Iron Mana wydawało się znakomitym pomysłem. Odważne pomysły wykorzystane w innych komiksach z uniwersum Ultimate wypaliły, więc czemu by nie opowiedzieć od nowa o początkach Iron Mana, bez konieczności przywoływania pretensjonalnej postaci Mandarina czy elektromagnesu w klatce piersiowej (chyba najbardziej kuriozalnego pomysłu, na jaki można wpaść)? Card zabrał się do pracy, Kubert to narysował, a efekt przedstawia się następująco:

Loni Stark, żona Howarda Starka, bogatego i wpływowego przedsiębiorcy zbrojeniowego, zdradza go z jego konkurentem, Zebediah Stane’em, celem przejęcia  firmy i patentów Stark International. Sprawa rozwodowa jest w biegu, ale Howard nie poświęca jej wiele uwagi: pracuje on bowiem nad projektem bio-zbroi, powłoki bakteryjnej zdolnej powstrzymać obrażenia fizyczne, mającej jednak ten mankament, że pożerającej również skórę nosiciela. Zleca on więc specjalistce w dziedzinie genetyki, Marii Cerrerze, pracę nad wirusem zwiększającym regenerację skóry. Howard i Maria zakochują się i – po rozwodzie z Loni – Stark natychmiast żeni się z Cerrerą, która zachodzi w ciążę. Wskutek niefortunnego wypadku w laboratorium zostaje jednak zainfekowana regeneracyjnym wirusem i umiera, na świat przychodzi jednak dziecko: Tony. Jako że poprzez matkę został on również zarażony wirusem, bez bio-zbroi cierpi katusze związane z nadprodukcją połączeń nerwowych, skutkiem ubocznym jest jednak to, że ma on mózg rozprowadzony równomiernie po całym ciele, co czyni go geniuszem. Howard Stark traci – wskutek machinacji Loni i Stane’a – firmę i patenty, zachowuje jednak projekt bio-zbroi. Stane chce to od niego ukraść, porywa wiec Tony’ego i poddaje torturom, okazuje się jednak, że ucięte kończyny bez problemu odrastają młodemu Starkowi. Zebadiah trafia więc do więzienia, a Stark odzyskuje firmę. Tony zaprzyjaźnia się z czarnoskórym – i cierpiącym ze względu na rasistowskie docinki kolegów – Jimmym Rhodesem i buduje razem z nim nową zbroję, która ma w jego mniemaniu zastąpić wersję bio. Loni natomiast, rozumiejąc że postawiła na złego konia, zwraca Starkowi firmę w zamian za finansowanie edukacji jej syna, Obadiah Stane’a. Stark godzi się opłacić czesne młodego Stane’a w Budynku Baxtera, będącym rządowym think-tankiem dla genialnych dzieci, tam się jednak okazuje, że Obadiah jest jeszcze bardziej okrutny i bezwzględny niż jego ojciec: doprowadza do zabójstwa Zebediah i wrabia w to Howarda Starka. Tymczasem szesnastoletni Tony buduje swoją pierwszą zbroję Iron Mana, w samą porę, by zapobiec skierowanemu w Stark International atakowi terrorystycznemu.

Setup oryginalnego Iron Mana był głupi, ale przyznacie, że to już wieje kretynizmem. Genialny, regenerujący się dzieciak, który usiłuje zbudować sobie zbroję, żeby jeszcze bardziej i jeszcze więcej móc, to wszystko na tle dynamicznych wolt korporacyjnych, które same w sobie byłyby ciekawe, gdyby nie to, że tyle w nich absurdalnej niesamowitości i braku jakiegokolwiek zakorzenienia w rzeczywistym świecie (czyli tego, na czym swoją siłę opierał Ultimate Marvel). Poza tym, nie ma żadnego związku – poza wizualnym – z Iron Manem znanym z serii The Ultimates, a już w ogóle nie trzyma się to kupy z wersją Iron Mana z Ultimate Marvel Team-Up, gdzie postać Tony’ego Starka pojawiła się po raz pierwszy. Innymi słowy, ulepek i brak wody do popicia. Tzn. sama fabuła byłaby do przełknięcia, gdyby nie osadzenie jej w kontekście Marvela, a zwłaszcza Iron Mana. Znajomość Ultimate Iron Mana sprawia, że najbardziej kuriozalne pomysły wykorzystane w filmowym Iron Manie już tak nie rażą.

Oczywiście, jest parę ciekawych koncepcji. Think-tank w Budynku Baxtera, który pojawi się jeszcze w kolejnych komiksach, rasistowskie docinki pod adresem Rhodeya, bezkompromisowe podchody i wojny korporacyjne, próba nadania zbroi Starka jakiejś głębszej metaforyki… to wszystko jednak gdzieś tam ginie pod nawałem absurdów. Problemem są też okładki: jak widać, obiecują one bardzo dużo, pokazują całkiem zgrabne pomysły i ewidentnie poprawiają wizerunek komiksu. Ten zresztą sam w sobie nie jest zły; Andy Kubert całkiem nieźle wywiązał się z obowiązków, chyba jednak nie do końca rozumiał, o co chodzi scenarzyście, bo wiele kadrów i kwestii jest trochę ni przypiął, ni przyłatał. Dlatego w późniejszych komiksach został zastąpiony przez innego rysownika, który lepiej rozumiał wizję Carda; trudno tylko powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Zapraszam więc do zapoznania się z recenzją drugiej miniserii o Ultimate Iron Manie, która pokaże, jak bardzo można zabrnąć w bzdurne i bezsensowne pomysły.

Postironia

Posted: 10/31/2011 by misiekwolski in Ciągi
Tagi: , , ,

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby obejrzeć drugą serię. Być może czołówka…?

 

Przyznacie, że w porównaniu z pierwowzorem jest progres. Jest jakieś tam – dalekie wprawdzie, ale jednak – nawiązanie do Black Sabbath, czyli to, czym zabłysnął filmowy Iron Man, jest jakby trochę mroczniej i poważniej… dobra, kogo ja oszukuję. Cały czas jest infantylnie i sztampowo. Ale przynajmniej całość ma więcej sensu.

Twórcy serialu zrobili w drugim sezonie kilka dobrych posunięć. Przede wszystkim zmienili wygląd zbroi Iron Mana i War Machine, dzięki czemu obaj bohaterowie wyglądają na większych badassów. Wprawdzie równolegle dorobili Tony’emu Starkowi płetwę z włosów, czyli fryzurę a la czeski metal, ale nie można mieć wszystkiego. No. Co dalej? Pozbyli się Mandarina! Tzn. nie do końca, ale zrobili z niego poważniejszą postać niż w pierwszym sezonie, gdzie był zaledwie kreskówkowym i jakże beznadziejnym klonem arcyłotrów z Power Rangers. Teraz – głównie dzięki machinacjom Tony’ego – Mandarin traci swoje megawypasione pierścienie mocy i zmuszony jest tułać się po świecie w ich poszukiwaniu. Ma ich dziesięć, więc nietrudno się domyśleć, że tuła się przez dziesięć odcinków, żeby w dwóch ostatnich powrócić z – a jakże – planem podboju świata, zniszczenia bohaterów i czym tam jeszcze chcecie. Czyli niby to samo, co sezon wcześniej, ale obserwowanie, jak Mandarin stacza się na samo dno, jakie kaźnie nieraz przechodzi i jakich czynów się dopuszcza, żeby odzyskać dawną potęgę… to ma potencjał fabularny. No i już w pierwszym odcinku drugiej serii scenarzyści litują się nad biednym widzem i usuwają postać pretensjonalnego, chińskiego smoka Fin Fang Fooma, który na każdym poziomie narracji wieje sandałem i jego brak wyszedł kreskówce tylko na dobre.

A co po drugiej stronie barykady? Tam postanowiono uzbroić bohaterów w banalną rzecz, której jednak zabrakło w pierwszej serii – motywację. Ale jak zbudować tło psychologiczne sześciu postaci w serialu, którego każdy odcinek liczy około 20 minut? Pozbyć się kilku bohaterów, proste. No i rozwinięcie osoby Starka – który czując się odpowiedzialnym za błędy przeszłości wpada w klasyczny kompleks mesjasza – skutkuje tym, że traci zaufanie pozostałych członków Force Works, którzy po eliminacji zagrożenia ze strony Mandarina opuszczają Iron Mana. U jego boku pozostaje tylko Spider-Woman i War Machine, w którym jednak wskutek nieszczęśliwego wypadku budzą się traumy z przeszłości (strasznie napchany Freudem ten Iron Man, swoją drogą…) i zaczyna bać się swojej zbroi, zakładając ją tylko czasami i z wyraźną niechęcią. Co do Spider-Woman vel Julii Carpenter – na margiensie, najciekawszej i najlepszej wersji tej bohaterki z klasycznego Marvela (bo Ultimate Marvel to inna para kaloszy) – to ona jest oczywiście beznadziejnie zakochana w Tony’m, co ten dostrzega dopiero pod koniec sezonu; jednocześnie nie ustaje w docinkach i wielokrotnie wypomina mu jego zachowanie. Wyraźnie jednak przestaje ona być częścią drużyny i usuwa się na dalszy plan, przez co cała dynamika akcji skupiona jest w zasadzie na Iron Manie i jego poczynaniach. Wprawdzie Force Works zbierają się ponownie, gdy Mandarin i jego banda straszydeł powracają, jednak nawet wtedy akcja kręci się przede wszystkim wokół Tony’ego Starka. Mówiąc krótko, jest lepiej.

Acha, czasem pojawia się Hawkeye, żeby przypomnieć Iron Manowi, jaki to on jest beznadziejny, swoje cameo ma też Hulk. Poza tym jest klasycznie: co odcinek atakuje nas – znany lub nie – łotr, którego początki Iron Man musi odkryć i uzbrojony w tę wiedzę pozbyć się zagrożenia, rzadko jednak jest to ultramegazagrażającyświatużeojajebię superłotr, więc swoista równowaga świata przedstawionego pozostaje zachowana. Jeśli więc Iron Man leci kogoś tłuc, to albo dlatego, że ten ktoś zagraża jego bliskim, albo przez wspomniany kompleks mesjasza. Nie miejcie jednak złudzeń: to nadal jest raczej mało wymagająca i w gruncie rzeczy średnio logiczna bajka dla dzieci, cieszy jednak, że twórcy postawili na większą koherencję. Da się oglądać, w przeciwieństwie do pierwszej serii.

No i akcent polski. W jednym z odcinków rosyjscy buntownicy, którzy pamiętają jeszcze dobrze czasy ZSRR, atakują bazę nuklearną, a (cytaty są wierne) „ich tajną bronią jest Karmazynowy Tytan, sfrustrowany były agent KGB”. I tenże Karmazynowy Tytan (a po ludzku Crimson Dynamo), mówi podczas walki do Iron Mana – zaciągając przy tym niemiłosiernie – „Ze zgliszcz odrodzi się w chwale państwo robotnicze, ty nędzna kapitalistyczna kreaturo!”. Ja nie wiem, może świadomość komunistycznej nowomowy jest wśród pierwotnego targetu tej kreskówki – czyli amerykańskich dzieci w wieku 9-13 lat – jest większa niż u dzieci polskich, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tłumacze (i lektor), dodali tu sporo od siebie…