Posts Tagged ‘nick fury’

Żeby móc dotrzeć do końca, warto znać początek. Głęboko skrywana dotychczas historia uniwersum Ultimate – dzięki Brianowi Michaelowi Bendisowi i Butchowi Guice’owi – wreszcie wychodzi na światło dzienne. Zanim więc na dobre pomaszerujemy w stronę Ultimatum, zobaczmy, od czego się to wszystko zaczęło…

1 2 3

4 5

Vendel Vaughn wzywa Fantastyczną Czwórkę do Projektu „Pegaz”, aktywował się tam bowiem jeden z artefaktów – kamienny słup nieznanego pochodzenia. Okazuje się, że słupem jest Watcher – pozaziemska świadomość obserwująca rozwój cywilizacji… jak również jej upadek. Watcher (imieniem Uatu) był przy wszystkich ważniejszych wydarzeniach, które doprowadziły do nastania ery superbohaterów: powstaniu Kapitana Ameryki, transformacji Wolverine’a, narodzinach Hulka czy też śmierci rodziców Spider-Mana. A wszystkie te wydarzenia mają jedno źródło…

captain

To niezwykle ważny i wspaniały komiks, idealnie wpisujący się w klimat Ziemi-1610. Wszystko się tutaj pięknie spina, a niektóre wątki były sygnalizowane już dawno temu, nieraz w najwcześniejszych historiach Bendisa. Tak chociażby jest w przypadku słów wypowiedzianych dawno temu – na kartach Ultimate Marvel Team-Up – przez Bruce’a Bannera. „To wszystko się ze sobą łączy – mówił Banner – a oni nie chcą, żebyś poznał prawdę”. Słyszący te słowa Spider-Man oczywiście nie miał pojęcia o czym mowa, podobnie zresztą czytelnik. Tymczasem prawda za nimi ukryta jest tak gęsta, tak przerażająca, a jednocześnie tak intrygująca, że niemal mam ochotę poprzestać na tym akapicie, byście sami sięgnęli po Ultimate Origins i przekonali się, o co chodzi.

thieves

Ale niech będzie, poświecę się i rozwinę myśl. W sumie całego uniwersum i jego superbohaterów by nie było, gdyby nie Hitler. I kosmici. I Roosevelt. Ten pierwszy dogadał się z tymi drugimi – o czym już wiemy – i dążył do dominacji nad światem, na co musiał zareagować ten trzeci. Pierwsze koncepcje bojowników o wolność były mało… kuloodporne, potrzebny był prawdziwy super-żołnierz. Chimeryczny, nieco obłąkany naukowiec nazwiskiem Erskine stanął na czele Projektu Odrodzenie, którego efektem było zmienienie chorowitego, ale wiernego Stanom chłopaczka w Kapitana Amerykę. Niby doskonale znamy tę historię, ale w wersji Ultimate nabiera ona nowego znaczenia. Oto bowiem zanim udało się stworzyć osławione serum super-żołnierza, które wielu potem próbowało bezskutecznie zduplikować, Erskine eksperymentował na jeńcach lub przestępcach wojennych. Z reguły czarnoskórych. Jednym z nich – i to takim, któremu udało się przetrwać i uciec z Projektu – był szeregowy Nicholas Fury.

nick

Ustalenie, że tak naprawdę wszystko zaczęło się od trzech pomniejszych żołnierzy, którzy zostali złapani na okradaniu cywilnych budynków, jest w sumie genialne w swojej prostocie. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jednym z nich był niejaki Fisk – najpewniej ojciec Wilsona Fiska, czyli Kingpina – drugim Nicholas Fury, a trzecim James Howlett, znany później jako Wolverine. Tego ostatniego przejął tajny odpowiednik Projektu Odrodzenie, znany jako Weapon X – projekt, w ramach którego wiele lat później pułkownik Wraith zacznie wykorzystywać mutantów jako żywą broń. Wychodzi na to, że eksperymentując na Howletcie, naukowcy z Weapon X – dr Cornelius (już nam przecież znany) oraz dr Malcolm Colcord – stworzyli gen mutantów, który stąd rozprzestrzenił się po świecie. Ustalenie, że to naukowy eksperyment stoi za powstaniem mutantów, nie zaś ewolucja, stanowi znaczący punkt zwrotny w historii uniwersum. Cała ewolucyjna otoczka staje się bowiem jednym wielkim oszustwem, a wszystkie zniszczenia dokonane przez mutantów i dokonane w imię supremacji jednej rasy nad drugą okazują się bezsensowną rzezią. Oznacza to również, że idee odwrotne, jak poglądy Charlesa Xaviera, też są na swój sposób naiwnymi mrzonkami…

panther

Nawiasem mówiąc, zastanawiające jest pochodzenie programu Weapon X. Najbardziej prawdopodobne, że sam program był inicjatywą Stanów Zjednoczonych, tylko jego siedziba mieściła się na ziemi kanadyjskiej. To by się zgadzało z obecnością dr. Corneliusa w zespole Wraitha – cała inicjatywa trwała więc do współczesności i dopiero interwencja Nicka Fury’ego (którą pamiętamy z Return to the Weapon X) pozwoliła go zamknąć. Jest tutaj zresztą bardzo wzruszająca scena, w której Fury – już jako dowódca S.H.I.E.L.D. – wraz z Wolverine’em likwidują główną siedzibę projektu, zabijając przy tym Colcorda. Nick przy okazji dowiaduje się, że mutanci są dziełem eksperymentu genetycznego ludzi pragnących pobawić się w Boga, uwalnia też torturowanego w Weapon X i poddawanego przeróżnym eksperymentom T’Challę Udaku. Widać tutaj dokładnie to, co podejrzewaliśmy już wcześniej: Fury i Logan mają wspólną przeszłość (czyli Nick okłamał Petera, mówiąc mu, że 15 lat wcześniej studiował w Indiach). Wolverine wprawdzie nie pamięta wydarzeń z czasów wojny, ale Fury – owszem. I to właśnie Fury, któremu serum super-żołnierza pozwoliło na spowolnienie procesów starzenia i który brał udział w operacjach Stanów Zjednoczonych w Kuwejcie na początku lat 90. XX wieku, zostaje skaptowany przez generała Rossa, by być najpierw agentem, a potem dyrektorem nowo powstałej inicjatywy S.H.I.E.L.D. Jak również pamiętamy, to właśnie Wolverine ocalił życie Fury’ego w Kuwejcie i odtąd datuje się ich wzajemna współpraca. Bardzo ładnie wypada zresztą rozmowa Rossa i Fury’ego, w której ten drugi wyjawia swoje motywacje, mówiąc przy okazji, że jest już za stary, by być bohaterem, że widząc to wszystko, co on widział, nie można nie zostać pragmatycznym cynikiem. Obaj z Rossem wiedzą również to, co i my wiemy: że kolejna wojna światowa będzie wojną genetyczną. I że trzeba się na nią przygotować.

savageland

Nick Fury na polecenie prezydenta USA zbiera więc zespół naukowców, którzy mieliby odtworzyć serum super-żołnierza. Podstawą jest próbka jego krwi, ale to za mało. Pracę nad projektem dostają więc Robert Bruce Banner, Richard Parker, młodziutki Hank Pym i Franklin Storm. Po jakimś czasie ten ostatni zostaje oddelegowany do Budynku Baxtera, Banner natomiast wstrzykuje sobie swoje legendarne serum, przemieniając się w Hulka. Podczas tej przemiany nieopatrznie zabija Richarda Parkera i jego żonę, Mary, która przyjechała do męża z ich ledwie półrocznym (zgaduję) synkiem. Wychodzi więc na to, że pierwszymi ofiarami Hulka są rodzice Petera Parkera.

hulk

To wyjaśnia, dlaczego Fury wszedł w tak głębokie, wręcz ojcowskie relacje ze Spider-Manem; czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za los jego rodziców. Piękne i wspaniałe zapętlenie ich wspólnej historii, które tłumaczy wiele i które Bendis musiał wykoncypować dawno temu, bo teraz idealnie się to wszystko ze sobą łączy. Wprawdzie mamy sporą niekonsekwencję związaną z nagraniem wideo rodziców Petera, które widzieliśmy w historii Venom, ale i tak jest nieźle. Wystarczy tylko uznać, że na nagraniu Peter miał mniej lat niż miał, i wszystko powinno być dobrze. Wychodzi też na to, że cała zadyma z kostiumem Venoma i spółką Traska, w którą zamieszany był Richard Parker oraz Eddie Brock Sr., ciągnęła się równolegle, i kto wie, może nawet S.H.I.E.L.D. zestrzeliło samolot pasażerski, by ukryć prawdę o śmierci Parkera i incydencie z Hulkiem…? Albo przynajmniej nie przeszkodziło ludziom Traska, by to zrobili. Tak czy inaczej, prawda okazała się dużo straszniejsza niż to, co wiedzieliśmy do tej pory.

team

Taki bowiem jest ten komiks. Wyjawia dużo, ale wiele z tego nie musi się nam podobać (jak np. Magneto mordujący swoich rodziców, którzy bali się jego mutacji, i potem wyzwalający Wolverine’a z Weapon X – najpewniej tylko po to, by później znów został złapany). Trochę zaskakuje obecność Magdy Lehnsherr na wyspie Magneto, ale w sumie czemu nie? Jesteśmy też po raz kolejny świadkami ucieczki Xaviera i jego paraliżu. Trochę dziwi, że z początku Profesor X – jak się okazuje, literaturoznawca – nie był w stanie czytać myśli Erika, ale wszyscy wiemy, że wkrótce miało się to zmienić. Tak czy inaczej, w osobie Magneto wzrasta zagrożenie, przeciwko któremu miało działać S.H.I.E.L.D. Resztę historii znamy.

magneto

W tym wszystkim najmniej istotny wydaje się wątek będący spoiwem fabularnym całego Ultimate Origins, a więc ujawnienie się Watcherów i wybranie przez nich czempiona, który ma być ich głosem na Ziemi. Ów wybór został dokonany na ostatnich stronach komiksu, ale na jego reperkusje przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie znamy tylko jego nazwisko: Rick Jones.

rick

Wolverine jako pierwszy mutant. Magneto od początku nienawidzący ludzi za ich niechęć do mutantów. A z drugiej strony Kapitan Ameryka i inni, mniej udani super-żołnierze – Nick Fury i Hulk – których rozpaczliwe działania mające na celu supremację na Ziemi przynoszą więcej ofiar niż powinny A to wszystko widziane oczami neutralnej, pasywnej istoty znanej jako Watcher, która przekazuje Carol Danvers i Fantastycznej Czwórce ponurą przepowiednię: eskalacja tego konfliktu będzie katastrofą na olbrzymią skalę. Marsz w stronę Ultimatum czas zacząć.

watcher

Teraz będzie coś, czego nie planowałem, ale skoro dotrwaliśmy do tego jakże okrągłego jubileuszu, to postanowiłem uraczyć Was czymś wyjątkowym. Proponuję mały skok w bok od uniwersum Ultimate i spojrzenie na serię – czy raczej miniserię – która jest u nas relatywnie mało znana, ale ma jakiś tam związek z Ziemią-1610 i naszymi ulubionymi bohaterami. Całość wystartowała w 2008 roku i ciągnęła się do 2009, czyli mniej więcej w tym samym czasie, co opisywane przeze mnie równolegle komiksy z Ultimate Marvela, natomiast kickstarterem całego pomysłu był – jak się pewnie domyślacie – Ultimate Power, bazujący na bohaterach pomysłach fabularnych serii Supreme Power J. Michaela Straczynskiego. Dla przypomnienia: opisywana w tej serii ekipa była dość luźną, ale wyraźną wariacją na temat Justice League of America, a to uniwersum nawiązywało natomiast do komiksów DC. Bezpośrednią kontynuacją Ultimate Power jest natomiast właśnie Squadron Supreme pióra Howarda Chaykina z rysunkami Marco Turini, Marco Checchetto i – w ostatich dwóch zeszytach – Neila Edwardsa i Kevina Sharpe’a. A dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo kluczową postacią w Squadron Supreme jest nie kto inny, jak Nick Fury. Tak właśnie. Ten nasz Nick Fury, którego superbohaterowie Ziemi-1610 pozostawili w innej rzeczywistości.

1 2 3

 4 5 6

 7 8 9

10 11 12

Tutaj dygresja, o której zapomniałem w poprzednim Ultimate Review. Gdy Carol Danvers zamyka Petera Parkera w Triskelionie celem uczynienia z niego przynęty na Normana Osborna, Peter domaga się rozmowy z Furym. Tym samym, którego nie tak dawno pozostawili w uniwersum Squadron Supreme. To jest o tyle dziwne, że przecież Parker był obecny przy całej sytuacji, więcej nawet, to on wkopał Fury’ego przed innymi superbohaterami. Nieścisłość? Pewnie że tak, jeśli jednak pozostaniemy wierni przyjmowanej tutaj idei doszukiwania się we wszystkim sensu, to rodzi nam się taki obraz: Spider-Man nie wiedział, że superbohaterowie zareagują w taki sposób, co więcej, nie sądził, że oddelegowanie Fury’ego będzie permanentne. Może w swojej naiwności sądził, że Fury wkrótce wróci na Ziemię-1610, skoro Arcanna ze Squadron Supreme potrafi się przenosić między uniwersami…

Co się zaś dzieje w świecie Squadron Supreme? Od pamiętnej walki trzech supergrup najpierw ze sobą, a potem z Hulkiem, minęło 5 lat. Hyperion i Dr. Spectrum odlecieli w nieznane, a pozostali członkowie ich supergrupy rozpierzchli się po świecie. Wskutek wywołanej kataklizmem nieufności wobec superbohaterów na szczyty popularności wspina się właśnie Fury, który zakłada organizację mającą zajmować się takimi sprawami. Tak tak, w uniwersum tym powstaje nowe, jeszcze kameralne S.H.I.E.L.D., w zamierzeniach Fury’ego zbliżone jednak do swojego odpowiednika z Ziemi-1610. Fury zaczyna od zera; ma raptem jeden gabinet, a do pomocy udaje mu się nakłonić wstępnie jedynie Emila Burbanka (człowieka, który spowodował kataklizm znany nam z Ultimate Power, a który średnio trzy razy na zeszyt przypomina wszystkim, że jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie) oraz wspomnianą już Arcannę Jones. Wkrótce cała trójka odkrywa, że inne rządowe organizacje – CIA, FBI, wywiad itp. – starają się ukryć przed opinią publiczną istnienie nowych superludzi. Oto bowiem przybyła z Księżyca załoga promu „Icarus One” przywiozła ze sobą na Ziemię bakcyla supermocy: takiego samego, jaki przed laty rozniósł się po świecie ze statku-kołyski, którym przybył Superm… Hyperion. Tak więc wokół pojawiają się nowe superistoty, a w dodatku sama załoga Icarusa uległa przemianie. Gdy uciekają, by oskarżyć rząd USA o przetrzymywanie ich wbrew ich woli, dochodzi do nowych roszad i nowych rozdań: Emil Burbank traci zmysły sądząc, że pod wpływem bakcyla został nieodwracalnie oszpecony, i planuje utworzenie własnej supergrupy; po części z chęci zemsty, po części z pragnienia dominacji nad światem (i cały czas przypomina wszystkim, że to on jest najmądrzejszy). Fury musi więc interweniować…

W pierwszych sześciu zeszytach jest niewiele akcji, lecz tak naprawdę dzieje się dużo. Skoro superludzie pojawiają się wszędzie wokół, trzeba się nimi zająć. Po stronie Fury’ego – poza Arcanną – staje więc posługujący się organiczną zbroją multimilioner, Tucker Ford alias Biogeneral, Nell Ruggles, czyli Arachnophilia (która na początku jest więźniem Fury’ego, ale szybko zmienia stronę) oraz Old Soldier, nieumarła synteza amerykańskich wyobrażeń o bohaterach wojennych (tak, wiem, jak to brzmi…). Ponadto gdzieś tam walczą ze sobą inni, potężni superbohaterowie, czyli Wilk, Władca Wiatrów oraz Mangog. Po szeregu negocjacji do S.H.I.E.L.D. przyłącza się również załoga „Icarusa One”.

Na nich się na razie skupię, bo to w gruncie rzeczy dość osobliwa wariacja na temat Fantastycznej Czwórki. Jon Mora, kapitan zespołu, pod wpływem zetknięcia się z kapsułą z supermocami otrzymał umiejętność przenikania przez ściany i zamieniania się w parę. Peter Boyer otrzymał moc władania elektrycznością bardzo podobną do tej, którą posiada ultymatywny Electro; jest również gejem. To o tyle istotne, że Ted Bunn, pilot, nie jest i romansuje z żoną Jona; sam natomiast przemienił się w gigantyczne, twarde i supersilne drzewo, jest też w stanie się rozrastać i zapuszczać korzenie. Jego kochanka, Catherine Mora, posiadła natomiast moc całkowicie i nieskończenie przydatną do utrzymania ich małego romansu w sekrecie: oto bowiem potrafi ona być w dwóch miejscach jednocześnie (co w jakiś tam kwantowo-mechaniczny sposób przekłada się potem na zdolność teleportacji). Przyznać muszę, że to krok w ciekawą stronę, lekko nawiązujący do pomysłów Granta Morrisona. Kto bowiem powiedział, że supermoce muszą być super? Dlaczego szczyt ewolucji genetycznej Fantastycznej Czwórki musi być tak fantastyczny? Gdzie tu czynnik chaosu? Moce załogi „Icarusa One” są natomiast co najmniej ambiwalentne, dopiero korzystając z nich w odpowiedni sposób, są w stanie dać one przewagę. Pomijając oczywiście Petera, bo on jest w bardziej klasyczny sposób superbohaterski (choć cierpi na zaniżone poczucie własnej wartości).

Co zaś do Biogenerala, to jest on rzecz jasna niemal karykaturalnym odpowiednikiem Tony’ego Starka, tylko że nieskończenie bardziej naiwnym, będącym wiecznym dzieckiem o zapędach superbohaterskich. Nie tylko oddaje on za darmo całą swoją fortunę i patenty do dyspozycji Nicka Fury’ego, ale też często bezmyślnie rzuca się w wir walki, co z reguły nie kończy się dobrze. Jego płynna, nanitowa zbroja jest też dużo paskudniejsza i ewidentnie wzorowana na wczesnych koncepcjach Ultimate Iron Mana. Z kolei Old Soldier, powstała z martwych inkarnacja nieznanego żołnierza, to oczywiście parodia Kapitana Ameryki, choć jakby się dłużej zastanowić, to ta creepy-zombie wersja ultrapatrioty jest dalece bardziej przekonująca. Jest w nim jakiś tragizm, bezwolne przywiązanie do ojczyzny i brak zrozumienia dla wszystkiego, co się dzieje wokół, co sprawia, że jednocześnie go lubię i mi go szkoda. Podobnie zresztą, jak lubię Arachnophilię, bo to kozacka niewiasta, która potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Sceny, kiedy kłóci się z matką Tuckera Forda, są jednymi z nielicznych, które mogą się spodobać. O tym jednak za chwilę.

W pewnym momencie walkę o władzę w USA przerywa pojawienie się Hyperiona (czyli Marka Miltona) oraz Dr. Spectruma (Joego Ledgera). Obie wariacje na temat bohaterów DC – Supermana i Green Lanterna – były zawsze zdecydowanie najlepiej napisanymi alternatywnymi postaciami w komiksach o Squadron Supreme, dlatego trochę rozczarowuje fakt, że tutaj to tak jakby nie gra. Oto Hyperion – zmanipulowany przez kontrwywiad – próbuje przejąć władzę nad Stanami Zjednoczonymi, wysadza Biały Dom, zabija panią prezydent i zasadniczo robi borutę. Wzywa też do siebie dawnych członków Squadron Supreme, by wsparli go w jego misji. Na to wołanie odpowiadają Shape, Nuke, Inertia, a także – po chwili wahania – Blur. Dr. Spectrum w pierwszej chwili pomaga Hyperionowi, ale potem się wycofuje, natomiast jego ukochana, Amphibian, nawet nie chce słyszeć o pomyśle przejęcia władzy nad światem. Arcanna też pozostaje po stronie Fury’ego. Z udziału w tym wszystkim rezygnuje również lokalny Batman, czyli Nighthawk. Po bitwie superludzi nad Waszyngtonem (do sił Fury’ego przyłącza się Wilk, Władca Wiatrów – baaardzo luźna odmiana Thora – oraz Mangog, będący wariacją na temat Dr. Manhattana z Watchmenów oraz starego i dobrego Hulka) Milton wycofuje się do siedziby wywiadu, gdzie sprzymierza się z Emilem Brubankiem. Wszystko się jednak kończy właściwie nijak, bohaterowie wprawdzie cały czas mówią, jak to ich supermoce mogą rozsadzić Ziemię, jednak poza małą zadymą między Squadron Supreme a Regulatorami (tak Biogeneral nazywa superludzi S.H.I.E.L.D.), z której i tak nic nie wynika, dochodzi jedynie do rozmowy między Furym i Arcanną a Hyperionem, po czym ten ostatni gdzieś sobie odlatuje, a wszyscy pozostali lecą… bić arabów. Ni stąd, ni zowąd bowiem arabscy superludzie atakują Amerykę i S.H.I.E.L.D. przenosi konflikt na ich teren. Meh.

Podstawowym problemem tego komiksu jest właśnie scenariusz. Niby coś się dzieje, niby postacie dużo ze sobą rozmawiają, ale te rozmowy w większości sprowadzają się do osobistych wycieczek (ewentualnie Emil Burbank mówi, że jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie), a akcja się rozmywa, zaczyna bez powodu i bez identycznego powodu kończy, a przynajmniej domyślamy się, że się kończy, bo nic nam tego nie sugeruje. Wiele pomysłów jest tu wrzuconych bez ładu i składu, skutkiem czego dostajemy dramatyczną nędzę. Oto na przykład plan zawładnięcia światem, który Hyperion odpuszcza po wymianie zdań z Blurem, Arcanną i Spectrumem. Czyli że co? Poniosło go? Nie wiedział, co robi? Czy może scenarzysta przeczytał klasyczną już serię Squadron Supreme Marka Gruenwalda (antyutopijną opowieść, w której ekipa Hyperiona faktycznie przejmuje kontrolę na świecie) i stwierdził, że też tak chce, ale zabrakło mu jaj? Po co poświęcać sześć zeszytów na formowanie się drużyny (i to niepełne, ekipa bowiem dookreśla się jeszcze przez dwa), skoro seria kończy się na dwunastu? Jaki ma sens motyw Burbanka, skoro nawet nigdzie nie prowadzi? I o co chodzi z najazdem arabskich superludzi? Kim oni są i czego chcą? Najeżdżają… bo tak? Nawet III Wojna Światowa w uniwersum Ultimate miała lepiej rozpisane motywy. Końcówka razi wręcz kretyńską stereotypizacją, zupełnie jakby do scenarzysty przyszedł wydawca i powiedział „Kończ waść, wstydu oszczędź”. Stąd arabska Deus Ex Machina, porażające durnotą zakończenie i wrażenie zjełczałego niesmaku.

Chciałbym tu napisać, że sprawę trochę ratują rysunki, ale nie mogę. O ile bowiem okładki – głównie te Grega Landa (bo wiadomo) – są bardzo dobre, a zeszyty rysowane przez Marco Checchetto (całe cztery) wyglądają nieźle, to pozostałe są brzydkie, nieprzemyślane i ewidentnie zrobione na kolanie. Do tego stopnia, że gdy Emil Burbank – któremu wydaje się, że bakcyl supermocy go oszpecił – zdejmuje maskę, ukazuje nam się twarz nie brzydsza niż kogokolwiek w tym komiksie. Zakładam więc, że była to brzydota urojona, bo tylko tak ma to jakiś sens. Już nie mówiąc o tym, że ubrania i włosy niektórych postaci zmieniają się irracjonalnie między zeszytami, i w ogóle nic nie wiadomo. Gdyby nie fakt, że na początku każdego zeszytu jest streszczenie tego, co działo się do tej pory, to połowy rzeczy bym nie zrozumiał. Bo po prostu trudno dojrzeć, co się dzieje. Całość Squadron Supreme ma jakąś wartość tylko dlatego, że pozwala sobie uzmysłowić, iż na co by Marvel nie wpadł – czy to w uniwersum mainstreamowym, czy Ultimate – głupotą i miernotą wykonania nawet się nie zbliżą do tej serii.

Postarajmy się jednak wydobyć jakieś plusy. Może w zakończeniu? Sympatycznym akcentem jest ślub Tuckera Forda i Nell Ruggles po tym, jak ich relacje całkiem ciekawie się rozwijały przez całą serię. Arcanna Jones jest bez wątpienia najciekawszą i najsympatyczniejszą postacią w tym komiksie, szczerze więc żałuję, że nie ma jej w uniwersum Ultimate. Naprawdę, jej wrażliwość, kompetencje i dylematy są najatrakcyjniejszym aspektem tej historii. Pod względem charakterologicznym jest to najlepiej napisana postać, lepiej nawet niż Scarlet Witch na Ziemi-1610. Wprawdzie nie mam pojęcia, jak zdołała ona nakłaniać wspólnoty wyznaniowe do płacenia jej grubych sum dolarów w świecie, gdzie superludzie i podróże międzywymiarowe są faktem (przed akcją komiksu Arcanna zarabiała na życie, imitując boskie cuda), ale niech będzie. Poza tym jest Fury, który wprawdzie jest znacznie mniejszym twardzielem niż w uniwersum Ultimate, ale też ma mniej powodów, by nim być (choć przez 5 lat mógłby już się ogarnąć). Coś jeszcze? O Old Soldierze powiedziałem, o mocach załogi „Icarusa One” też… jest jeszcze wątek egzystencjalnej pustki Hyperiona, który szukał swojej rodzinnej planety, a natrafił tylko na zgliszcza, ale to margines. Poza tym ta seria to kicha straszna.

Ale największą kichę zostawiłem sobie na koniec. W ostatnim zeszycie – bez większego sensu – wszystkie supermoce się znoszą i niwelują, również te oryginalnego Squadronu. Swoje zdolności zachowuje najpewniej Hyperion, który jest kosmitą, i Dr. Spectrum, zawdzięczający swoją moc kosmicznemu klejnotowi, wiemy też, że wciąż ma je Arcanna, bo natura jej umiejętności jest w znacznej mierze magiczna. Reszta jednak swoje moce traci dość nagle, co jest strasznie rażącym rozwiązaniem typu: „musimy kończyć, więc wyzerujmy większość wydarzeń, ot tak, with no particular reason„. No proszę Was. Już i tak pod koniec lektury nic mnie już w tym komiksie nie pociągało, ale na pewno można było wybrnąć jakoś inaczej. Choć przyznam, że epizod z Burbankiem (najmądrzejszym człowiekiem na świecie), który wskutek odkręcenia wpływu bakcyla traci domniemaną brzydotę, ale przy okazji też swój intelekt, był łyżką miodu w tej beczce dziegciu. Co nie zmienia faktu, że całość wypada gorzej niż dowcipy o łotewskich chłopach.

Niemniej jednak w ramach tego małego jubileuszu chciałem, żebyśmy przez Squadron Supreme przebrnęli. Mimo wszystko osoba Nicka Fury’ego jakoś się z tym wiąże i nie byłoby chyba dobrze, gdyby w refleksji na temat uniwersum Ultimate zabrakło tego wątku. Do zobaczenia więc przy kolejnym, 101. Ultimate Review, gdzie zobaczymy, co słychać u X-Menów.

P.S. Mam wrażenie, że jest tu cała kupa odniesień do DC, ale za mało jestem zorientowany, żeby nawet próbować je rozpoznawać. Zresztą żadna intertekstualność nie uratuje tej kichy…

Numer, którym Robert Kirkman przygotował sobie nowy setup pod historie o mutantach. I to jest znakomity moment, żeby podsumować uniwersum w obecnym stanie, zanim dojdzie do kolejnego przełomu.

Sześć tygodni po rozwiązaniu X-Men do Szkoły Xaviera przybywają nowi uczniowie, Cyclops i Marvel Girl mają jednak problem ze skompletowaniem kadry nauczycielskiej. Cyclops decyduje się przyjąć Toada, który odszedł od Bractwa Mutantów i teraz chce się zrehabilitować. W międzyczasie jego były kolega, Mastermind, zwalnia Mistique z funkcji udawania Magneto w Triskelionie, ich szef ma bowiem co do niej większe plany. W tym samym czasie okazuje się, że były członek X-Men, Beast, jednak żyje i pracuje nad tajnym projektem Nicka Fury’ego…

Generalnie w całym zeszycie niewiele się dzieje, ale Kirkman w ten sposób przygotowuje sobie grunt pod nowe przygody mutantów. Oto bowiem – obok wiadomości o przeżyciu Beasta (i wyleczeniu go z niebieskiego futra, które było pozostałością po eksperymentach Weapon X) – dowiadujemy się o istnieniu wirusa Legacy, rzekomo – zdaniem Fury’ego – będącego spuścizną po puczu admirała Strykera (podczas którego rzekomo zginął właśnie Beast). Ma to jakiś tam sens, pamiętajmy bowiem, że Henry McCoy odszedł od X-Men, żeby działać właśnie w agendzie rządowej, i Fury wraz z Xavierem utrzymywali, że nie żyje, aby rozwiązać kwestię wirusa i znaleźć na niego lekarstwo. Zabieg ten niestety jednak bardzo przypomina regularne, oryginalne komiksy Marvela (te z uniwersum 616), gdzie nawet jak ktoś ginie, to nie ginie. Smutne i mało realistyczne.

Obok tego mamy kilka newsów: ktoś wypuścił nowe Sentinele, które napadają na mutantów z Frontu Wyzwolenia Mutantów, powstałego po śmierci Xaviera. Nightcrawler błąka się po kanałach w poszukiwaniu Morlocków. Mister Sinister wreszcie skutecznie popełnił samobójstwo. Gerald, współpracownik Kościoła Shi’ar oddelegowany do współpracy z Instytutem Xaviera i sekretnie pracujący dla Hellfire Club ma kontakt z Shinobim Shawem, nowym chłopakiem Emmy Frost. Storm jest nękana koszmarami o niejakim Shadow Kingu, które namiętnie spisuje, tymczasem pojawia się u niej Bishop, proponując założenie nowej drużyny X-Men. Robi się więc ciekawie, Kirkman ma punkt wyjścia do całkowicie nowych przygód całkowicie nowej drużyny. I to jest dobry moment na podsumowanie…

Jak wiemy, pracą na rzecz tolerancji zajmują się Instytut Charlesa Xaviera (do którego przyłączył się przyszły współpracownik Cable’a, młody Grizzly) i Akademia Jutra Emmy Frost (w której teraz obok Havoka, Sunspota, Cannonballa, Polaris, Ramseya i Angela rezyduje teraz także Colossus). Wielu mutantów czuje się jednak wciąż zagrożonych i zbiera się w grupy wzajemnego wsparcia, a nawet straże sąsiedzkie. Niektóre państwa – jak Genosha – wciąż traktują mutantów jako osobników niższej kategorii. Obok Instytutu Xaviera nadal działa szpital na wyspie Muir, nie jest już jednak kuźnią kadr dla S.H.I.E.L.D., która po incydencie z Lorną Dane zerwała kontakty z X-Men. Po domniemanej śmierci Xaviera jego drużyna beta pozostaje w ukryciu.

Ultimates po III wojnie światowej odeszli spod kurateli rządowej i przeszli pod skrzydła finansowe Stark Enterprises. Na chwilę obecną do drużyny należą: Kapitan Ameryka, Thor, Iron Man, Wasp, Quicksilver, Scarlet Witch, Hawkeye. S.H.I.E.L.D. zamknęło na jakiś czas program Rezerw Ultimates, pod dowództwem Nicka Fury’ego znajdują się więc jedynie Falcon, Karma, dr Brankin i jego zespół. Trudno na tym budować bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Tymczasem w Europie działa Europejska Inicjatywa pod wodzą Kapitana Brytanii. Fury i S.H.I.E.L.D. oficjalnie wspierają Spider-Mana, który zszedł się ponownie z Mary Jane.

Co do bohaterów, to poza Ultimates na ulicach mamy właśnie Spider-Mana, Spider-Woman  i Daredevila, który przeszedł załamanie nerwowe. W telewizji karierę robi Dr Strange, gdzieś na świecie jest Blade i Morbius, a Chicago broni Hawk-Owl i Woody, a w oddali do siebie dochodzi Kapitan Mahr Vell, Fantastyczna Czwórka  zajmuje się zagrożeniami z innych światów, Reed Richards buduje Sześcian, jego siostra – Enid – zyskała supermoce po wycieczce w przeszłość. Na wolności pozostaje Hulk, Magneto wraz z wieloma nowymi wyznawcami też – niezauważony przez nikogo – buduje swój przyczółek. Zagrożeniem cały czas są dyktatorzy z krajów drugiego i trzeciego świata oraz Namor, potencjalnie mogą nimi być Nieludzie na księżycu, na wolności wciąż znajduje się Venom. Gdzieś poza zasięgiem naszych oczu działa organizacja A.I.M., wciąż też jest dr Tarleton i Mole Manl. Za kratkami siedzą jedynie Hank Pym, który jednak też przechodzi pod kuratelę Starka, Zielony Goblin, Kingpin, Dr. Octopus, Kraven, Sandman i Electro, zamknięto też pomniejszych łotrów: Gladiatora, Rhino, Omegę Red, Vulture’a, Ringera i Boomeranga, za kratkami znów siedzi Bullseye, Punisher i Shocker (po raz chyba trzeci), spora część Bractwa Mutantów, a także Curt Conners i wielu innych przestępców. Zamknięto też na prośbę Fury’ego She-Hulk, czyli Betty Ross. Nie wiadomo, co z wojownikiem imieniem Arcade ani Dziką Paczką Silver Sable.

Nie można też zapomnieć o tych, co zginęli. Tak więc na tej liście znajdują się Ross, John Wraith, Gwen Stacy, Justin Hammer, Hammerhead, Nihil, Mister Sinister, Harry Osborn, Gambit, Czarna Wdowa, Elektra, Crimson Dynamo, Abomination, Schizoid Man, Loki, rodzina Clinta Bartona, Deathstrike, pułkownik Abdul Al-Rahman, Hurricane, część Rezerw Ultimates, Mojo Adams, Moondragon, Dima, Rhona Burchill, wielki radioaktywny potwór i Warlock. Dr Doom został przeniesiony do innego wymiaru, ale może wrócić. Do tego niezliczone ofiary Hulka, Liberatorów, Hobgoblina, wyznawców Gah Lak Tusa i wielu innych. Lista się rozrasta…

No i wielkie kataklizmy, które przez ten czas nawiedzały świat. Przypomnijmy, do tej pory były to: Hulk i jego rozwałka. Ataki terrorystyczne Magneto, zwłaszcza inwazja na Waszyngton i próba wysadzenia elektrowni jądrowej na Florydzie. Inwazja Chitauri. Atak Zielonego Goblina na Biały Dom. Ataki Proteusa. Rozwałka nad Las Vegas. Teraz doszły: pojedynek Spider-Mana z Hobgoblinem, fala samobójstw po emisji przekazu z Tunguski, walka z Kree, obrona przed Gah Lak Tusem, atak terrorystyczny na pierwsze płazy, walka z Namorem, ataki prewencyjne na Bliski Wschód, III wojna światowa. A już niedługo przełom, którego się nikt nie spodziewa.