Posts Tagged ‘warren ellis’

W 2008 roku na ekrany wchodziły Iron Man i The Incredible Hulk – dwa filmy, od których zaczęło się kinowe uniwersum Marvela. Równocześnie – ze względu na komiksowe eventy w mainstreamowym Marvelu – głównie Civil War i Secret Invasion – sprzedaż tytułów z uniwersum Ultimate zaczęła iść w dół. Włodarze firmy poszli więc po sprawdzony – jak dotąd – sposób na promocję ultymatywnych: wszędzie gdzie się da wrzucać postaci z filmów. A czy mieliśmy na Ziemi-1610 jakoś ciekawie poprowadzoną relację między Iron Manem i Hulkiem? Nie? No to najwyższa pora.

1 2

3 4

Bruce Banner przychodzi do Tony’ego Starka z prośbą o pomoc: chce za pomocą jego nanotechnologii wyleczyć się z „efektu Hulka”. Tony zgadza się mu pomóc i prawie mu się udaje, jednak bardzo szybko w całą sprawę wplątuje się ktoś trzeci. To były agent MI6, Peter Wisdom, znany jako Leader. I chce tylko jednego: krwi Starka i Bannera…

saveme

Zabrzmiało dramatycznie, ale on naprawdę chce ich krwi. Peter Wisdom był jednym z inicjatorów Brytyjskiego Programu Superżołnierza, którego wysiłki włożone w przygotowywanie superludzkiej agentury wywiadowczej spełzły na niczym ze względu na zakulisowe gierki wywiadów, żonglowanie stołkami oraz fakt, że Wielka Brytania przyłączyła się do Europejskiej Inicjatywy, której pomysłodawcą i propagatorem był sir James Braddock. W praktyce oznaczało to, że cały wysiłek miał zostać nakierowany w stronę ogólnoeuropejskiej drużyny jawnych superbohaterów, o czym już wiemy. Wisdom natomiast był gorącym zwolennikiem utrzymania niezależności Wielkiej Brytanii, stąd też desperacki krok, który miał na celu pokazanie, że jego koncepcja jest słuszna. Wisdom pozwolił podać sobie serum superżołnierza oparte na analizie krwi Bannera oraz raportach medycznych Starka. Efekt doprowadził do przyrostu układu nerwowego, jednakże tylko w mózgu. Tak powstał Leader.

leader

Tutaj przerwa na zachwyt nad pomysłem na Leadera. Scenarzysta komiksu, Warren Ellis, bardzo skrupulatnie i świadomie wykreował postać z nadnaturalnie rozrośniętym mózgiem, która jednak musi utrzymywać swoją głowę na specjalnym stelażu, inaczej złamałaby kręgosłup. Wielkie och i ach. Znakomicie też podpatrzył on i wykorzystał dwie sprzeczne tendencje obecne w brytyjskiej świadomości: integrację europejską i skłonność do izolacjonizmu. Tę pierwszą spoza kadru reprezentuje sir Braddock i Europejska Inicjatywa (którą poznaliśmy już w The Ultimates II), drugą – oczywiście Leader. Na to nałożona jest typowa dla Ellisa narracja o posthumanizmie i jego reperkusjach. Rozważania na ten temat snują zarówno Banner i Stark (niemalże przerzucając się koncepcjami dotyczącymi możliwości superludzi), jak i Peter Wisdom i jego interlokutorzy. Wszystko to sprowadza się nieraz do dość ponurych, ale wiarygodnych dywagacji rodem z science fiction, a im dłużej o nich myślimy, tym bardziej wydają się realne. I to pozostawia w czytelniku poczucie swoistego niepokoju.

Oczywiście jest to komiks o Iron Manie i Hulku, więc nie brakuje całkiem sprawnie i przejmująco narysowanych scen rozwałki na terenie pustyń Nowego Meksyku.Tu brawa należą się Cary’emu Nordowi, który całkiem nieźle się sprawdza w rysowaniu takich nieco dystopijnych, prawie fotorealistycznych scen (no i pamiętał, że po The Ultimates Hulk jest szary, o czym niektórym zdarza się zapominać). Oczywistym jest też, że na poziomie akcji komiks ten powiela znany skądinąd schemat: Banner chce się wyleczyć – znajduje się ktoś, kto mu pomaga – Banner się leczy – pojawia się zagrożenie (czyli Leader i jego mała prywatna armia, przy pomocy której chce zdobyć krew bohaterów i dokończyć swoją transformację) – tylko Hulk może je powstrzymać – znajduje się sposób na przywrócenie Hulka – nie da się już powtórzyć leczenia. To było już ogrywane tak w komiksach, jak i kreskówkach, paradoksalnie też w filmie, który miał pociągnąć sprzedaż Ultimate Human. Ale tak jakby nie dla fabuły czyta się ten komiks, choć i ona jest całkiem nieźle osadzona w uniwersum.

freak

Na brawa zasługują nawiązania do innych komiksów serii, fakt że Banner jest znów pod wojskowym nadzorem – o czym była mowa w Ultimate Power – również cieszy… trochę dziwne, że Carol Danvers ot tak pozwoliła Starkowi zabrać go do Nowego Meksyku, ale może jakoś ją przekonał. Ze strony Iron Mana jest sporo nawiązań do jego genetycznych modyfikacji, o których była mowa w uznawanym teraz za niekanoniczny cyklu Ultimate Iron Man, ale jeśli potraktować te wzmianki literalnie, to w sumie czemu nie: rodzice Tony’ego mogli bawić się jego genomem, nikt nie mówi, że nie. To też tłumaczy tutaj zwiększone ryzyko występowania nowotworu, co w sumie przecież ma miejsce. Wspomina się również o tym, że to Stark finansuje teraz Ultimates,co też cieszy. Bruce mówi w pewnej chwili, że tak jak Kapitan Ameryka dzięki serum superżołnierza z brooklyńskiego tłuka stał się geniuszem strategii, tak i on – wszczepiając sobie serum Hulka – przede wszystkim chciał być mądrzejszy (i my mu wierzymy, bo znamy go z poprzednich komiksów). Pierwsze strony nawiązują natomiast do relacji między Bannerem a Tony’ym znanych z komiksów Millara i wszystko dzięki temu się ślicznie ze sobą spaja. Zastanawia tylko, dlaczego Hulk nie jest w stanie kontrolować swoich napadów gniewu: wszak w Himalajach nie miał już z tym problemu. Z drugiej jednak strony, w Ultimate Human oglądamy go w sytuacjach dość ekstremalnych, więc można to jakoś zrozumieć.

venus

Sam komiks w swojej istocie wraca do ideologiczno-stylistycznych korzeni Ultimate Marvela, przywołując (znów) dyskusję o posthumanizmie, urealniając postacie i zwiększając wiarygodność opisywanych wydarzeń. Wprawdzie widoczny tu biologizm nie zawsze i nie dla wszystkich może być strawny. Ja jednak takie komiksy lubię. Pokazują one, jakie możliwości drzemią w historiach o superbohaterach i że nie trzeba wiele, by je wydobyć. I to właśnie w swój ponury i ciężki sposób robi Ultimate Human.

Reklamy

Prawa Murphy’ego

Posted: 10/29/2011 by misiekwolski in Narracje
Tagi: , ,

Długo się zastanawiałem, czy umieścić ten wpis w kategorii „Narracje” czy „Ciągi”. Ostatecznie zdecydowałem się na tę pierwszą, bo choć piszę o komiksie, który był wydany w dwóch zeszytach – a więc cyklicznie – to jednak ja się z nim zapoznałem w wersji hardcover, będącej jedną zamkniętą narracją. I przyznam, że zrobiła ona na mnie wrażenie. A chodzi o (którąś już) alternatywną wersję uniwersum Marvela, opisaną w komiksie Ruins autorstwa Warrena Ellisa.

Komiks superbohaterski – jak wiadomo nie od dziś – zniesie wszystko. Czasem próbuje się coś z tym robić i powstają perełki, czasem jednak spuszcza się go w klopie z najgorszą papką bzdur, jaka tylko może przyjść do głowy scenarzystom. Na te drugie sytuacje szkoda bajtów w Internecie (chyba, że to kolejne przygody Man-Spidera), ale co do pierwszych… no, tu czasami robi się dobrze. A nieraz bardzo dobrze. Ja osobiście jestem fanem tych komiksów superbohaterskich, które z lepszym lub gorszym skutkiem usiłują uprawdopodobnić heroiczny schemat przygodowy; stąd moja fascynacja uniwersum Ultimate, o którym tu pewnie jeszcze parę zdań napiszę. Tymczasem Ruins Elisa to komiks, który hiperbolizuje to uprawdopodobnienie. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z sytuacją, w której wszystkie wydarzenia prowadzące do powstania superbohaterów postępują według praw Murphy’ego. Kończą się źle.

 

Bruce Banner poddany działaniu promieni gamma zamienia się w żywą, ale rozoraną przez popromienne deformacje mieszankę zielonkawej papki, czyraków i komórek rakowych. Rick Jones – którego wszak Bruce uratował – również cierpi na raka wywołanego chorobą popromienną, a swój ból zabija staczając się w uzależnienie od morfiny. Wypadek, który oślepił Matta Murdocka, pozbawił go również życia. Punisher został zastrzelony w Chicago. Rasa Kree, która szykowała inwazję na Ziemię, została przez rząd zbombardowana głowicami nuklearnymi i jej ocaleli przedstawiciele gniją teraz w obozie koncentracyjnym w Nevadzie, trawieni przez raka i choroby popromienne. Ben Grimm nie poleciał z Reedem Richardsem w kosmos, przez co wszyscy (niedoszli) członkowie Fantastycznej Czwórki zginęli. Peter Parker zmarł od radioaktywnego jadu pająka w swojej krwi. Mutantów brutalnie skatowano i okaleczono; dość powiedzieć, że Cyclopsowi wydłubano oczy, a Quicksilverowi obcięto ręce i nogi. Wolverine cierpi na chorobę układu kostnego, która jest efektem ubocznym wszczepienia mu adamantium. A wszystko to obserwujemy oczami Phila Sheldona, umierającego reportera Daily Bugle, który ma niejasne przeświadczenie, że mało brakowało, a wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.

My oczywiście wiemy, jak. Rok przed publikacją Ruins, Marvel wydał powieść obrazkową Marvels, w której oczami nikogo innego, a właśnie Phila Sheldona, obserwujemy życie i przygody największych superbohaterów tego uniwersum od pierwszej Ludzkiej Pochodni po skład Avengers znany z komiksów wydawanych w latach 70. Tam cały ten konglomerat superbohaterski ukazuje swoją wielkość i cudowność, a częste w komiksach tego typu nieścisłości i różnice w klimacie czy charakterze wydają się naprostowane i ujednolicone. Tam jest ładnie i fajnie, wszystko zmierza ku dobremu. No cóż, w Ruins tak nie jest.

Tutaj nie dość, że mamy tragedię za tragedią, to jeszcze atmosfera świata przedstawionego jest mroczna, nieprzyjemna i – co tu dużo kryć – dystopijna. Bohaterowie wcale nie są bohaterscy: profesor X zostaje prezydentem, ale nietrudno się domyślić, jak wygrał wybory. Kapitan Ameryka podczas wojny dopuszczał się aktów kanibalizmu, podobnie Nick Fury. Johnny Blaze popełnia samobójstwo, wyczyniając ostatni skok kaskaderski na motorze… z podpaloną głową. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Ellis pisząc Ruins dał się ponieść wszystkim dystopijnym i wieszczącym koniec świata przewidywaniom kresu milenium. Mamy wszak rok 1995, koniec jest blisko i nikt nie może nic z tym zrobić. Wśród ludzi panuje strach, marazm i rozprężenie, świat rozłazi się w szwach, superbohaterowie rozpadają się od chorób popromiennych, co drugi człowiek cierpi na raka (współczesny odpowiednik dżumy czy innych plag egipskich), wszystko wokół wydaje się bezcelowe, a życie przestaje mieć sens. Do tego nietzstcheański postulat śmierci Boga okazuje się faktem; tak przynajmniej interpretuje się truchło Galactusa, dryfujące w przestrzeni kosmicznej.

Wprawdzie Ellis twierdził gdzieś kiedyś, że Ruins to raczej wariacja na temat, którą należy traktować z dystansem, ale ja nie mogę się pozbyć przeświadczenia, podbitego jeszcze przez mroczną i nieprzyjemną szatę graficzną, że jest to świadectwo pewnych nastrojów z końca epoki. Oto bowiem uniwersum Marvela rozpada się w szwach, tak jak rozpada się nasz narrator, Phil Sheldon, i nic tego nie powstrzyma. Jakoś trudno mi uniknąć skojarzenia z Małą apokalipsą, chociaż – oczywiście – to zupełnie inny poziom dyskursu.

Na koniec mała uwaga: wielbiciele komiksów superbohaterskich odżegnują ten komiks od czci i wiary. I to już chociażby jest dobry powód, żeby po niego sięgnąć. Pozostałe macie wyżej. Polecam.