Posts Tagged ‘wolverine’

Od jakiegoś czasu mogliśmy obserwować, jak zasadzane są ziarna pod czekającą nas nieuchronnie katastrofę. Najwyższy czas, aby zebrać żniwo. Jeph Loeb – którego czytelnicy uniwersum Ultimate kojarzą przede wszystkim z zakończenia Ultimate Power – wspólnie z Joe’em Madureirą popełnili komiks kontrowersyjny, nieco dziwaczny i wywołujący wśród czytelników wiele emocji. Przede wszystkim negatywnych. Przed Wami początek końca drużyny Ultimates.

1

  2 3 4

5

Superbohaterowie z Ultimatesów mogą być najpotężniejszymi herosami na Ziemi, ale ich drużyna trawiona jest wewnętrznymi rozdarciami. Hawkeye po śmierci żony i dzieci stracił wolę życia, Kapitan Ameryka stał się cichy i nieufny, Thor zdystansował się od reszty wraz ze swoją nową dziewczyną, Valkyrie, a na światło dzienne wyciekła seks-kaseta Tony’ego Starka i Czarnej Wdowy. Areszt domowy Hanka Pyma, pałętające się wszędzie służebne roboty z serii Ultron i nowy, milczący członek drużyny, Black Panther, też nie wpływają za dobrze na atmosferę. Wszystko się jednak załamuje dopiero wtedy, gdy posiadłość Ultimates aatakuje… Venoma, a dzień później jedna z członkiń drużyny, Scarlet Witch, zostaje zamordowana…

killed

Tak, to prawda. Wanda (Lehnsherr) Maximoff, znana też jako Scarlet Witch, ginie. A to dopiero początek. Jeph Loeb doprowadza całą drużynę na skraj załamania nerwowego, wyciąga na wierzch zadawnione konflikty i odziera wszystkie postacie z ich superbohaterskości. Jednocześnie wprowadza szereg dziwnych rozwiązań fabularnych, które bardzo boleśnie odstają od standardów wypracowanych przez Marka Millara, co sprawia, że komiks ten – w zestawieniu z poprzednimi odsłonami przygód Ultimates – wydaje się brudny, zły, obleśny i nierealistyczny. Pełno w nim brutalności, pada też wiele trupów. I to zasadniczo sprawia, że wiele osób szczerze Loeba za niego nienawidzi.

waspalone

Ja jednak postaram się podejść do tego komiksu z otwartą głową i trochę go usprawiedliwić. Zacznę od tego, że:

joker-martin-loeb

No właśnie. Tak jakby nie ma w tym komiksie niepotrzebnej śmierci, choć wiele z nich ukazanych jest w sposób szokujący. Poza tym faktycznie, postacie zachowują się w sposób co najmniej nieprzyjemny, ale wielu z nich ma do tego prawo lub też – co chyba lepiej zabrzmi – ma powody, dla których przyjmuje taką, a nie inną postawę. Najlepszym przykładem jest Hawkeye, który zmienił kostium na dużo mroczniejszy i kojarzący się raczej z Bullseye’em niż agentem S.H.I.E.L.D. Jego zachowanie, zapalczywość, nieliczenie się z niczym i nikim a przede wszystkim otwarte życzenie śmierci muszą w końcu doprowadzić do czegoś złego. Kapitan Ameryka, trzymający sztamę ze znanym nam już z Originsów T’Challą – Black Pantherem – ewidentnie jest cięty na Wasp za umieszczenie jej męża, Hanka Pyma, w posiadłości. Ewidentnie ich związek się nie klei i Janet na zasadzie swego rodzaju syndromu sztokholmskiego chce powoli wrócić do Hanka (co mogliśmy obserwować już w The Ultimates II). Reputacja Iron Mana jest zszargana, on sam więc pogrąża się w alkoholu… i przesadza. Thor, po odzyskaniu boskich mocy, wyraźnie dystansuje się od drużyny i spędza czas ze swoją nową ukochaną, znaną nam z drużyny Defenders Valkyrie, która jakimś cudem posiadła boskie moce (i pegaza). A Quicksilver i Scarlet Witch dużo jawniej niż zwykle okazują swoje wzajemne przywiązanie, które na kartach tego komiksu odarte jest z całej aury niedopowiedzeń i nie mamy już wątpliwości, że łączy(ła) ich miłość kazirodcza.

vshawkeye

Te dopowiedzenia i dosłowności – ujawniające się na każdym kroku, także wtedy, gdy dwóch członków Bractwa Mutantów próbuje zgwałcić Valkyrie – są kolejnym poważnym zarzutem często wysuwanym pod adresem tego komiksu. I trudno się z nim nie zgodzić. Powód takiego stanu rzeczy jest jednak prozaiczny: Loeb miał tylko pięć zeszytów, aby opowiedzieć całą intrygę nie mniej zresztą zakręconą niż pomysły Millara. Stąd też bierze się pozornie większa brutalność komiksu, choć jakby się zastanowić, w The Ultimates II było równie hardkorowo. To, co Millar na przestrzeni trzynastu zeszytów mógł jednak ograć stopniując napięcie, u Loeba sprawia wrażenie gnania na złamanie karku. Ma to podłoże fabularne: kleszcze, które zaciskają się wokół Ultimatesów, robią to szybko i drużyna ma bardzo niewiele czasu na reakcję, można jednak zrozumieć głosy tych, którzy czują się tym wszystkim przytłoczeni.

spider-man

Przypominające duszne, piekielne wizje rysunki Madureiry też nie pomagają, choć taki efekt był chyba zamierzony. Całość sprawia wrażenie nieco nierealnego snu, sytuacji, z której Ultimatesi muszą się jakoś rozbudzić, żeby ogarnąć rzeczywistość, niewiele jednak mogą zrobić. Do tego dochodzi wulgarność innych pojawiających się tutaj bohaterów, jak Wolverine (co nas nie dziwi) i Spider-Man (pogoń za którym ma pokazać, jak bardzo Hawkeye oddalił się od szeroko rozumianego bohaterstwa… nie wiedzieć jednak czemu Pająk też jest wulgarny). Nieco może dziwić brutalność członków Bractwa Mutantów, w szczególności Bloba, który deklaruje chęć zjedzenia Wasp, choć dotąd pamiętaliśmy go raczej jako cywilizowaną osobę. Możliwe jednak, że gdy Magneto spuścił Bractwo ze smyczy, chcieli oni wziąć jak najbrutalniejszy odwet na Ultimatesach (co nas nie dziwi, wszak to Ziemia-1610). A było to tak: Quicksilver po śmierci Scarlet Witch z rozpaczy wezwał Magneto i ten przybył wraz z Bractwem po ciało swojej córki. Zaraz potem przybywa również Wolverine, który dołącza do Ultimates z zamiarem odbicia ciała Wandy oraz prawdopodobnie Pietra. Wszystko to jakoś tam się zgrywa z historią Absolute Power: Logan poleciał niszczyć Banshee na wyspie Muir, więc Magneto i członkowie Bractwa ruszyli z pomocą, zanim jednak Erik zdążył tam dotrzeć, dostał od Pietra sygnał o śmierci Wandy; skierował się więc do Nowego Jorku. Wolverine sobie znanym sposobem odkrył, co jest grane, i ruszył za nim, a dopiero po potyczce w siedzibie Ultimates Quicksilver udał się na szybko na wyspę Muir, by spotkać się z Moirą. Tylko w taki sposób to ma sens.

assault

Nieco mniejszy sens ma obecność w Bractwie Masterminda (który podszywał się pod Magneto w Triskelionie) oraz Pyro (który przed sekundą należał do X-Men). Skąd się tam wzięli i co robili – ta historia pozostaje niedopowiedziana. Oboje jednak giną z ręki Valkyrie, kiedy próbują ją zgwałcić, a ona sama zostaje ocalona przez głos w jej głowie, należący do tajemniczej istoty odpowiedzialnej za jej zdolności. Kolejna tajemnica do wyjaśnienia.

barbara

Jest jeszcze tajemnica Black Panthera, a raczej powodu, dla którego podszywa się pod niego sam Kapitan Ameryka (faktycznie, obaj nigdy nie pojawiają się razem, co drażni Wasp). Samego T’Chali, jak się okazuje, w tym komiksie nie ma, a obecność Panthera jest zainscenizowana przez Steve’a Rogersa. To zagranie też nie jest wyjaśnione na kartach komiksu – choć wiadomo, że Tony Stark o nim wiedział – więc kolejni czytelnicy wpadli w pułapkę niezrozumienia. Ale tego akurat zamierzam twardo bronić, bo raz, że wkrótce dostaniemy wyjaśnienie całej sprawy, a dwa, że to pokazuje, jak bardzo nieufni wobec siebie byli Ultimatesi w tym okresie. I dlaczego stali się tak podatni na ataki.

panther

Bo te ataki przychodzą nagle i właściwie zewsząd, czego punktem kulminacyjnym jest bitwa plemion Savage Land (pod przywództwem Shanny i Ka-Zara, nowych postaci z punktu widzenia uniwersum Ultimate) z Bractwem Magneto, skopaniem przez Magneto tyłka Thorowi i zabraniem mu młota oraz ucieczką latającej fortecy po pozornie śmiertelnym postrzale Quicksilvera (zarobił kulę Hawkeye’a przeznaczoną dla Erika). Motyw walki o ciało Scarlet Witch, ukryte gdzieś skądinąd właśnie przez Pietro, stanowi jednak tylko jedną płaszczyznę tej intrygi.

kazarshanna

Drugą płaszczyzną jest sianie fermentu w drużynie przez… jednego z Ultronów, a konkretniej tego, z którym Scarlet Witch flirtowała w poprzedniej serii przygód Ultimates. Jak to w pewnej chwili wyjawia Wolverine (który dawno temu miał okazję dzielić łoże z ówczesną żoną Magneto, ale dopiero niedawno udało mu się pokojarzyć fakty: przybył bowiem do Savage Land, kiedy Erik rozstał się już z Magdą), Scarlet Witch nie do końca panowała nad swoimi zdolnościami. Z jednej strony łączyła moce mutantów odziedziczone po ojcu i zdolność do władania magią po matce, z drugiej miała wciąż wątły i wrażliwy umysł, który nie radził sobie z takim power setem. Dość powiedzieć, że to Wanda w przypływie złości stworzyła dinozaury zamieszkujące Savage Land (trochę się to kłóci z ikonografią z poprzednich komiksów, wedle której wyspa była od początku zamieszkana przez chociażby pterodaktyle, ale zostawmy to). Logan posuwa się nawet do stwierdzenia, że kazirodcza miłość Pietro i Wandy była efektem, tego, że Quicksilver chciał ochronić świat przed jej mocami i dać jej spokojną przystań. To nadaje zresztą ich relacji dodatkowej głębi, tym bardziej, że pozornie niewinny flirt Wandy z Ultronem zakończył się uzyskaniem przez tego ostatniego samoświadomości… i zakochaniu się w Scarlet Wich.

motherfcker

Przy okazji, Ultrony są na każdym kroku w rezydencji Ultimates, sprowadzone wraz z Hankiem Pymem (który po jakimś czasie odkrywa intrygę swojego robota, w ostatniej chwili, by ocalić swoją żonę, Wasp). Służą, chronią i obserwują wszystko. Są więc idealnymi kamerdynerami, zdolnymi popełnić morderstwo. I faktycznie, okazuje się, że w ramach planu zastąpienia Ultimates innymi Ultronami/replikantami, zakochany android odpowiadał za większość krzywd, jakich doznali Ultimates w tym komiksie. Seks-nagranie, atak Venoma (jak się okazało, również replikanta, wysłanego do rezydencji po to, żeby porwać Wandę), podmienienie Tony’ego Starka na androida i stworzenie innych sztucznych Ultimates, a także zabicie Wandy… wszystko to było efektem złamanego serca robota, który potem miał przyjąć formę Hanka Pyma, by udawać prawdziwego superbohatera. Intryga – przyznam – jest cwana, szkoda tylko, że nie wyjaśnia, w jaki sposób prawdziwy Hank Pym się o wszystkim dowiedział i jak ocknął się z przedawkowania prozacu, które zafundował mu Ultron. Tak że cała koncepcja trochę razi niekonsekwencją, ale dzięki niej otrzymujemy potem epicki pojedynek dwóch Giant-Manów w Savage Land (bo Ultroni przyłączają się do walki z Bractwem, szybko jednak kierują się przeciwko oryginalnym Ultimates).

ultimatesvsrobots

Na marginesie rozważań o mocach Wandy warto przypomnieć, że to właśnie ona w finale Grand Theft America użyła swoich zdolności, aby przywrócić Thorowi boską moc i zezwolić siłom Asgardu na odparcie armii Lokiego. Wychodzi więc na to, że jej power set jest niesamowicie potężny, tym bardziej, że na dobrą sprawę wcześniej Thor był jeno człowiekiem z super pasem i zaawansowanym technicznie młotem. Czy jest więc możliwe, że to Wanda dała Thorowi boską moc? Jak się do tego więc od początku miały moce Lokiego? Dużo niedopowiedzeń, dużo wątpliwości, masa pytań, ale też wielka ekscytacja, oto bowiem w komiksach, które już znamy, mogło dziać się więcej niż początkowo podejrzewaliśmy.

dinos

I ja tak właśnie traktuję The Ultimates III. Jak komiks na poły oniryczny, który odchodząc od estetyki poprzedników jednocześnie obraca ich znaczenia, pokazuje konsekwencje superbohaterskiej działalności, objawiające się głównie w psychice bohaterów, doprowadzonych na krawędź szaleństwa. Oczywiście, to podejście ma swoje wady i może być rozczarowujące dla wszystkich, którzy spodziewali się powtórki z dzieła Millara, taka atmosfera chyba jednak bardziej odpowiada momentowi, w którym jesteśmy. Wszak maszerujemy w stronę Ultimatum.

magda

P.S. I tak potem okazuje się, że za wszystkim stoi Doom. To by wyjaśniało, skąd Ultron miał materiał genetyczny do stworzenia cyber-Venoma.

P.P.S. Quicksilver i Scarlet Witch zastrzeleni, siedziba Magneto w Savage Land spalona, Bractwo nieco przetrzebione, on sam jednak wyszedł zwycięsko z pojedynku z Thorem i posiadł Mjolnira. Śmierć jego dzieci (i wcześniejsza poraża planu z Banshee) doprowadziła go jednak do ostateczności. Za wszystkie cierpienia, jakich doznał Erik Lehnsherr, superbohaterowie Ziemi-1610 – oraz cała ludzkość – zapłacą ostateczną cenę. I to już niedługo.

doom

Żeby móc dotrzeć do końca, warto znać początek. Głęboko skrywana dotychczas historia uniwersum Ultimate – dzięki Brianowi Michaelowi Bendisowi i Butchowi Guice’owi – wreszcie wychodzi na światło dzienne. Zanim więc na dobre pomaszerujemy w stronę Ultimatum, zobaczmy, od czego się to wszystko zaczęło…

1 2 3

4 5

Vendel Vaughn wzywa Fantastyczną Czwórkę do Projektu „Pegaz”, aktywował się tam bowiem jeden z artefaktów – kamienny słup nieznanego pochodzenia. Okazuje się, że słupem jest Watcher – pozaziemska świadomość obserwująca rozwój cywilizacji… jak również jej upadek. Watcher (imieniem Uatu) był przy wszystkich ważniejszych wydarzeniach, które doprowadziły do nastania ery superbohaterów: powstaniu Kapitana Ameryki, transformacji Wolverine’a, narodzinach Hulka czy też śmierci rodziców Spider-Mana. A wszystkie te wydarzenia mają jedno źródło…

captain

To niezwykle ważny i wspaniały komiks, idealnie wpisujący się w klimat Ziemi-1610. Wszystko się tutaj pięknie spina, a niektóre wątki były sygnalizowane już dawno temu, nieraz w najwcześniejszych historiach Bendisa. Tak chociażby jest w przypadku słów wypowiedzianych dawno temu – na kartach Ultimate Marvel Team-Up – przez Bruce’a Bannera. „To wszystko się ze sobą łączy – mówił Banner – a oni nie chcą, żebyś poznał prawdę”. Słyszący te słowa Spider-Man oczywiście nie miał pojęcia o czym mowa, podobnie zresztą czytelnik. Tymczasem prawda za nimi ukryta jest tak gęsta, tak przerażająca, a jednocześnie tak intrygująca, że niemal mam ochotę poprzestać na tym akapicie, byście sami sięgnęli po Ultimate Origins i przekonali się, o co chodzi.

thieves

Ale niech będzie, poświecę się i rozwinę myśl. W sumie całego uniwersum i jego superbohaterów by nie było, gdyby nie Hitler. I kosmici. I Roosevelt. Ten pierwszy dogadał się z tymi drugimi – o czym już wiemy – i dążył do dominacji nad światem, na co musiał zareagować ten trzeci. Pierwsze koncepcje bojowników o wolność były mało… kuloodporne, potrzebny był prawdziwy super-żołnierz. Chimeryczny, nieco obłąkany naukowiec nazwiskiem Erskine stanął na czele Projektu Odrodzenie, którego efektem było zmienienie chorowitego, ale wiernego Stanom chłopaczka w Kapitana Amerykę. Niby doskonale znamy tę historię, ale w wersji Ultimate nabiera ona nowego znaczenia. Oto bowiem zanim udało się stworzyć osławione serum super-żołnierza, które wielu potem próbowało bezskutecznie zduplikować, Erskine eksperymentował na jeńcach lub przestępcach wojennych. Z reguły czarnoskórych. Jednym z nich – i to takim, któremu udało się przetrwać i uciec z Projektu – był szeregowy Nicholas Fury.

nick

Ustalenie, że tak naprawdę wszystko zaczęło się od trzech pomniejszych żołnierzy, którzy zostali złapani na okradaniu cywilnych budynków, jest w sumie genialne w swojej prostocie. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jednym z nich był niejaki Fisk – najpewniej ojciec Wilsona Fiska, czyli Kingpina – drugim Nicholas Fury, a trzecim James Howlett, znany później jako Wolverine. Tego ostatniego przejął tajny odpowiednik Projektu Odrodzenie, znany jako Weapon X – projekt, w ramach którego wiele lat później pułkownik Wraith zacznie wykorzystywać mutantów jako żywą broń. Wychodzi na to, że eksperymentując na Howletcie, naukowcy z Weapon X – dr Cornelius (już nam przecież znany) oraz dr Malcolm Colcord – stworzyli gen mutantów, który stąd rozprzestrzenił się po świecie. Ustalenie, że to naukowy eksperyment stoi za powstaniem mutantów, nie zaś ewolucja, stanowi znaczący punkt zwrotny w historii uniwersum. Cała ewolucyjna otoczka staje się bowiem jednym wielkim oszustwem, a wszystkie zniszczenia dokonane przez mutantów i dokonane w imię supremacji jednej rasy nad drugą okazują się bezsensowną rzezią. Oznacza to również, że idee odwrotne, jak poglądy Charlesa Xaviera, też są na swój sposób naiwnymi mrzonkami…

panther

Nawiasem mówiąc, zastanawiające jest pochodzenie programu Weapon X. Najbardziej prawdopodobne, że sam program był inicjatywą Stanów Zjednoczonych, tylko jego siedziba mieściła się na ziemi kanadyjskiej. To by się zgadzało z obecnością dr. Corneliusa w zespole Wraitha – cała inicjatywa trwała więc do współczesności i dopiero interwencja Nicka Fury’ego (którą pamiętamy z Return to the Weapon X) pozwoliła go zamknąć. Jest tutaj zresztą bardzo wzruszająca scena, w której Fury – już jako dowódca S.H.I.E.L.D. – wraz z Wolverine’em likwidują główną siedzibę projektu, zabijając przy tym Colcorda. Nick przy okazji dowiaduje się, że mutanci są dziełem eksperymentu genetycznego ludzi pragnących pobawić się w Boga, uwalnia też torturowanego w Weapon X i poddawanego przeróżnym eksperymentom T’Challę Udaku. Widać tutaj dokładnie to, co podejrzewaliśmy już wcześniej: Fury i Logan mają wspólną przeszłość (czyli Nick okłamał Petera, mówiąc mu, że 15 lat wcześniej studiował w Indiach). Wolverine wprawdzie nie pamięta wydarzeń z czasów wojny, ale Fury – owszem. I to właśnie Fury, któremu serum super-żołnierza pozwoliło na spowolnienie procesów starzenia i który brał udział w operacjach Stanów Zjednoczonych w Kuwejcie na początku lat 90. XX wieku, zostaje skaptowany przez generała Rossa, by być najpierw agentem, a potem dyrektorem nowo powstałej inicjatywy S.H.I.E.L.D. Jak również pamiętamy, to właśnie Wolverine ocalił życie Fury’ego w Kuwejcie i odtąd datuje się ich wzajemna współpraca. Bardzo ładnie wypada zresztą rozmowa Rossa i Fury’ego, w której ten drugi wyjawia swoje motywacje, mówiąc przy okazji, że jest już za stary, by być bohaterem, że widząc to wszystko, co on widział, nie można nie zostać pragmatycznym cynikiem. Obaj z Rossem wiedzą również to, co i my wiemy: że kolejna wojna światowa będzie wojną genetyczną. I że trzeba się na nią przygotować.

savageland

Nick Fury na polecenie prezydenta USA zbiera więc zespół naukowców, którzy mieliby odtworzyć serum super-żołnierza. Podstawą jest próbka jego krwi, ale to za mało. Pracę nad projektem dostają więc Robert Bruce Banner, Richard Parker, młodziutki Hank Pym i Franklin Storm. Po jakimś czasie ten ostatni zostaje oddelegowany do Budynku Baxtera, Banner natomiast wstrzykuje sobie swoje legendarne serum, przemieniając się w Hulka. Podczas tej przemiany nieopatrznie zabija Richarda Parkera i jego żonę, Mary, która przyjechała do męża z ich ledwie półrocznym (zgaduję) synkiem. Wychodzi więc na to, że pierwszymi ofiarami Hulka są rodzice Petera Parkera.

hulk

To wyjaśnia, dlaczego Fury wszedł w tak głębokie, wręcz ojcowskie relacje ze Spider-Manem; czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za los jego rodziców. Piękne i wspaniałe zapętlenie ich wspólnej historii, które tłumaczy wiele i które Bendis musiał wykoncypować dawno temu, bo teraz idealnie się to wszystko ze sobą łączy. Wprawdzie mamy sporą niekonsekwencję związaną z nagraniem wideo rodziców Petera, które widzieliśmy w historii Venom, ale i tak jest nieźle. Wystarczy tylko uznać, że na nagraniu Peter miał mniej lat niż miał, i wszystko powinno być dobrze. Wychodzi też na to, że cała zadyma z kostiumem Venoma i spółką Traska, w którą zamieszany był Richard Parker oraz Eddie Brock Sr., ciągnęła się równolegle, i kto wie, może nawet S.H.I.E.L.D. zestrzeliło samolot pasażerski, by ukryć prawdę o śmierci Parkera i incydencie z Hulkiem…? Albo przynajmniej nie przeszkodziło ludziom Traska, by to zrobili. Tak czy inaczej, prawda okazała się dużo straszniejsza niż to, co wiedzieliśmy do tej pory.

team

Taki bowiem jest ten komiks. Wyjawia dużo, ale wiele z tego nie musi się nam podobać (jak np. Magneto mordujący swoich rodziców, którzy bali się jego mutacji, i potem wyzwalający Wolverine’a z Weapon X – najpewniej tylko po to, by później znów został złapany). Trochę zaskakuje obecność Magdy Lehnsherr na wyspie Magneto, ale w sumie czemu nie? Jesteśmy też po raz kolejny świadkami ucieczki Xaviera i jego paraliżu. Trochę dziwi, że z początku Profesor X – jak się okazuje, literaturoznawca – nie był w stanie czytać myśli Erika, ale wszyscy wiemy, że wkrótce miało się to zmienić. Tak czy inaczej, w osobie Magneto wzrasta zagrożenie, przeciwko któremu miało działać S.H.I.E.L.D. Resztę historii znamy.

magneto

W tym wszystkim najmniej istotny wydaje się wątek będący spoiwem fabularnym całego Ultimate Origins, a więc ujawnienie się Watcherów i wybranie przez nich czempiona, który ma być ich głosem na Ziemi. Ów wybór został dokonany na ostatnich stronach komiksu, ale na jego reperkusje przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie znamy tylko jego nazwisko: Rick Jones.

rick

Wolverine jako pierwszy mutant. Magneto od początku nienawidzący ludzi za ich niechęć do mutantów. A z drugiej strony Kapitan Ameryka i inni, mniej udani super-żołnierze – Nick Fury i Hulk – których rozpaczliwe działania mające na celu supremację na Ziemi przynoszą więcej ofiar niż powinny A to wszystko widziane oczami neutralnej, pasywnej istoty znanej jako Watcher, która przekazuje Carol Danvers i Fantastycznej Czwórce ponurą przepowiednię: eskalacja tego konfliktu będzie katastrofą na olbrzymią skalę. Marsz w stronę Ultimatum czas zacząć.

watcher

To ostatni scenariusz Roberta Kirkmana, zilustrowany przez wiernego mu wciąż Salvadora Laroccę przy pomocy Harveya Tolibao. Powraca w nim wątek Sinistera, zapoczątkowany bardzo dobrą historią pióra Briana K. Vaughana, a wszystkie skrzętnie przygotowywane przez Kirkmana apokaliptyczne wątki znajdują tu wreszcie swoje ujście. Jak wyszło? Czy mutanty czeka tytułowa apokalipsa? Co z otwartymi wciąż wątkami poszczególnych członków drużyny? Zobaczcie sami.

1 2

3 4

Bishop uznał, że nadszedł czas. Z pomocą Jean Grey on i jego X-Men namierzają… Sinistera, przygotowującego się do wypełnienia swojej krucjaty i przebudzenia Apocalypse’a. Sinister musi w tym celu zabić dziesięciu niewinnych mutantów. Czterech już zgładził. W celu znalezienia pozostałych, wybiera się on do tuneli Morlocków. W wyniku dokonanej przez niego rzezi na świat przychodzi Apocalypse, a walka z nim pochłania setki istnień i angażuje niemal wszystkich superbohaterów. By przechylić szalę zwycięstwa, na pomoc przybywa dwóch sojuszników z przyszłości…

 

Przyjęło się już, że ostatnia historia danego scenarzysty winna być jego najlepszą, zamykać wszystkie ważniejsze wątki, stawiać bohaterów przed najbardziej dramatycznymi wyborami, wreszcie oferować najwspanialsze wolty fabularne i najbardziej udane rysunki. W kwestii oprawy graficznej Larocca radzi sobie nie najgorzej (Tolibao słabiej, o czym później), Kirkman natomiast… cóż, ja jakoś nie jestem szczególnie zachwycony.

 

Cała akcja skupia się w zasadzie na jednej dość epickiej bitwie z Apocalypsem, poprzedzonej rzezią w tunelach Morlocków, których twardo broni Nightcrawler (to muszę Kirkmanowi przyznać, że bardzo sprytnie ustawił tę postać; po opowieści Underneath można było pomyśleć, że po prostu usunął Kurta z pola widzenia, a tu proszę). Przy okazji pojawia się pytanie, skąd Sinister wiedział o tunelach Morlocków; wprawdzie sam twierdzi, że usłyszał w więzieniu, ale to by było dziwne, gdyby w Triskelionie rozprawiano o tajnym, podziemnym osiedlu mutantów i nikt nic z tym nie zrobił. No ale nic. Bardziej nas zastanawia futurystyczny strój Sinistera, jego łysa czaszka, a przede wszystkim to, że jakoś udało mu się sfingować własną śmierć. No no no. Oszukać w tej materii S.H.I.E.L.D. to jednak sztuka. Co nie zmienia faktu, że teraz chciałbym poznać kulisy tej sztuki, a nie wierzyć na słowo, że Sinister jest taki cwany.

 

W rzezi Morlocków usiłują przeszkodzić X-Men Bishopa, co pośrednio kończy też jego wątek. Bishop bowiem tak naprawdę chce, aby Apocalypse się przebudził, tylko tak bowiem będzie można go ostatecznie pokonać. Niestety, w wirze walki pozwala Sinisterowi zabić Angela, którego śmierć sprawia, że zły łysy pan przemienia się w Apocalypse’a. To wkurza Wolverine’a, który do Angela może nigdy przyjaźni nie czuł, ale Warren darzył go szacunkiem i był kompanem z drużyny. Logan wypełnia więc daną Bishopowi obietnicę, zgodnie z którą zabije go, gdy tylko zobaczy, że coś jest nie tak. Uśmiercenie Angela jest bardzo nie tak. Oczywiście Dazzler też wpada w furię, ale po kilku pokrzepiających słowach od Logana kieruje ją przeciwko Apocalypse’owi.

 

Tu kilka uwag o mocach tego gościa. Jako Sinister miał on możliwość czasowego hipnotyzowania mutantów, co pozwalało mu np. zmuszać ich do samobójstw itp. Jako Apocalypse, może on wchłaniać i przejmować zdolności innych mutantów, regenerując tym samym swoje siły, a dodatkowo hipnotyczna moc uległa multiplikacji i od teraz jest on w stanie kontrolować ciała homo superior na odległość. Dlatego też nagle Kitty atakuje Spider-Mana, z Westchester przybywa stara drużyna X-Menów i napada na część nowej drużyny X-Menów, w walkę wdaje się Fantastyczna Czwórka i oni też zmuszeni są do wymiany ciosów z mutantami, jeden Wolverine tak naprawdę ma tyle odwagi i furii, żeby rzucić się na Apocalypse’a, co przypłaca utratą ręki.

 

Do tego dochodzi kolosalna rozróba na ulicach Nowego Jorku, tak kolosalna, że czytając ten komiks łapałem się za głowę, zastanawiając, czy inni scenarzyści uszanują fakt, iż spora część Manhattanu wylatuje w powietrze. A to jeszcze nie koniec. Z przyszłości przybywają bowiem Cable i Xavier, obaj w kosmiczno-futurystycznych zbrojach, gotowi do walki z wrogiem. Cable przy okazji tłumaczy, że Apocalypse uważa się za pierwszego mutanta i jego świętym prawem jest pochłonięcie życia wszystkich innych istot na Ziemi, a Xavier jako najpotężniejszy telepata na planecie może go pokonać, jeśli będzie przygotowany. No i Xavier trenował w przyszłości, by przygotować się do tej walki. Cały ten wątek zalatuje Dragonballem na kilometr, a jakiejś kuriozalnej pikanterii dodaje mu fakt, iż na wydaniu zbiorczym, na czwartej stronie okładki, zajawka mówiła, że do Apocalypse’a dołączają złowrogo wyglądające postacie przypominające Stryfe’a i Onslaughta z Ziemi-616. Meh. Ktoś ewidentnie poczuł, że ta historia nie ma polotu, i postanowił ją sztucznie udramatyzować. Pomijam milczeniem fakt, że jako pierwszą stronę okładki wykorzystano w tym wydaniu grafikę z czwartego zeszytu, gdzie Apocalypse tłucze rzekomych Onslaughta i Stryfe’a – a tak naprawdę Xaviera i Cable’a – więc tego typu ściemy tylko uzupełniają poczucie nijakości.

 

Bo to wszystko jest nijakie. Tego typu narracje, prezentujące superepickie pojedynki na śmierć i życie między superwyszkolonymi supermutantami, mogą się sprawdzać w anime takim jak Dragonball, symulującym w czasie rzeczywistym emocje niemal sportowe, ale tutaj to się po prostu nie klei. A na to wszystko nakłada się jeszcze deus ex machina, czyli Jean Grey. Dziewczyna widząc, że Xavier może zginąć po raz kolejny, bo nie jest dostatecznie wyszkolony, by powstrzymać Apocalypse’a, godzi się na przyjęcie do siebie mocy Feniksa. Feniks więc się budzi i naga, płonąca Marvel Girl spuszcza manto Apocalypse’owi, niemal go uśmiercając, po czym jednym skinieniem wskrzesza wszystkie jego ofiary, przywraca porządek i wyczyszcza pamięć wszystkich ludzi poza członkami X-Men. Potem sama odlatuje, zostawiając zjednoczone pod wodzą Xaviera ekipy z obu drużyn, które szczęśliwe, że przetrwały apokalipsę, gotowe są znów naprawiać świat. Niby oł je i hip hip hurra, ale to wszystko było jakieś takie żadne.

 

Finał narysował Harvey Tolibao, przez co rysunki są paskudne jak rzadko kiedy, a wszystko dąży do osiągnięcia jakiegoś dziwnego status quo na koniec. Cudowne wskrzeszenia, wszystko w normie, wszyscy zdrowi i szczęśliwi, może poza Xavierem, który podczas walki z Apocalypsem znów uszkodził kręgosłup (wcześniej naprawiony przez Cable’a) i Feniks jakoś zapomniała mu go znów poprawić… a o ręce Logana pamiętała. Niby wszystko ok, ale ma się wrażenie, że tak naprawdę postacie w żaden sposób nie ewoluowały, że całą charakterologiczną otoczkę załatwiła poprzednia historia, czyli że tak naprawdę jedynie Storm i Wolverine mogli się jakoś zmienić pod wpływem całego tego zajścia ze śmiercią Xaviera i nowymi X-Men. Absolutnie cała psychologia innych postaci jest tutaj skrzętnie i dokumentnie przemilczana.

 

Nadal mam wrażenie, że Kirkman trochę za bardzo odszedł od ducha Ultimate, pisząc komiks superbohaterski, który ma niewiele zalet tej konwencji, a wszystkie wady. Nieliczne dobre pomysły gubią się w nieumiejętności ich sensownego zagospodarowania. Mam też wrażenie, że bardziej oglądał się on na animowany serial X-Men z lat 90. niż na wcześniejsze komiksy Ultimate. Stąd złożenie nowej drużyny X-Men, w której jest tylko jeden nowy X-Man (Pyro), robienie z Morlocków mięsa armatniego, takie olanie/nieolanie szkoły Xaviera… tymczasem, jak spojrzymy na to jak na jakąś tam kontynuację serialu animowanego, to mamy nieporównywalnie więcej atrakcjonów. Tyle, że Ultimate X-Men nie jest kontynuacją serialu animowanego.

 

Również w rysunkach nie jest za dobrze, bo Kirkman tak rozpisuje kadry, jak to się robiło w komiksie mainstreamowym, zapominając, że Millar i Bendis zaczynali to uniwersum kadrując w sposób niejako filmowy. Poza Laroccą rysownicy też trafili mu się co najwyżej przeciętni, a i pan Salvador do wybitnych nie należy. To wszystko sprawia, że choć było w historiach Kirkmana trochę dobrych pomysłów, to całość wypada słabo. Dlatego trzeba chyba określić Roberta Kirkmana najgorszym scenarzystą w historii Ultimate X-Men (jak dotąd) i bez bólu pójść dalej.

P.S. Nieścisłość goni nieścisłość. Kiedy Beast, Bishop i reszta dostarczyli ostatnio Storm do szkoły Xaviera, Jean nawet się nie zająknęła, że widzi dawnego kolegę powstałego z martwych. Tymczasem na początku tej historii jest zszokowana, że Beast żyje. To właśnie pokazuje, jak Kirkman przykładał się do swojej pracy.

P.P.S. Fantastyczna Czwórka wspomina o nakręconej przez Ultimates… seks-kasecie. Szok i niedowierzanie? Jakiś random? Spokojnie, wkrótce wszystko stanie się jasne.

Robert Kirkman to nazwisko, które budziło i budzi we mnie ambiwalentne odczucia. Z jednej strony ma on całkiem poważne i ciekawe pomysły na odświeżenie drużyny X-Men, zdroworozsądkowo i oryginalnie podchodzi też do ich mutanckich zdolności (choć nie wszystkich, vide Storm), z drugiej jakby brakowało mu odwagi na konkretniejsze poprowadzenie tej drużyny, wprowadza masę wątków, w których idzie się pogubić, nie potrafi jednoznacznie zerwać z poprzednim status quo, wreszcie najważniejszy plot twist, jaki mógł osiągnąć (fakt, że Xavier wciąż żyje w przyszłości) zepsuł już na starcie. I tym razem niestety jest podobnie.

1

Bishop nie ustaje w wysiłkach, by zwalczyć wszelkie zagrożenia czyhające na X-Men, w tym dalekosiężne i makiaweliczne plany dr. Corneliusa oraz Sabretootha (którzy – jak wiemy – nie tak dawno napuścili na Wolverine’a dawną przyjaciółkę Storm, znaną teraz jako Deathstrike). Tymczasem klarujący się powoli trójkąt Ororo – Henry – Logan powoli nabiera kształtów i przed ciemnoskórą mutantką stoi poważna decyzja. W podjęciu jej pomaga – paradoksalnie – atak dawnego sojusznika, Amahla Farouka, znanego teraz jako Shadow King…

 

Ok, tego się nie spodziewałem. Niemal od początku serii nad Wolverinem rozwijana jest siatka intryg i niedopowiedzeń; od niejasnych, ale ewidentnych związków z Furym poprzez liczne, tajemnicze ucieczki z Weapon X, następnie spalenie przez Sabretootha wszystkich jego akt, ataki Deathstrike i rzekomej byłej żony oraz plotki, jakoby Victor Creed był jego synem… To wszystko, podsycane jeszcze przez żądnego zemsty Corneliusa, składało się na obraz tyleż niejasny, co fascynjący. A tu łup. Bishop wyjawia Loganowi, jakie są plany dr. Corneliusa, następnie X-Men wpadają do niego bez zapowiedzi i rujnują je w zarodku, staczając przy okazji walkę z niedorobionymi klonami Logana (jak pamiętamy, Cornelius zdobył próbkę jego DNA) oraz samym Sabretoothem… i cała intryga – jaka by nie była – jest zduszona w zarodku. Trochę dziwne, trochę zaskakujące, ale jakby się zastanowić, to jest to wcale logiczne rozwiązanie: Bishop snuje wobec X-Men wielkie plany, nie dziwi więc, że chcąc i mogąc wszystkie pomniejsze kwestie rozwiązać na pniu, decyduje się właśnie na prewencyjny atak na Corneliusa. Oczywiście siada przez to cała nabudowana wcześniej atmosfera, ale jest za to bardziej sensownie. Dziwi tylko, że cała ta intryga została rozwiązana niejako przy okazji, obok głównego wątku.

 

A główny wątek to oczywiście Shadow King, postać śniąca się Storm od wielu tygodni, postać z jej przeszłości i przy okazji pierwsza ofiara jej mutacyjnych zdolności. Dawno temu Ororo, Yuri i Amahl byli trójką złodziei samochodów, jednak ze względu na wypadki, które dotknęły najpierw Amahla, a potem Yuri, Storm została sama. Swoją drogą, kiedy Brian Vaughan wyciągnął z rękawa Yuriko, było to jeszcze ok, ale kolejny zapomniany były towarzysz Storm, który wraca jeszcze potężniejszy po wypadku… trąci myszką. Amahl bowiem wracał w jej snach, podprogowo usiłując zapanować nad jej umysłem, wykorzystując w tym celu istoty z jej koszmarów i generalnie łaknąc zemsty… ale czy naprawdę?

 

Kirkman chyba przeczuwał, że zamykanie większości ciągniętych od dawna wątków za jednym zamachem jest nieco karkołomnym zadaniem. A może po prostu czuł, że trochę go to przerasta? W każdym razie wątki związane ze Storm – jej pisaniem programów do sali ćwiczeń, jej sztuką, zatytułowaną nomen omen Shadow King – kończą się w niemal takim samym duchu, w jakim zamknęła się sprawa z Yuriko. Ororo zmuszona jest walczyć ze swoimi demonami, i chociaż przybywają jej na pomoc X-Men, całość sprawia wrażenie jedynie pokręconej psychomachii. Storm wreszcie staje nago przed Shadow Kingiem i tylko dzięki szacunkowi do samej siebie jest w stanie pokonać swojego nemezis (pomaga w tym świadomość faktu, że Yuri i Amahl mieli romans za jej plecami). W efekcie budzi się jak z koszmarnego snu, X-Men nie wiedzą o żadnym Shadow Kingu, całość okazuje się być jedynie koszmarem. Wprawdzie Jean Grey (bo Bishop poprosił ją o pomoc, gdy Storm straciła przytomność) stwierdza, że umysł Ororo był gdzie indziej, ale czytelnik mimo wszystko pozostaje z poczuciem, że to był tylko zły sen.

I ja mam nadzieję, że tak właśnie jest, że pod wpływem tego koszmaru Ororo postanowiła ostatecznie odejść od swojej fascynacji Loganem, a nie że bez zdania racji jakiś jej stary znajomy okazał się przepotężnym astralnym bytem zdolnym porywać ludzkie umysły (to swoją drogą wypada nawet ciekawie: oboje uwalniają się od swoich demonów, ale nie sprawia to, że ich drogi się schodzą; finalnie każde musi ruszyć swoją ścieżką). I chyba Kirkman specjalnie w taki sposób wszystko to zamknął, żeby uniknąć niepotrzebnej eskalacji, pokończyć co ma do pokończenia i skupić się na tym, co drużynę X-Men jeszcze czeka.

Tak więc wątki związane z przeszłością Storm i Wolverine’a uległy zamknięciu, przynajmniej na razie. Co jednak u pozostałych X-Men? Beast niejako wrócił do swojej byłej dziewczyny, Angel i Dazzler są szczęśliwą parą, Colossus mieszka ze swoim chłopakiem, wątki Rogue oraz Icemana tkwią w impasie (postacie te w ogóle się od śmierci Xaviera nie rozwinęły). Kitty mieszka w Queens i rozpowiada, że została wyrzucona z drużyny, ale jej wątek niejako przejął Bendis na łamach innej serii. Nightcrawler nadal jest królem Morlocków. Cyclops stara się prowadzić szkołę, Bishop prowadzi X-Men, Marvel Girl boi się Feniksa. W tle pojawia się oczywiście Syndicate, Pyro i Toad, ale nie są zbyt szeroko rozpisani. No i Psylocke, która po kwestii potencjalnego małżeństwa z młodszą wersją Bishopa tak jakby w ogóle się nie wychylała. Nie mówiąc o całej Akademii Jutra i Emmie Frost, tajnej członkini Hellfire Club, bo ta kwestia też się nie rozwiązała. Co więc Kirkman zrobi dalej?

Numer, którym Robert Kirkman przygotował sobie nowy setup pod historie o mutantach. I to jest znakomity moment, żeby podsumować uniwersum w obecnym stanie, zanim dojdzie do kolejnego przełomu.

Sześć tygodni po rozwiązaniu X-Men do Szkoły Xaviera przybywają nowi uczniowie, Cyclops i Marvel Girl mają jednak problem ze skompletowaniem kadry nauczycielskiej. Cyclops decyduje się przyjąć Toada, który odszedł od Bractwa Mutantów i teraz chce się zrehabilitować. W międzyczasie jego były kolega, Mastermind, zwalnia Mistique z funkcji udawania Magneto w Triskelionie, ich szef ma bowiem co do niej większe plany. W tym samym czasie okazuje się, że były członek X-Men, Beast, jednak żyje i pracuje nad tajnym projektem Nicka Fury’ego…

Generalnie w całym zeszycie niewiele się dzieje, ale Kirkman w ten sposób przygotowuje sobie grunt pod nowe przygody mutantów. Oto bowiem – obok wiadomości o przeżyciu Beasta (i wyleczeniu go z niebieskiego futra, które było pozostałością po eksperymentach Weapon X) – dowiadujemy się o istnieniu wirusa Legacy, rzekomo – zdaniem Fury’ego – będącego spuścizną po puczu admirała Strykera (podczas którego rzekomo zginął właśnie Beast). Ma to jakiś tam sens, pamiętajmy bowiem, że Henry McCoy odszedł od X-Men, żeby działać właśnie w agendzie rządowej, i Fury wraz z Xavierem utrzymywali, że nie żyje, aby rozwiązać kwestię wirusa i znaleźć na niego lekarstwo. Zabieg ten niestety jednak bardzo przypomina regularne, oryginalne komiksy Marvela (te z uniwersum 616), gdzie nawet jak ktoś ginie, to nie ginie. Smutne i mało realistyczne.

Obok tego mamy kilka newsów: ktoś wypuścił nowe Sentinele, które napadają na mutantów z Frontu Wyzwolenia Mutantów, powstałego po śmierci Xaviera. Nightcrawler błąka się po kanałach w poszukiwaniu Morlocków. Mister Sinister wreszcie skutecznie popełnił samobójstwo. Gerald, współpracownik Kościoła Shi’ar oddelegowany do współpracy z Instytutem Xaviera i sekretnie pracujący dla Hellfire Club ma kontakt z Shinobim Shawem, nowym chłopakiem Emmy Frost. Storm jest nękana koszmarami o niejakim Shadow Kingu, które namiętnie spisuje, tymczasem pojawia się u niej Bishop, proponując założenie nowej drużyny X-Men. Robi się więc ciekawie, Kirkman ma punkt wyjścia do całkowicie nowych przygód całkowicie nowej drużyny. I to jest dobry moment na podsumowanie…

Jak wiemy, pracą na rzecz tolerancji zajmują się Instytut Charlesa Xaviera (do którego przyłączył się przyszły współpracownik Cable’a, młody Grizzly) i Akademia Jutra Emmy Frost (w której teraz obok Havoka, Sunspota, Cannonballa, Polaris, Ramseya i Angela rezyduje teraz także Colossus). Wielu mutantów czuje się jednak wciąż zagrożonych i zbiera się w grupy wzajemnego wsparcia, a nawet straże sąsiedzkie. Niektóre państwa – jak Genosha – wciąż traktują mutantów jako osobników niższej kategorii. Obok Instytutu Xaviera nadal działa szpital na wyspie Muir, nie jest już jednak kuźnią kadr dla S.H.I.E.L.D., która po incydencie z Lorną Dane zerwała kontakty z X-Men. Po domniemanej śmierci Xaviera jego drużyna beta pozostaje w ukryciu.

Ultimates po III wojnie światowej odeszli spod kurateli rządowej i przeszli pod skrzydła finansowe Stark Enterprises. Na chwilę obecną do drużyny należą: Kapitan Ameryka, Thor, Iron Man, Wasp, Quicksilver, Scarlet Witch, Hawkeye. S.H.I.E.L.D. zamknęło na jakiś czas program Rezerw Ultimates, pod dowództwem Nicka Fury’ego znajdują się więc jedynie Falcon, Karma, dr Brankin i jego zespół. Trudno na tym budować bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Tymczasem w Europie działa Europejska Inicjatywa pod wodzą Kapitana Brytanii. Fury i S.H.I.E.L.D. oficjalnie wspierają Spider-Mana, który zszedł się ponownie z Mary Jane.

Co do bohaterów, to poza Ultimates na ulicach mamy właśnie Spider-Mana, Spider-Woman  i Daredevila, który przeszedł załamanie nerwowe. W telewizji karierę robi Dr Strange, gdzieś na świecie jest Blade i Morbius, a Chicago broni Hawk-Owl i Woody, a w oddali do siebie dochodzi Kapitan Mahr Vell, Fantastyczna Czwórka  zajmuje się zagrożeniami z innych światów, Reed Richards buduje Sześcian, jego siostra – Enid – zyskała supermoce po wycieczce w przeszłość. Na wolności pozostaje Hulk, Magneto wraz z wieloma nowymi wyznawcami też – niezauważony przez nikogo – buduje swój przyczółek. Zagrożeniem cały czas są dyktatorzy z krajów drugiego i trzeciego świata oraz Namor, potencjalnie mogą nimi być Nieludzie na księżycu, na wolności wciąż znajduje się Venom. Gdzieś poza zasięgiem naszych oczu działa organizacja A.I.M., wciąż też jest dr Tarleton i Mole Manl. Za kratkami siedzą jedynie Hank Pym, który jednak też przechodzi pod kuratelę Starka, Zielony Goblin, Kingpin, Dr. Octopus, Kraven, Sandman i Electro, zamknięto też pomniejszych łotrów: Gladiatora, Rhino, Omegę Red, Vulture’a, Ringera i Boomeranga, za kratkami znów siedzi Bullseye, Punisher i Shocker (po raz chyba trzeci), spora część Bractwa Mutantów, a także Curt Conners i wielu innych przestępców. Zamknięto też na prośbę Fury’ego She-Hulk, czyli Betty Ross. Nie wiadomo, co z wojownikiem imieniem Arcade ani Dziką Paczką Silver Sable.

Nie można też zapomnieć o tych, co zginęli. Tak więc na tej liście znajdują się Ross, John Wraith, Gwen Stacy, Justin Hammer, Hammerhead, Nihil, Mister Sinister, Harry Osborn, Gambit, Czarna Wdowa, Elektra, Crimson Dynamo, Abomination, Schizoid Man, Loki, rodzina Clinta Bartona, Deathstrike, pułkownik Abdul Al-Rahman, Hurricane, część Rezerw Ultimates, Mojo Adams, Moondragon, Dima, Rhona Burchill, wielki radioaktywny potwór i Warlock. Dr Doom został przeniesiony do innego wymiaru, ale może wrócić. Do tego niezliczone ofiary Hulka, Liberatorów, Hobgoblina, wyznawców Gah Lak Tusa i wielu innych. Lista się rozrasta…

No i wielkie kataklizmy, które przez ten czas nawiedzały świat. Przypomnijmy, do tej pory były to: Hulk i jego rozwałka. Ataki terrorystyczne Magneto, zwłaszcza inwazja na Waszyngton i próba wysadzenia elektrowni jądrowej na Florydzie. Inwazja Chitauri. Atak Zielonego Goblina na Biały Dom. Ataki Proteusa. Rozwałka nad Las Vegas. Teraz doszły: pojedynek Spider-Mana z Hobgoblinem, fala samobójstw po emisji przekazu z Tunguski, walka z Kree, obrona przed Gah Lak Tusem, atak terrorystyczny na pierwsze płazy, walka z Namorem, ataki prewencyjne na Bliski Wschód, III wojna światowa. A już niedługo przełom, którego się nikt nie spodziewa.

Do tego musiało kiedyś dojść. Wszyscy zawsze w pełnym napięciu oczekują chwili, kiedy najbardziej zajadły bohater Marvela stoczy pojedynek z najsilniejszym superherosem na świecie. W uniwersum Ultimate nie mogło tego zabraknąć. Przygotujcie się, oto bowiem nadchodzi. Ultimate Wolverine vs. Hulk.

 

   

Od jakiegoś czasu S.H.I.E.L.D. trafia w różnych miejscach świata na ślady straszliwych masakr; Nick Fury domyśla się, że winę za to ponoszą niekontrolowane napady gniewu Hulka, który – jak się okazało – przeżył (dzięki Hankowi Pymowi) egzekucję na lotniskowcu. Chcąc załatwić problem Hulka po cichu, Fury decyduje się zaangażować swojego wieloletniego, cichego współpracownika – Wolverine’a. Cel jest jeden: zabicie Hulka. Zielonoszary olbrzym nie jest już jednak tym samym bezmózgim monstrum, które zdemolowało Manhattan. A co więcej, Betty Ross – wieloletnia ukochana Bruce’a Bannera – nie zamierza pozwolić Wolverine’owi na zabicie jej chłopaka…

Pojedynki między Hulkiem i Wolverinem są zawsze epickie i tutaj nie ma wątpliwości. Rysunki Leinila Francisa Yu dodają im jednak sporo brutalności, surowości i hardości. Nie ma co, starli się najwięksi i najbardziej niesamowici bohaterowie Marvela: Hulk ze swoją siłą i niezniszczalnością przeciwko zajadłości i ultraszybkiej regeneracji Wolverine’a. Obaj grają va banque i obaj potrafią być bezlitośni. Oczywiście w wersji Ultimate wszystkie ich cechy są nie tylko urealnione, ale i zwielokrotnione, przez co Hulk jest jeszcze silniejszy, a czynnik samogojący Wolverine’a – czy może raczej instynkt przetrwania, jak określa to Nick Fury – jest rozbudowany niemal do przesady. Dość powiedzieć, że Logan jest w stanie przeżyć oderwanie swoich własnych nóg, wybuch bomby atmowej, więcej nawet; jego głowa może egzystować niezależnie od ciała (co ciekawe, to Nick Fury mu ją odseparowuje, żeby móc przeprowadzić skuteczne przesłuchanie i przy okazji zbadać granice Logana). No więc się panowie tłuką. Ale czy taka naparzanka przez sześć zeszytów nie byłaby aby zbyt nudna?

Scenarzysta tej historii, Damon Lindelof, też tak pomyślał. Na konflikt Wolverine’a z Hulkiem nakładają się więc kolejne poziomy intrygi i inne motywacje, niż tylko zlecenie Nicka Fury’ego. Mamy więc byłą współpracowniczkę Bannera, Jennifer Walters, która trochę na własną rękę eksperymentuje z serum Hulka. Jennifer jest ogromną fanką Star Treka i wie dużo o przypadłości Bruce’a, nie ma jednak szans należycie przetestować swoich modyfikacji. Eksperymentuje więc… na chomiku.

Spokojnie, w tym komiksie nie ginie żaden gryzoń. To jednak nie koniec ciekawostek. Oto bowiem Betty Ross, która raz już patrzyła na śmierć swojego ukochanego, była też pośrednią przyczyną jego napadów gniewu (wpadał w szał, gdy do niej dzwonił albo gdy ktoś robił aluzje odnośnie ich życia seksualnego), nie może patrzeć na egzekucję po raz drugi. Nie zgadza się z działaniami Nicka mającymi na celu zgładzenie Hulka, jest rozczarowana biernością Iron Mana i Kapitana Ameryki, postanawia więc wziąć sprawy we własne ręce. Rezultat jest taki, że dołącza do pojedynku. Zmieniona.

Swoją drogą, ten komiks ewidentnie jest adresowany do dorosłego odbiorcy. Pomijając już kwestie związane z pożyciem seksualnym Bruce’ Bannera, nieprzystojne dowcipy Wolverine’a i harem Hulka (o czym za chwilę), to „walka” Bruce’a z Betty kończy się dość wyuzdanie, co zresztą Hulk zapowiada, mówiąc że zamierza złamać (ang. break) pannę Ross… Osoby dobrze znające język angielski z pewnością znają też inne znaczenie tego słowa…

No właśnie. Hulk się zmienił. Po swojej ucieczce z lotniskowca miał wiele czasu i okazji, żeby przemyśleć swoją kondycję i poszukać na nią antidotum, pewnie też w ramach swojej samotnej krucjaty wrócił do USA walczyć z Liberatorami. Zbiegł jednak ponownie i po kilku wypadkach w Europie dotarł do tajemniczej samotni w Tybecie, gdzie pod opieką Panchen Lamy odnalazł… spokój. Mógł egzystować jako Hulk i nie mieć napadów gniewu, zaakceptował siebie, miał też wszystko, czego potrzebował. Włącznie z nałożnicami, jak się bowiem wielokrotnie już okazywało, moc Hulka wiąże się z ogromnym, nieposkromionym wręcz popędem seksualnym…

Po drugiej stronie staje więc Wolverine, który jest ewidentnym przykładem człowieka bez przeszłości, zagubionego, niepewnego i niespokojnego. To on ma tu problemy, to on jest w konflikcie z całym światem i samym sobą, to jego namiętności i wściekłość wykorzystuje Fury, podsyłając mu Forge’a (dla przypomnienia – nadwornego wynalazcę Magneto) i niejednokrotnie wciągając go w konflikt z Bannerem/Hulkiem. Całą opowieść – poza krótką historią wędrówki Bannera – poznajemy w zasadzie tylko z perspektywy Logana, to on jest narratorem tej historii i to on prowadzi nas przez zawiłe retrospekcje, monologi wewnętrzne i różne dykteryjki aż do finału. W którym – co zresztą sympatyczne – Logan i Banner mają dość ciekawą i wesołą wymianę zdań.

Tak że scenariuszowo komiks ten jest dość ciekawy, wymagający, intrygujący i wyrasta daleko poza zwykłą naparzankę dwóch superbohaterów. Jednocześnie jest zapowiedzią dość ciężkich czasów dla bohaterów Ziemi-1610. Oto bowiem Fury, który nie ma już pod sobą Ultimates, musi robić wszystko, aby trzymać w ryzach świat i antycypować zagrożenia. Musi więc kontrolować tak Wolverine’a, jak i Hulka. A to wymaga niezłych szarad i obserwowanie tych szarad jest czymś, co w tym komiksie wypada najciekawiej. A co będzie dalej?

Ultimate Spider-Man intrygował, zachwycał i robił wrażenie, Brian Bendis i Mark Bagley zebrali więc zasłużone brawa i otrzymali ogromny kredyt zaufania. Sam Spider-Man również się spodobał. Jako dzieciak wchodzący w świat dorosłych, uczący się bohaterstwa i reguł rządzących uniwersum Ultimate, był on dla czytelników znakomitym przewodnikiem po Ziemi-1610, nic więc dziwnego, że za jego pomocą postanowiono to uniwersum rozszerzyć. Oczywiście powierzono to zadanie Bendisowi, który – jak już wiemy – miał gotową koncepcję niektórych bohaterów, a także z ogromnym szacunkiem podchodził do swojego dzieła. Tak narodziła się koncepcja Ultimate Marvel Team-Up: serii, w której Spider-Man miał sprzymierzać się z poszczególnymi bohaterami Marvela, wprowadzając ich do uniwersum Ultimate. W pierwszym numerze postanowiono zespolić przygody Spider-Mana z komiksem Ultimate X-Men Marka Millara, który doczekał się już paru numerów; a zrobiono to za pomocą postaci Wolverine’a.

Fabuła jest prosta: Spider-Man – udaremniając pewną kradzież – zostaje przez przechodniów wyzwany od mutantów i dziwolągów. W międzyczasie niewielki mutant, Logan, stara się uciec od agentów rządowych dowodzonych przez innego (a jakże) mutanta, Sabretootha. Obaj panowie wdają się w bójkę, w którą wkręca się także Spider-Man. Zaczyna się robić gorąco…

Rzeczywiście – jak pamiętamy – kwestia mutantów pojawiała się w poprzednich komiksach, teraz jednak mamy ją dokładniej zarysowaną czy nawet przybliżoną. Faktycznie, obywatele USA panicznie boją się mutantów, ci zaś organizują się w agendy terrorystyczne. Wspomina się o Magneto, wspomina się o Weapon X… na rzecz tej ostatniej pracuje Sabretooth, usiłujący schwytać Logana. Ten jednak – jak każdy – pragnie przede wszystkim świętego spokoju, choć nie waha się wyjąć pazurów, by wywalczyć sobie drogę do wolności. Jego postawa imponuje Parkerowi, który wprawdzie lata po mieście odgrywając superbohatera, ale tak naprawdę nic o tym nie wie (a nawet zastanawia się, czy sam nie jest mutantem). Szuka więc – co naturalne – jakichś wzorców. No i Logan jest pierwszy z brzegu…

Bendis nie zawodzi. Obok potyczek bohaterów mamy dużo głosów z tła, ludzie żywo reagują na to, co się dzieje, wyzywają walczących od mutantów i ogólnie robią przekrój przez nastroje społeczne; dowiadujemy się więc dużo o nienawiści do mutantów, o podejściu do Spider-Mana itp. Zawodzi za to rysownik, Matt Wagner, który choćby się starał, nie jest Markiem Bagleyem. Ewidentnie duet Bendis-Bagley wolał skupić się na rozwoju dramaturgii w Ultimate Spider-Manie, tym bardziej, że ewidentnie zależało im na wiarygodnym pokazaniu rozwoju Petera Parkera, więc w drugorzędnym tytule, jakim był Team-Up, trochę obniżono loty.. Ale jak się zapomni na chwilę o głównej serii, to ten komiks o Spider-Manie i Wolverinie czyta się spoko. Całkiem spoko.